Blaski i cienie Jerzego Brzęczka. Jaki to był rok dla naszej kadry?
29.12.2019

Posada selekcjonera reprezentacji Polski wymaga mocnej psychiki w naszym kraju. Dobitnie przekonał się o tym w tym roku Jerzy Brzęczek, który pomimo świetnych rezultatów, zmagał się ze sporą presją. Dlaczego tak było i jakie to ma przełożenie na kolejny rok, kiedy przyjdzie czas na pierwszą głębszą ocenę jego pracy?

Osiem zwycięstw, pięć straconych bramek i bez jakiegokolwiek problemu uzyskany awans do mistrzostw Europy. Nie analizując szerszego kontekstu wygląda to wspaniale, a takich wyników nie osiągał nawet wielbiony w naszym kraju Adam Nawałka. A mimo to dziennikarze nadal co jakiś czas zadawali Zbigniewowi Bońkowi pytanie, czy Brzęczek rzeczywiście poprowadzi naszą kadrę na EURO 2020. Dlaczego?

Przez kilka miesięcy trwania eliminacji zarzucano mu przede wszystkim toporny styl gry i męczenie buły. Włączając kolejne mecze widzieliśmy, że nic nas nie zaskoczy, a kolejne niemalże dwie godziny to będzie droga przez mękę. Oczywiście nie obyło się bez kilku wyjątków – między innymi przeciwko Izraelowi, ale to nie pozwoliło zmienić optyki na ten zespół. Większość z nas zapamięta bezbarwność i marazm.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Brzęczek nie potrafił poza boiskiem „sprzedać” swojego sukcesu. Jak bowiem wytłumaczyć te przedziwne wypowiedzi na konferencjach prasowych? Od marca do listopada selekcjoner dawał nam kolejne powody, aby z szyderczym uśmiechem czytać lub słuchać jego wywodów podczas spotkań z dziennikarzami. Piotr Zieliński do dziś zapewne nie wie, jaki sens miały słowa o „przestawieniu sobie czegoś” w głowie. Z kolei inni piłkarze zdobywający bramki w swoich klubach, to oczywiście zasługa dobrej pracy podczas zgrupowań. To tylko przykłady, które w ogólnym rozrachunku odpychały, aniżeli przyciągały do kadry pomimo solidnych wyników. Niemały smród zrobił się także niedawno w sprawie Sonny’ego Kittela, który jasno stwierdził, że chce grać dla Polski. Brzęczek potwierdził, że nazwisko tego piłkarza widnieje u niego w notesie, zaś Boniek całkowicie to wykluczył. Doskonale zdajemy sobie sprawę, kto ma więcej do powiedzenia, ale niesmak pozostał do dziś.

Podobnie tyczy się to sytuacji bramkarzy. 48-latek we wrześniu chciał uniknąć pytań „Szczęsny czy Fabiański” i postawił sprawę jasno: – “moim numerem jeden będzie bramkarz West Hamu”. Kilka tygodni później starszy golkiper nabawił się urazu i wypadł do końca roku. Efekt? Wojtek, pierwotnie odrzucony, znowu wrócił do łask. Co będzie dalej? Nie wiadomo. Łukasz powoli wraca do pełni formy, a selekcjoner ma ból głowy. Czy w marcu po raz kolejny wyda deklaracje, której będzie żałował? A może wystarczy zwyczajnie unikać takich wypowiedzi i ustalać to jedynie z samymi zainteresowanymi? Czas pokaże, jak będzie tym razem.

Problemy pojawiły się także w innych formacjach. Sytuacja Macieja Rybusa nadal nie pozostaje jasna. Po wypowiedzi obrońcy na temat trenera, ten raczej nie jest jego największym fanem. Piłkarz Lokomotiwu Moskwa w listopadzie opuścił zgrupowanie rzekomo z powodu kontuzji, aby cztery dni później rozegrać ligowy mecz w pełnym wymiarze czasowym. Wówczas wszystko wróciło do normy, a 30-latek zanotował nawet asystę w ligowym meczu. Łącznie w eliminacjach udało mu się rozegrać zaledwie 100 minut. Biorąc pod uwagę brak regularnej gry Recy do września – jest to katastrofalny wynik.

Na obrońcę wypożyczonego do SPAL przez ten rok spadło wiele pomyj, choć tak naprawdę trudno cokolwiek mu zarzucić. To nie on bowiem wysyłał powołania, a jak pokazał czas, wiara Brzęczka przyniosła oczekiwane rezultaty. Reca w sierpniu odszedł na wypożyczenie i do początku grudnia regularnie występował w Serie A. Mimo to cała saga związana z jego występami w reprezentacji obrazowała niejako dziwną logikę Brzęczka. Gdy Arkadiusz bowiem został przyspawany do ławki rezerwowych w Atalancie, to otrzymywał szanse na grę. W momencie kiedy ponownie wrócił do regularnych występów, trener usadził go na mecz z Łotwą. Podobnie źle wykorzystywany był Krzysztof Piątek. Gdy napastnik Milanu sial postrach we włoskiej ekstraklasie, to podczas marcowych meczów nie otrzymywał szans od pierwszej minuty. Wprost przeciwnie do momentu, gdy zapadł w pewien dołek. Totalny galimatias.

