Maciej Żurawski: “Debiut w najwyższej lidze w barwach Warty był moim marzeniem”

Warta Poznań po 25. latach zapewniła sobie awans do polskiej elity. Gdy drużyna po raz ostatni występowała w ekstraklasie, jej piłkarzem był Maciej Żurawski, który jest zresztą jednym z najwybitniejszych wychowanków klubu. W rozmowie dla “Futbol News” były reprezentant Polski opowiedział o swoich piłkarskich początkach i wspomnieniach z czasów występów w barwach Warty. Zdradził również, w jaki sposób tamten zespół ukształtował go jako zawodnika.

Rozpoczął pan treningi w Warcie w wieku 7. lat. Tata (Andrzej Żurawski przez wiele lat trenował juniorów Warty Poznań – przyp.red.) pana namówił?

To wyszło trochę automatycznie – gdy ma się ojca trenera w tej dyscyplinie, od samego początku człowiek o nią zahacza. U mnie nie było takiego momentu, że piłka pojawiła się nagle, tylko towarzyszyła mi od początku życia. Zacząłem przychodzić do klubu, jeszcze zanim trafiłem do najmłodszej grupy, przypatrywałem się drużynom u boku ojca. A potem, gdy już mogłem rozpocząć treningi w swojej kategorii wiekowej, po prostu do niej dołączyłem.

Jak wówczas wyglądały treningi młodych piłkarzy?

Wtedy nie było takiej infrastruktury, jak teraz. Nie było tylu boisk, orlików. Człowiek mógł co najwyżej pograć na podwórku albo na boisku szkolnym, jeśli akurat było wolne. W Warcie wszystko wtedy było ograniczone, klub miał tylko płytę główną, która była przeznaczona dla pierwszej drużyny. Czasami grupy młodzieżowe grały tam mecze o punkty, ale tylko jeśli główny zespół grał na wyjeździe.

Trenowaliśmy na płytach, które średnio do tego się nadawały. Myślę, że teraz to jest nie do pomyślenia, ale wtedy boiska były nierówne. A wiadomo, że do trenowania techniki płyta powinna być równa i wtedy piłka nie robi jakichś psikusów.

A wracał pan często poobdzierany do domu?

Czasami tak, ale myślę że dzięki temu człowiek bardziej doceniał, gdy mógł zagrać chociaż raz na równym boisku. Szanowaliśmy to, że graliśmy raz na miesiąc czy dwa tygodnie na takiej płycie. To było dla nas wręcz święto!

Oczywiście, teraz wszystko inaczej wygląda – lepiej dla wszystkich grup dziecięcych i młodzieżowych. Myślę, że to też bardziej wpływa na rozwój umiejętności młodych zawodników.

Miał pan jakichś idoli wśród starszych piłkarzy Warty Poznań?

Nie, nie podchodziłem w taki sposób. Gdybym miał kogoś nazwać swoim idolem, to wtedy był to Marco van Basten, który był dla mnie pewnym wyznacznikiem. Klubowych idoli raczej tam nie miałem, chociaż było wtedy w Warcie kilka ciekawych nazwisk, które grały wcześniej w najwyższej lidze. Czesław Jakołcewicz, Zbigniew Pleśnierowicz czy Krzysiek Ratajczyk – ich mogłem podpatrywać na treningach jako młody piłkarz. Było w Warcie kilku zawodników, którzy grali na wysokim poziomie, ale raczej nie myślałem o żadnym konkretnym jako o swoim idolu.

Zanim przejdziemy do pierwszej drużyny, chciałbym ponownie nawiązać do pana ojca. W Polsce jest taka tendencja, że ludzie krzywo patrzą na to, jeśli ojciec wprowadza syna do jakiejś profesji, co nie dotyczy tylko piłki nożnej. Jak to wyglądało u pana, musiał pan się starać bardziej?

Czasami łatwo komuś tak powiedzieć, gdy dostawał szansę gry w pierwszej drużynie, a inni jej nie dostali. Zawsze wtedy znajdzie się grono osób, które powie, że “on gra, bo mu tata załatwił”.

Nie było wcale tak łatwo, wszystko sam musiałem sobie wywalczyć, a nawet starać się dwa razy bardziej. Zresztą nigdy bym nie chciał, żeby grać ze względu na wpływ z innych stron. Zawsze chciałem zapracować na występy swoją postawą na treningach, grą i talentem – dzięki temu to wszystko się udało.

Przejście z drużyny juniorów do pierwszego zespołu było trudne?

Tak naprawdę trud treningów w pierwszej drużynie mogłem odczuć już wcześniej, gdyż jeszcze jako młody chłopak miałem okazję uczestniczyć w zajęciach ze starszymi. Trudno było przebić się do zespołu, w którym wszyscy mieli nade mną przewagę fizyczną. Powoli zaczynałem otrzymywać szanse w meczach II ligi. Zadebiutowałem w meczu u siebie z Polonią Bytom, potem też zagrałem kilkanaście minut z Arką w Gdyni. Pamiętam, że jedną z bramek w drugim spotkaniu zdobył Jerzy Kaziów, piłkarz z przeszłością w najwyższej lidze, który grał wcześniej w Olimpii Poznań.

Hierarchia w tym zespole była mocno zachowana. Teraz jest to wszystko trochę bardzo zatarte, ale wtedy był podział na młodych i starszych. Młodzi musieli zapracować noszeniem sprzętu i innymi takimi rzeczami.

