Dublet zdobyty w jednym meczu? Flamengo przykładem, że to możliwe!
22.11.2019

Mówi się, że wraz z Corinthians są najbardziej popularnym klubem w Brazylii. Tyle że za liczną rzeszą kibiców nie idą w parze sukcesy, bo trudno za takowe uznać dwa krajowe puchary i jedno mistrzostwo w XXI wieku. Jednak w najbliższy weekend Flamengo może dokonać czynu niebywałego, bo rozgrywając jeden mecz jest w stanie zgarnąć podwójną koronę. W jaki sposób? Poczytajcie o brazylijskim finaliście Copa Libertadores.

Skoro zaczynamy od stwierdzenia, że Flamengo to brazylijski gigant, więc warto mieć podkładkę na te słowa.  – Flamengo to wielka firma, najpopularniejszy klub w Brazylii. Szacuje się, że około 40 mln osób im kibicuje. Jest to imponująca liczba biorąc pod uwagę, że w Brazylii żyje 200 mln osób. W samym dziale marketingu u nich pracuje około 30 osób. Wystarczy spojrzeć na ich kanał na Youtube – Fla TV. Widać w tym jakość i to chyba jest wypadkowo ogólnej sytuacji klubu. Dodatkowo ostatnio zaczęli na tym kanale pokazywać na żywo swoje mecze ligowe dla osób mieszkających poza Brazylią. Jest to ukłon w stronę kibiców – głownie chodzi o Brazylijczyków – mieszkających za granicą, ponieważ od tego roku stacja Globo Internacional nie pokazuje ligi brazylijskiej. W tym momencie jest to jedynie działanie promocyjne, bez nastawienia na zarobek – mówi Marek Zarzycki, ekspert i miłośnik brazylijskiego futbolu.

Jeszcze kilka lat temu sytuacja finansowa była naprawdę fatalna. Klubem zarządzała była pływaczka Flamengo, Patricia Amorim, za której kadencji ściągnięto Ronaldinho. To był jeden wielki kaprys. Klub miał kilkuset wierzycieli, a tutaj zajechała gwiazda, która oczywiście za czapkę gruszek nie grała, wszak trzeba wiedzieć, że Ronaldinho był wstępnie dogadany ze swoim pierwszym klubem – Gremio Porto Alegre – gdzie była już szykowana jego prezentacja, tyle że do gry wkroczył brat R10, jednocześnie agent, i wybrał Flamengo. Łatwo się domyślić, że chodziło o pieniądze.

Jednak od tamtego czasu trochę wody wokół Rio upłynęło i sytuacja jest diametralnie inna.  – We Flamengo przede wszystkim są teraz pieniądze. Sprzedali Lucasa Paquete i Viniciusa, dzięki czemu mają spokój. Zresztą cały czas kogoś sprzedają, bo za wspomnianą dwójkę wzięli najwięcej, ale przecież tam idą całe tabuny grajków do Europy i do Azji. Dzięki temu mogli pozwolić sobie ściągnąć dobrych i znanych grajków. Przede wszystkim odbudował się Gabigol, który wykręca niesamowite liczby. Do tego inne transfery z Europy – może Filipe Luis i Rafinha nie odgrywają pierwszoplanowych ról, ale to ważne osoby w zespole. Poza tym jest Gerson, który był jednym z najdroższych brazylijskich transferów w historii. Te transfery plus dobry trener z Europy i jak widać wystarczyło, czyli przepis nie był wcale taki trudny do odkrycia – wyjaśnia receptę na sukces Bartłomiej Rabij, ekspert piłki latynoskiej i komentator.

Jeszcze rok temu Everton odchodzący do Sao Paulo FC za 3,5 miliona euro był, wg Transfermarktu, najdrożej sprzedanym zawodnikiem w sezonie 2017/18. Oczywiście to umowne daty, wszak w Brazylii sezon jest rozgrywany w jednym roku kalendarzowym. Chodzi jednak o fakt zmiany jaka zaszła w przeciągu ostatnich dwóch lat. Później jednak przyszła era sprzedaży swoich największych pereł. Vinicius Junior w Realu Madryt za 45 milionów euro, Lucas Paqueta w Milanie za 38 milionów to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Około 5 milionów euro Flamengo zgarnęło za Henrique Dorado, który odszedł do Chin oraz Felipe Vizeu, który zasilił Udinese. Mało? Leo Duarte za 11 milionów w Milanie, Jean Lucas za 7-8 w Olympique Lyon i Gustavo Cuellar za 7 w Al-Hilal. Licząc tylko te większe transfery, Flamengo w przeciągu dwóch lat zarobiło prawie 120 milionów euro! Rzecz jasna to nie jest czysty zysk, nie tylko na wychowankach, ale i tak kwota robi piorunujące wrażenie i dzięki temu wiadomo, skąd wzięli na obecnych piłkarzy pieniążki cytując klasyka.

Unikat

Copa Libertadores z 1981 to dotychczas największy skalp w gablocie Rubro-Negro. To była jednak era Zico, notabene króla strzelców tamtej edycji Pucharu Wyzwolicieli. Wtedy rozgrywano mecz i rewanż, choć do wyłonienia zwycięzcy potrzebny był… trzeci mecz. W Rio wygrało Flamengo, w Santiago chilijska Cobreloa, więc decydujące starcie odbyło się na neutralnym gruncie w Montevideo. Tam dwa gole Zico dały Flamengo tytuł. I tutaj ciekawostka, bo spotkanie w stolicy Urugwaju odbyło się… 23 listopada, a zatem dokładnie 38 lat minie w sobotę od pierwszego i dotychczas jedynego triumfu Fla w Libertadores. – Flamengo staje przed ogromną szansą przejść do historii brazylijskiego futbolu. Jeśli wygrają Libertadores, to zgarną dublet – liga+Libertadores – którego nikt do tej pory nie zdobył z brazylijskich ekip! Oczywiście jeszcze mistrza nie mają, ale nie ma szans, żeby im się to wymknęło z rąk i trzeba przyznać, że byłaby to wielka rzecz – mówi Rabij i ma rację, bo Flamengo po 34. rozegranych meczach ma 13 punktów więcej od drugiego Palmeirasu. Pozostałe ekipy mają jeszcze pięć meczów do rozegrania, więc jak łatwo policzyć, już w ten weekend mogą zostać mistrzem, wystarczy że Verdao stracą punkty z czwartym w tabeli Gremio.

Co ciekawe trenerem złotej ekipy Flamengo był Paulo Cesar Carpegiani, który później jeszcze dwukrotnie przyjeżdżał do pracy w Rio de Janeiro z tym zespołem. Raz na przełomie wieków, a ostatnio w styczniu 2018 roku przejął Flamengo po Reinaldo Ruedzie, który przejął reprezentacje Chile. Carpegiani wytrzymał do marca, bo dokonał największej zbrodni w brazylijskiej piłce, czyli osiągał słabe wyniki w rozgrywkach stanowych, a więc najmniej znaczących turniejach piłkarskich na świecie. To oczywiście dla wszystkich logicznie myślących, bo nadal włodarze brazylijskiego futbolu do spółki z osobami decyzyjnymi w klubach nie potrafią zrozumieć, że kilka miesięcy w kalendarzu piłkarskim poświęconym dla meczów tuzów krajowej piłki z ekipami, które czasem nawet nie łapią się do Serie D(czwarty i ostatni ligowy poziom w Brazylii) nie ma najmniejszego sensu.

Trener  biorący za mordy – Jorge Jesus

Trenerzy pracujący w Ameryce Południowej często i gęsto muszą mierzyć się z przeświadczeniem, że dopiero Europa może ich zweryfikować, a sukcesy na własnym kontynencie wcale nie są wyznacznikiem ich klasy. Przykład? Jorge Almiron z Lanus. Klub średniej wielkości, jak na Argentynę, doprowadził do finału Libertadores, ale to się okazało zbyt mało, by pracować w hiszpańskim Las Palmas chwilę później. Dlaczego? Dlatego, że w Europie licencje z Ameryki Południowej nie były honorowane, a jego staż pracy był… zbyt krótki. Zabrakło kilku miesięcy i Almiron musiał odejść z kwitkiem. Dlatego ktoś taki jak Jorge Jesus, to był wielki transfer dla Flamengo i całej brazylijskiej piłki.

Osoba trenera – Jorge Jesus – to jest bardzo ważna kwestia. Przyszedł gość z kapitalnym CV, jak na warunki brazylijskie, i złapał za mordę miejscowych. Przede wszystkim narzucił dyscyplinę taktyczną, z którą notorycznie były kłopoty w ostatnich latach, jak to w Brazylii… Zresztą Jorge Jesus jest pierwszym trenerem z zagranicy, nie z innego kontynentu, ale w ogóle jako stranieri, który może odnieść tak wielki sukces z brazylijskim klubem od, bodajże, pół wieku! To też pokazuje jak zamykali się na obcych szkoleniowców w Brazylii – rozpoczyna wątek jednego ze swoich ulubionych szkoleniowców Rabij.

Początki wcale nie były różowe. Pierwszy oficjalny mecz jako trener Flamengo to starcie z Athletico Paranaense w Pucharze Brazylii i 1:1 na wyjeździe. U siebie powtórka, a później porażka w rzutach karnych. W międzyczasie był debiut ligowy, również dla Rafinhii, który był dobrym prognostykiem, wszak wygrana 6:1 zawsze robi wrażenie. Wtedy szalał tercet Giorgian De Arrascaeta – trzy gole i dwie asysty; Gabigol – dwa gole i dwie asysty; Bruno Henrique – gol i asysta. To była namiastka tego obecnego Fla!

Dwóch wychowanków Flamengo i Jorge Jesus. Po lewej Juan, po prawej Julio Cesar, którzy niedawno zakończyli kariery (fot. Globo)

Obecnie Flamengo nie przegrało 25. kolejnych meczów, a w tym czasie tylko pięć razy zremisowali! Ostatnia porażka miała miejsce w pierwszej brazylijskiej stolicy, Salvadorze, gdzie miejscowa Bahia ograła Flamengo 3:0 na początku sierpnia i od tamtej pory nie ma mocnych na Rubro-Negro. – Czy to jest uporządkowana piłka? Nie jestem przekonany. Zresztą pokazał to mecz ligowy z Vasco, w którym padł remis 4:4. Oni potrafią zrobić show! Są nieliczną, a może nawet jedyną drużyną brazylijską, którą nie wstyd pokazać w Europie. Przyjemnie się to ogląda, bo grają ofensywny, ładny dla oka futbol i widać w tym rękę trenera – kontynuuje znany komentator.

W sukurs przychodzi mu nasz drugi ekspert. – W momencie, kiedy Jorge Jesus przejmował Flamengo po 9. kolejce rozegranej 13 czerwca klub znajdował się na 3. miejscu w tabeli ze stratą 8 punktów do lidera Palmeiras. Było widać, że przyjściu nowego trenera gra zaczęła z czasem być coraz bardziej poukładana, a główni rywale do mistrzostwa, czyli Palmeiras i Santos zaczęli grać nierówno i tracić przewagę – dodał Zarzycki.

Gwiazda za gwiazdą i gwiazdą pogania

Patrząc na zdjęcie główne wiemy kto jest numerem jeden w ekipie. Oczywiście Gabigol! Gabriel Barbosa ma duże szansę by zostać pierwszym zawodnikiem, który zdobędzie koronę króla strzelców dwa razy z rzędu od 1995 roku! Wtedy i rok wcześniej Tulio Maravilha z Botafogo był najlepszym snajperem ligowym. Wychowanek Santosu po tym jak kompletnie zawiódł w Europie, teraz odbudował się w ojczyźnie i znowu wyrasta na gorący towar transferowy. Oczywiście potencjalny nabywca dwa razy zastanowi się nad jego kupnem, mając w pamięci przygodę w Interze i wypożyczenie do Benfiki, ale jednak mowa o zawodniku, który licząc 2018 i 2019 rok strzelił łącznie 65 goli, z czego 38 w obecnym i ma duże szansę na przekroczenie granicy 40. bramek!

Ale tych kluczowych postaci jest naprawdę wiele. Bruno Henrique jest drugi w klasyfikacji strzelców ligi, Giorgian De Arrascaeta jest liderem klasyfikacji asyst i licząc w bramkami już zaliczył double-double do klasyfikacji kanadyjskiej. Everton Ribeiro to kolejny z kapitalnych zawodników, jak na warunki brazylijskie, wszak on, obok Ricardo Goularta był jednym z dwóch liderów Cruzeiro, czyli ekipy, która przez dwa lata totalnie zdominowała Brasileirao. Wymieniać można długo – Rafinha, Filipe Luis czy Diego Alves są doskonale znani z Europy. A taki Rodrigo Caio już dawno powinien w niej być, bo umiejętnościami to zawodnicy na czołowe, jeśli nie topowe, kluby w najmocniejszych ligach na Starym Kontynencie.

Młodzież rozbija bank

W ostatnich latach efekty szkolenia młodzieży w ośrodku Ninho do Urubu są widoczne aż nadto. Wspomniane miliony zarobione na odejściach Viniciusa Juniora i Lucasa Paquety, a w kolejce są następni. Reinier już dzisiaj budzi zainteresowanie wielu klubów, chociaż w ostatnich dniach było głośno o… obniżeniu klauzuli do 35 milionów euro. To efekt kończącego się w przyszłym roku kontraktu młodego zawodnika Fla. Wybór włodarzy Flamengo był prosty – albo zadowalamy młodego, dla którego niższa klauzula to możliwość szybszego transferu do Europy, albo zostajemy przy swoim i od 1 lipca Reinier przebiera w ofertach, a Flamengo pieniądze za swój wielki talent ogląda co najwyżej przez szybę.

Z tego co mówią to chcieliby zostać największym dostarczycielem utalentowanych graczy na świecie. W ciągu ostatnich 3 lat zwiększyli liczbę skautów w Brazylii z 3 do 11, a budżet na skauting wzrósł w tym czasie z 3 mln Euro do 5 mln Euro – kończy Zarzycki, przy okazji podsyłając listę najciekawszych zawodników z poszczególnych roczników. Najstarszy warty wspomnienia jest Thuler, urodzony w 1999 roku, do tego Lincoln z rocznika 2000, ale także zawodnicy, którzy w ostatnią niedzielę zdobyli Mistrzostwo Świata do lat 17, a więc Daniel Cabral, Lazaro czy Gabriel Noga.

3000PLN
Bonusu
GRAMGRUBO