Do pewnego momentu obawialiśmy się także, co jest nie tak z Robertem Lewandowskim, który po upojnych kilku latach z Nawałką jakby się zaciął. Wrześniowe zgrupowanie napastnik kończył z dwiema bramkami i dopiero na finiszu podgonił do sześciu trafień. Jeśli wspomnimy, że w poprzednich dwóch cyklach eliminacji zdobywał tytuł króla strzelców, to raczej nie wypadają te liczby najlepiej, tym bardziej że w klubie przecież trafiał niemalże co kolejkę. Również od października pewien progres zanotowali skrzydłowi. Kilka asyst na swoje konto zapisał Grosicki, a Szymański został największym wygranym ostatnich miesięcy. Mimo to nadal nie są to liczby, do których przyzwyczaili nas skrzydłowi za czasów Nawałki. Do pozytywów należy doliczyć oczywiście między innymi adaptacje w kadrze Bielika, który wraz z Góralskim doskonale się uzupełniają zależnie od rywala.

Biorąc pod uwagę statystyki w eliminacjach, żaden z trenerów polskiej kadry w XXI wieku nie punktował lepiej aniżeli Brzęczek. 2,5 punktu na mecz i średnio 0,5 bramki straconej na jedno spotkanie. Lepszych liczb nie wypracował nawet Paweł Janas w kwalifikacjach do mundialu w 2006 roku. Chociaż z drugiej strony 66-latek wówczas mierzył się z Anglią, z którą potrafił na Wembley stoczyć równorzędny pojedynek. Resztę spotkań jego podopieczni wygrali, ale nie przyniosło to pozytywnego rezultatu na mundialu. Do obecnych eliminacji zostaliśmy dolosowani jeszcze z pierwszego koszyka, co podarowało nam wymarzonych rywali. Mimo to z Austrią, czyli jedynym zespołem na poziomie rangi mistrzostw Europy, wyglądaliśmy przeciętnie, a mecz uratował nam Piątek.

Na ten moment nie ma zbyt wielu powodów do optymizmu. Brzęczek po Nawałce nie otrzymał tego, co jego poprzednik po erze Smudy i Fornalika. Mistrzostwa świata rzeczywiście nie wyszły najlepiej, ale ta kadra nadal miała odpowiednich graczy do zlania Słowenii, Macedonii Północnej, Łotwy czy Izraela. Nic ponadto obecnie nie bylibyśmy w stanie zrobić, więc nie jest to najlepszy prognostyk przed mistrzostwami Europy.

Szwecja i Hiszpania to rywale, z którymi nie lubimy grać. Do tej pierwszej reprezentacji polscy kibice podchodzą bez większego szacunku, a to przecież ćwierćfinaliści ostatniego mundialu, gdzie my zwyczajnie się skompromitowaliśmy. „La Furia Roja”…no cóż. Przeszłość udowodniła nam nie raz, że nie jest to dla nas idealny przeciwnik. Do czerwca Brzęczek ma jeszcze kilka miesięcy, lecz tak naprawdę trudno wyobrazić sobie, że szkielet kadry ulegnie zmianie. Głównie dlatego należy modlić się przede wszystkim o zdrowie Glika, bez którego Polacy w obronie wyglądają niczym małe dzieci w supermarkecie. Poniżej pewnego poziomu nadal nie schodzi Krychowiak, a w regularność Lewandowskiego nie powinniśmy raczej wątpić. Choć oczywiście napastnik Bayernu na wielkich imprezach ubiera pelerynę niewidkę i często przechodzi obok meczów na korzyść „pracy dla drużyny”. Tym razem od Roberta powinniśmy jednak oczekiwać czegoś więcej, ponieważ to być może jego ostatnie mistrzostwa Europy w karierze.

Mamy oczywiście świadomość, że do czerwca wydarzyć może się wiele, ale wybuchy formy takie jak Piątka nie przydarzają się w polskiej reprezentacji zbyt często. Jeśli już szukać takiego kandydata to raczej należy upatrywać w nim Szymańskiego, który coraz śmielej radzi sobie w rosyjskiej lidze. Na wyższy poziom może wskoczyć także Milik, o ile ominą go urazy. Celowo nie wspominamy o Piotrze Zielińskim, ponieważ w jego przypadku najlepiej nie oczekiwać niczego, aby uniknąć rozczarowania i miło się zaskoczyć.

Czy mamy podstawy, aby w czerwcu nerwowo nie obgryzać pazurów przed meczami w fazie grupowej? Zapowiedzi ekspertów przed mundialem sugerowały, że jedziemy po medal. Tym razem trudno po losowaniu było doszukiwać się takich głosów. Być może pokora to najlepszy stan przed wielką imprezą? Wiele można zarzucić naszemu selekcjonerowi, ale raczej nie wygląda na człowieka, który postradał wszystkie rozumy. Jeśli jego pogląd podzielą także zawodnicy, za kilka miesięcy nie powinniśmy się wstydzić.

Jak w przypadku każdego selekcjonera, istnieją wady i zalety. Mamy wrażenie jednak, że Brzęczek nie jest takim słabym trenerem jak go opisują, ani takim dobrym, jak wskazują na to wyniki. Jaka jest prawda dowiemy się dopiero po EURO 2020. Albo zostanie przez moment największym wrogiem w narodzie, albo najlepszym polskim trenerem w historii. Polscy kibice nie uznają odcieni czerni albo bieli.

100PLN
bez ryzyka
GRAMGRUBO