Na początku moim marzeniem była gra w pierwszej drużynie Warty. A potem, gdy awansowaliśmy, zadebiutować w najwyższej lidze – nie chodziło już nawet o to, żeby świetnie zagrać, zdobyć bramkę, wygrać mecz. Oczywiście każdy chciałby również wtedy zdobyć komplet punktów, ale sam debiut był dla każdego z nas czymś cudownym.

31 lipca 1994 roku. Wciąż pan pamięta ten dzień?

Nie pamiętam już dokładnych przygotowań, ale sam mecz już bardzo dobrze. Graliśmy wtedy jeszcze na starym stadionie Warty, który wtedy jeszcze był w użytku, a teraz żal mi patrzeć na ten obiekt, gdy przyjeżdżam obok niego. Tamto miejsce miało swoją specyfikę i atmosferę. Zadebiutowałem wtedy na boku pomocy, przeciwko zawodnikowi, z którym potem grałem w Wiśle – Ryśkowi Czerwcowi. Mimo że przegraliśmy ten mecz 0:4, byłem bardzo podekscytowany tym, że mam już za sobą debiut w najwyższej lidze i mogłem się tym wręcz poszczycić.

Jak wyglądała tamta Warta od strony organizacyjnej?

Warta była, zresztą wciąż jest, drugim zespołem w Poznaniu. Dlatego wtedy cieszył mnie każdy mecz w jej barwach na najwyższym poziomie ligowym. Zresztą zawsze w Warcie były jakieś ograniczenia finansowe, dlatego staraliśmy coraz bardziej i cieszyły nas bardzo kolejne sukcesy, jakimi były awanse – najpierw z trzeciej ligi do drugiej, potem z drugiej do pierwszej, ale niestety nie udało się utrzymać tego klubu na najwyższym poziomie. Nasz budżet należał do najniższych w lidze, a wtedy było jeszcze trudniej o sponsorów niż teraz. To była taka sinusoida, że raz było lepiej, raz gorzej. Nie było też łatwo wzmocnić zespół.

Wróćmy jeszcze do poczynań ligowych Warty. W tamtym sezonie po raz ostatni w najwyższej lidze odbyły się derby Poznania. Pamięta pan ten mecz, jak wyglądała jego atmosfera?

Nigdy nie było żadnych animozji pomiędzy kibicami Lecha i Warty. Zresztą Warta zawsze miała tych fanów zdecydowanie mniej i trudno mówić tu o jakichś próbach dominacji z jednej czy drugiej strony.

Miałem wtedy okazję zagrać w ostatnich derbach Poznania przy Bułgarskiej, jeszcze z Czesiem Jakołcewiczem w jednym składzie. Z kolei po drugiej stronie pamiętam Mirka Trzeciaka. Wszyscy wtedy niesamowicie walczyli, sam też starałem się jak najlepiej wypełniać wszystkie założenia taktyczne. Mogę powiedzieć, że dużo zdrowia wtedy zostawiłem na murawie. Przegraliśmy wtedy minimalnie 1:2 i naprawdę niewiele brakowało. Na pewno było to wspaniałe przeżycie, żeby zagrać przy Bułgarskiej. Z tego, co pamiętam, wtedy też wystąpiłem na boku pomocy.

W tamtym sezonie częściej pan się pojawiał w drugiej linii niż w ataku. Z czego to wynikało?

Wtedy na pozycji napastnika mieliśmy po prostu lepszych zawodników. Nie miałem jednak z tym problemu, że grałem w pomocy. Myślę, że gra wtedy na wielu pozycjach dobrze wpłynęła na mój rozwój i więcej skorzystałem niż straciłem.

Szczególnie, że w późniejszych latach nie był pan typowym napastnikiem i dobrze pan się czuł również przed polem karnym.

Nigdy nie byłem typową dziewiątką i lepiej czułem się, gdy nie grałem tyłem do bramki i mogłem zaatakować z głębi pola. Zawsze pozycja podwieszonego napastnika była dla mnie optymalnym miejscem na boisku.

W 2011 roku, gdy odszedł pan z Wisły, pojawiły się plotki o pana możliwym powrocie do Warty. Ile było w nich prawdy?

W pewnym momencie był taki temat, ale nie ma sensu już mówić o szczegółach. Powiem tylko, że nie chodziło o sprawy finansowe. Po prostu nie wyszło i tyle.

Teraz, po 25. latach przerwy, Warta powróciła do najwyższej ligi.

Nigdy nie jest proste, by awansować do ekstraklasy. Mamy przykłady drużyn, które weszły do najwyższej ligi, a ich gra mogła się podobać i nie zagrzały w niej miejsca na dłużej. Przypomnę tutaj choćby ŁKS Kazimierza Moskala, który chwaliliśmy za ofensywną grę. Kluczowa okazała się jednak defensywa – zespół tracił dużo bramek, a i skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Klubowi, który awansuje z I ligi do ekstraklasy nigdy nie jest łatwo. W przyszłym sezonie otwiera się jednak furtka – spadnie tylko jedna drużyna. To powinien być zastrzyk dla Warty do tego, żeby zostać w ekstraklasie na przyszły sezon.

Czego mógłby pan życzyć Warcie w przyszłym sezonie jako wychowanek tego klubu?

Życzę przede wszystkim stabilizacji formy i wyników, które dadzą możliwość spokojnej gry. Najlepiej w środku tabeli – na dole jest bardziej nerwowo i nie ma komfortu gry, ponieważ każdy mecz jest walką o przeżycie. Chciałbym, żeby Warta zadomowiła się gdzieś w środku tabeli, by w pierwszym sezonie pewnie się utrzymać, a potem pozostać w niej jak najdłużej.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO