Niełatwe jest życie sapera… Ups, trenera…

Nie cieszą się chyba ci, którym zamarzyła się praca szkoleniowca, że żyć im przyszło nad Wisłą. W Polsce zwolnić mogą nawet po awansie, dyrektor sportowy robi zakupy, a odpowiada za nie głową właśnie trener, a jeszcze podopieczni mogą wyjść do mediów i bez konsekwencji obrzucić błotem. Na pocieszenie dodam od razu; w Europie ta robota nie wygląda na stabilniejszą, ale kultura pracy jest nieporównywalnie wyższa.

Kiedy kilkanaście dni temu prezes Huddersfield Town Phil Hodgkinson zwalniał Danny’ego Cowley’a, ten nie wpadł w szał. Zareagował spokojnie, choć burzyła się w nim krew. – Popełniłeś błąd i nie mogę się doczekać, aby udowodnić ci, że się mylisz – miał powiedzieć Cowley. – Spojrzałem Philowi ​​w oczy, uścisnąłem mu rękę i powiedziałem jeszcze raz:„ Wiesz, że udowodnię ci, że się mylisz, prawda?”.

Cowley utrzymał Huddersfield w Championship, które po spadku z Premier League rozpoczęło kolejny sezon fatalnie. Cowley przychodził do klubu 9 września, drużyna była na 23. miejscu w tabeli, zakończyła rozgrywki na bezpiecznej, 18. pozycji.

Teraz, kiedy emocje już opadły, Cowley mówi na spokojnie: – Piłka nożna to świetna gra, ale straszna branża. Łatwo stać się zgorzkniałym, ale chcę być lepszy. Wybaczam ludziom, którzy być może nie potraktowali mnie we właściwy sposób, bo nie zamierzam marnować energii.

Przytaczam tę opowiastkę, bo choć trenerów zwalniają wszędzie, to nie wszędzie jest taki Wersal, jak na Wyspach. Znając porywczość polskich szefów klubów, ale także ich niekompetencję, nie jest łatwą sprawą pielęgnować swoją trenerską pasję nad Wisłą. To robota, która przypomina tę saperską, gdzie nie można się pomylić, ale przede wszystkim zajęcie, z którego nie wychodzi się z pokiereszowaną reputacją.

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale jesteśmy właśnie świadkami kolejnego okienka transferowego, w którym bohaterami nie są piłkarze, a trenerzy, którzy potracili stanowiska tam, gdzie najmniej się tego spodziewano. Idąc od Fortuna 1 Ligi, Ireneusz Kościelniak pracował w Miedzi Legnica przez osiem meczów. Wprawdzie nie awansował poprzez baraże, to jednak przegrał tylko dwa spotkania. Trenerom Marcinowi Jałosze i Piotrowi Świerczewskiemu powierzono misję utrzymania Sandecji Nowy Sącz i choć sztuki tej dokonali, w sezonie 2020/2021 zespół poprowadzi Piotr Mandrysz. Także z prowadzenia beniaminka z Łodzi nie ucieszy się trener Marcin Kaczmarek, bo przepędzili go na cztery wiatry nim zdążył cokolwiek powiedzieć na temat niezbyt fortunnej końcówki sezonu Widzewa jeszcze na poziomie 2. Ligi. W podobnej sytuacji, choć ponoć rzecz rozbiła się o kasę, po awansie do Ekstraklasy znalazł się Dariusz Marzec, który nie poprowadzi Stali Mielec.

Co działo się na zapleczu elity jeszcze w trakcie rozgrywek, lepiej nie mówić, prawdziwa karuzela. Łatwiej wymienić pięć klubów, które dały popracować szkoleniowcom przez cały sezon, niż trzynaście, których szefowie nie wytrzymali. Na tym tle w Ekstraklasie podczas minionego sezonu było naprawdę spokojnie. Poza Jagiellonią Białystok, która balansowała na granicy grupy mistrzowskiej i spadkowej, robotę tracili szkoleniowcy broniący swoje zespoły przed spadkiem – w Koronie Kielce, Arce Gdynia, ŁKS oraz w Zagłębiu Lubin, Wiśle Kraków i Wiśle Płock, gdzie zmianę wymusiła życiowa tragedia Leszka Ojrzyńskiego.

Ale żeby nie było, że tylko w Polsce. W Bundeslidze, która jawi nam się jako kraina największej piłkarskiej stabilizacji, do zmian w trakcie sezonu doszło aż w siedmiu klubach w tym Bayernie Monachium, gdzie Nico Kovaca zastąpił Hansi Flick. Ewenementem na mapie naszych zachodnich sąsiadów jest Hertha Berlin, gdzie szkoleniowców było aż trzech. W Hiszpanii spośród ośmiu zespołów, w których dokonano roszad, znalazła się nawet Barcelona. Na Półwyspie Apenińskim nie wytrzymały władze aż dziesięciu klubów Serie A, w tym Napoli z Piotrem Zielińskim i Arkadiuszem Milikiem. Najstabilniej spośród czołowych lig w Europie było we Francji, gdzie pracę tracili szkoleniowcy Olympique Lyon, Saint-Etienne, Toulouse i Monaco, oraz w Premier League, gdzie obserwowaliśmy zawieruchę w Tottenhamie, Arsenalu, Evertonie, West Hamie i Watfordzie. Kiedy jednak zejść poziom niżej, w Championship podczas zakończonego wczoraj barażami sezonu zwolniono aż 11 szkoleniowców uwzględniając przywołanego na początku tekstu Cowley’a.

Liczby jedno, ale styl drugie. Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić na Zachodzie standardy panujące u nas w kraju. Że za zmianami trenerów bardzo często stoją ugrywający swoje interesy kibice, że transferów dokonują u nas dyrektorzy sportowi, a odpowiedzialnością za nie obarcza się szkoleniowców, że piłkarze mogą w mediach opluć trenera, a nawet oskarżyć go o rasizm (przypadek Piotra Stokowca w Lechii Gdańsk), a szkoleniowiec niewiele może z tym zrobić poza skazaną na niepowodzenie próbą riposty.

Nie rzecz w tym, by systemowo narzekać na wszystko, co w polskim futbolu występuje, ale prawda jest brutalna. Nad Wisłą zawodu trenera nie poważa się wcale, chwile chwały są krótkie i szybko zapominane, piętnowanie za to stało się chlebem powszednim, a słowo etyka w relacji szkoleniowiec – środowisko jest tak niespotykane jak śnieg na Saharze. Choć przepraszam, znajdzie się u nas grupa trenerów, która ma jak Pan Bóg za piecem. To szkoleniowcy, którzy w swej wygodzie przekwalifikowali się na wszelkiej maści medialnych ekspertów. Jeszcze niedawno sami byli poddani ostrzałowi, teraz strzelają do innych. Tylko czy to jeszcze trenerzy?

Przemysław Iwańczyk, dziennikarz Polsatu Sport

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO