Piotr Tworek: “W ekstraklasie nie będziemy nieśmiałymi chłopcami”

Piotr Tworek wraz z Wartą Poznań dokonał rzeczy wręcz niemożliwej. Na bazie drużyny walczącej o utrzymanie w I lidze, trener stworzył zespół, który awansował do ekstraklasy. Jak wyglądała droga Warty Poznań, ale również Piotra Tworka do krajowej elity? Co czeka Wartę w nowej rzeczywistości, którą jest niewątpliwie gra w najwyższej lidze? O lepszych, ale również trudniejszych momentach w rozmowie “Futbol News” ze szkoleniowcem “Zielonych”.

Na początku chciałbym pogratulować awansu do ekstraklasy i od razu zapytać, ile czasu trwało świętowanie, a może wciąż trwa?

Po meczu mieliśmy dłuższą chwilę na to, by celebrować awans. Wszyscy byliśmy ogromnie uradowani – chwila wręczenia pucharu, wyjście do kibiców, szampany i gratulacje.  Następnie zjedliśmy kolację w hotelu, w którym przygotowywaliśmy się do barażu, a potem było jeszcze dużo śpiewów ze strony piłkarzy, zapanowała ogromna radość. Gdy wróciliśmy do Poznania,  kibice przywitali nas na Drodze Dębińskiej, na naszym obiekcie – z racami, stroboskopami – wszystko było odpalone, zamknęli nam całą ulicę… W półmroku nocnym zrobiło to na nas niesamowite wrażenie!

Miał pan chwilę odpoczynku od czasu wywalczenia awansu? Z tego, co zauważyłem, od tamtej pory wciąż pan pracuje.

Przerwa między ostatnim meczem, a rozpoczęciem przygotowań do nowego sezonu trwa tylko siedem dni. W tym czasie trzeba było podopinać wszystkie sprawy. Ciągle jestem w kontakcie z dyrektorem sportowym Robertem Grafem i proszę mi uwierzyć, że w ciągu dnia telefon rozładowuje mi się po kilka razy.W Warcie my trenerzy, jak i również prezes i wszyscy inni, którzy mogliby być na urlopach, wciąż pracują. Musimy przygotować obiekt pod ekstraklasę, poza tym zwracamy uwagę na obostrzenia w związku z koronawirusem, które będziemy na dniach stosować oraz przeprowadzać  badania. Najważniejszym punktem jest budowanie zespołu. Przed nami  dużo pracy.

A zdarzały się panu po zakończeniu sezonu momenty refleksji – myślał pan o swojej drodze do awansu z Wartą?

Uważam, że na to jest jeszcze za wcześnie. Tak naprawdę po ostatnim gwizdku, gdy te emocje opadły i wszystko się skończyło, człowiek poczuł błogi spokój. Można było poczuć, że ten finisz jest już za nami. A na taką dogłębną refleksję jeszcze przyjdzie czas. Myślę, że teraz jeszcze na to za wcześnie.

Chciałbym nawiązać do tego, że to był tak naprawdę pierwszy pana sezon po długiej przerwie w roli pierwszego szkoleniowca. Dlaczego po samodzielnym prowadzeniu ostatnio Kotwicy Kołobrzeg zdecydował się pan na rolę drugiego trenera u kolejnych szkoleniowców?

Przez brak dokumentów i uprawnień, by samodzielnie prowadzić zespół na poziomie centralnym. Mogłem być pierwszym trenerem tylko w niższych ligach. Bardzo chciałem pracować w ekstraklasie albo pierwszej lidze, dlatego zdecydowałem się na przyjęcie roli drugiego trenera w sztabach szkoleniowych. Dopiero gdy ukończyłem kurs UEFA PRO mogłem podjąć pracę samodzielnie.

Doświadczenie w roli drugiego trenera w jakiś sposób przydało się panu w Warcie?

Myślę, że praca drugiego trenera, prowadzenie samodzielnie wcześniej zespołów jak na przykład Kotwicy Kołobrzeg znacznie odcisnęły na mnie piętno. Obie role nieco się różnią. Drugi trener bardziej skupia się na kwestiach szkoleniowych, prowadzeniu treningu lub  jego określonych fragmentów. A trudniejsze sprawy, jak zarządzanie drużyną, kontakt z prezesami, działaczami, mediami, sponsorami czy kibicami spoczywają na głowie pierwszego trenera.

Miałem możliwość poznania zawodu trenera tak naprawdę od podszewki. Przez kolejne lata  dojrzewałem do roli pierwszego trenera. Z kolei szkoła UEFA Pro nauczyła mnie zarządzania ludźmi w różnych sytuacjach – szczególnie w kryzysowych. Myślę, że ta nauka została spożytkowana w Warcie.

Przejdźmy teraz do początków minionego sezonu. Gdy obejmował pan Wartę, zespół miał za sobą trudną, choć wygraną, walkę o utrzymanie. Poza tym mówiło się, że defensywa funkcjonowała lepiej niż atak. Z jakim nastawieniem Warta rozpoczęła te rozgrywki?

Trzeba było przede wszystkim zbudować zespół. Z dyrektorem Grafem budowaliśmy ten zespół tak naprawdę od nowa, doszło do kilku przeobrażeń w drużynie. Kilku zawodnikom wtedy podziękowano, kilku nowych piłkarzy zakontraktowano. Poza tym musieliśmy zmienić oblicze gry, żeby Warta nie była utożsamiana ze stylem, który prezentowała w poprzednim sezonie.

Oprócz tego, musieliśmy przekonać zawodników do nowej filozofii. Wdrożenie tej filozofii wymagało naprawdę ciężkiej pracy na treningach. Pierwsze mecze nie były udane – najpierw Stal Mielec, a później wygrana z Bełchatowem, choć nie wszystko jeszcze funkcjonowało tak, jak sobie życzyliśmy. A jak już wszystko załapało, zobaczyliśmy, że to jest ta droga, którą chcemy podążać. Zawodnicy zrozumieli, że to daje wymierny efekt.

Kiedy rozmawialiśmy w październiku, powiedział pan , że chce  w Warcie “stworzyć rodzinę”. Na początku tego brakowało?.

Zarządzając  zawodnikami, trzeba raz być ich ojcem, a raz trenerem. W chwilach trudnych, które przeżywaliśmy nie tylko jako piłkarze, ale przede wszystkim ludzie, trzeba  być wyrozumiałym i rozmawiać. Zawodnicy czasami zwierzali się ze swoich problemów. Umiejętność słuchania to ważny obszar. Z kolei na linii trener-zawodnik trzeba było wymagać  od zawodników  realizowania zadań. Połączenie tych dwóch elementów zadziałało w tym sezonie w stu procentach, gdyż na tym budowaliśmy swoją siłę i charakter jako zespół.

A nie było na początku żadnych problemów z tym, że Warta musiała grać w Grodzisku?

Nie mogło być – już na samym początku odcięliśmy ten temat grubą kreską. Jeżeli przyjmujemy to jako rzecz oczywistą, nie ma do czego wracać i się tym zajmować. Od początku  skupiliśmy się na tylko pracy.

Kiedy zawodnicy zaczęli na poważnie myśleć o awansie, jeszcze w rundzie jesiennej?

Na początku obserwowaliśmy nasze boiskowe poczynania. Gdy faktycznie nabraliśmy rozpędu i byliśmy w stanie pokonać każdego rywala czy u siebie czy na wyjeździe, dodatkowo w  dobrym stylu, pojawił się temat awansu. W szatni założyliśmy w pewnym momencie, że jeśli to się nie zmieni, to obieramy sobie kurs na ekstraklasę i będziemy do tego dążyć. Pod koniec rundy jesiennej dodatkowo nakręcały nas zwycięskie mecze by być bliżej tego celu.

Jesienią były to jednak tylko rozmowy w szatni, natomiast wiosną oficjalnie powiedzieliśmy, o co walczymy. Zespół, który po rundzie jesiennej był na pierwszym miejscu, musiał  wyznaczyć taki cel.

Chciałbym teraz poruszyć temat transferów. O letnich wzmocnieniach można powiedzieć, że sprawdziły się z nawiązką. Tymczasem zimowe nabytki Warty nie do końca wypaliły. Izolacja mogła w tym przeszkodzić?

Zdecydowanie, gdyż zawodnicy najlepiej funkcjonują, gdy obcują ze sobą cały czas.  Transfery na rundę rewanżową były jednak bardziej uzupełnieniami niż zmianą. Bez sensu byłoby przecież zmieniać coś, co w rundzie jesiennej dało nam pierwsze miejsce i dobrą grę. Chcieliśmy mieć po prostu alternatywę dla podstawowych zawodników, żeby w razie problemów móc ich zastąpić.

Z tego, co pamiętam, Mateusz Szczepaniak już po przyjściu do Warty zmagał się z kontuzją.

Tak, to było tuż po okresie przygotowawczym. Przez to trochę się nam to skomplikowało i Mateusz w ciągu rundy nie mógł w pełni zaprezentować swoich umiejętności.

Gdy rozmawialiśmy w lutym, stwierdził pan, że są plany na rotacje w środku pola, stąd wypożyczenie Krzysztofa Danielewicza. Udało się zastosować jakieś nowe warianty?

Graliśmy cały czas w tym samym ustawieniu w środku pola. Krzysiu jest dziesiątką, nieco inną niż Robert Janicki. To była potencjalna osoba, która miała wprowadzić rywalizację na tej pozycji. Mogę powiedzieć, że Krzysiu miał kilka ciekawych występów – zdobył bramkę z Sandecją. Nie grał za dużo, ale mecze w których występował, były raczej wygrane. Zaliczył jednak też kilka nieudanych występów, które mogą położyć negatywny cień na jego pobyt w Warcie.

Wrócę teraz do tematu, który już nam się przewinął w rozmowie, czyli o izolację. Jak Warta spędziła ten czas?

Nie robiliśmy raczej nic nadzwyczajnego. Jako trenerzy organizowaliśmy wideokonferencje, podczas których tworzyliśmy plan treningowy a zawodnicy się do niego stosowali. Każdy z nich był monitorowany, a następnie sprawdzany. Potem co drugi-trzeci dzień rozmawialiśmy indywidualnie ze wszystkim zawodnikami o przebiegu treningu, ale też o tym, jak się czują.

Gdy wróciliśmy do Poznania, musieliśmy zrobić testy wydolnościowe, które wypadły dobrze. Proszę zauważyć, że po tej intensywności grania nie mieliśmy żadnych kontuzji mięśniowych. Monitorowaliśmy zawodników poprzez system PlayerTek i mogliśmy reagować na zmiany.

Chociaż po restarcie ligi zawodnicy nie uskarżali się na urazy, pojawiło się jednak kilka trudniejszych momentów w postaci nieudanych meczów.

Żałowaliśmy meczów u siebie – przegraliśmy z Puszczą, z Chrobrym, zremisowaliśmy z Tychami, choć mieliśmy ich na widelcu. Trzeba sobie wprost powiedzieć, że kilka meczów w naszym wykonaniu było słabych, wręcz bardzo złych.

Zastanawialiśmy się , dlaczego tak się stało. Doszliśmy do wniosku, że  nasz zespół wymagał systematycznego treningu na boisku. Gdy jesienią rozgrywaliśmy mecze co tydzień, mieliśmy kilka dni na to, by popracować. Teraz, gdy graliśmy co dwa-trzy dni, mogliśmy tylko się regenerować. Brakowało nam czasu na podnoszenie umiejętności. Graliśmy mecz za meczem, nie było czasu na doskonalenie chociażby  pressingu czy  gry w ataku pozycyjnym. To wszystko rzutowało na naszą wiosenną postawę.

Wtedy też pojawiły się różne głosy w mediach i nie tylko, że Warta zaczęła przegrywać i to oznacza, że nie chce awansować. To jakoś wpływało na drużynę?

Może na początku byliśmy na to źli. Potem jednak w ogóle nie zwracaliśmy na to uwagi, gdyż mieliśmy swój cel, do którego dążyliśmy. A takie błędne opinie zawsze były, są i będą. Na pewno nie wprowadzą nic dobrego, ale trzeba się do nich przyzwyczaić i z tym żyć. Krytyka, która jest konstruktywna pomaga, ale na głupie doniesienia szkoda czasu i nie ma sensu ich roztrząsać.

Można powiedzieć, że większe zainteresowanie Wartą ze strony mediów pojawiło się po dobrych wynikach w rundzie jesiennej, a potem coraz bardziej narastało. To bardziej motywowało czy działało demotywująco?

Na pewno wiosną wyglądało to inaczej niż jesienią. W rundzie jesiennej wygrywaliśmy mecze i na początku mało kto się tym emocjonował. Bardziej każdy patrzył na południe Polski – Stal Mielec i Podbeskidzie. Dopiero gdy faktycznie notowaliśmy serię za serią w dobrym stylu, wzrosło zainteresowanie nami.

Staliśmy się zresztą faworytami do bezpośredniego awansu, bo długo  byliśmy na pierwszym miejscu. Zawodnicy musieli być przygotowani na to, że będą obserwowani przez media i oceniani. Przyznam, że różnie to działało na naszych piłkarzy, którzy do tego nie byli wcześniej przygotowani. Okazało się, że nas to nie załamało – szczególnie przed dwoma meczami barażowymi a  zaczęło nam to dodawać motywacji do pracy. W przeciwnym razie na pewno nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy.

Motywował pan swoich piłkarzy w jakiś szczególny sposób? 

Mieliśmy sposoby na motywację, szczególnie przed tym ostatnim meczem. Zostawię to jednak w tajemnicy – to nasze szatniarskie sprawy. Motywacja musiała być jednak zupełnie inna niż przy zwykłych meczach ligowych. Zmęczenie materiału już było widoczne i musieliśmy skorzystać z pomysłów, które miały wydobyć z zawodników maksimum poświęcenia.

To motywacja miała szczególnie wpływ na postawę Warty w barażach?

Zespół w barażach tak się skonsolidował, spiął i poczuł się jednym ogniwem  którego nie można było rozerwać. We wcześniejszych meczach wyglądało to różnie, musieliśmy dużo o tym rozmawiać. Przed pierwszym, a jeszcze bardziej przed drugim meczem barażowym byliśmy  bardzo zmotywowani – na boisku i na ławce rezerwowych. Wiedzieliśmy, że razem stanowimy siłę, której nic nie złamie.

Z perspektywy czasu, które decyzje i momenty okazały się kluczowe dla zespołu w drodze po awans?

Myślę, że  konsekwencja i brak pochopnych ruchów. Po nieudanych meczach, a trochę ich było w rundzie wiosennej, nie robiliśmy wielkich rewolucji. Cały czas robiliśmy to samo, ale i cały czas musieliśmy docierać do głów zawodników, żeby nie pomyśleli, że jedna porażka może zaburzyć nasze dążenie do celu. Podchodziliśmy do przegrany meczów w normalny sportowy sposób, ale z takim nastawieniem, żeby nie powtarzać tych samych błędów.

Porozmawiajmy teraz o przyszłości. Można się spodziewać teraz po Warcie zmiany stylu gry i czy jest w ogóle czas na to, by testować nowe rozwiązania?

Na pewno Warta będzie musiała nie tyle tej ligi się uczyć, co być przygotowana na wyższe wymagania. Nie będziemy jednak w ekstraklasie nieśmiałymi chłopcami, którzy wchodzą i pytają “przepraszam, czy możemy tutaj być?”. począwszy od meczu z Lechią, musimy być bardzo uważni, mądrzy, w grze. Ale nie zamierzamy chować się za podwójną gardą i nie będziemy wyczekiwać na to, co się wydarzy na boisku.

Chcielibyśmy w ekstraklasie pokazać swój styl. Będziemy jednak bacznie się przyglądać, czy będzie nam dawać efekty. Musimy być bardzo elastyczni i jak najszybciej reagować na wydarzenia.

W ostatnich dniach z Warty odeszło kilku zawodników. Na których pozycjach można się spodziewać zmian w pana zespole?

Będziemy się przygotowywać do retuszu zespołu. Chcielibyśmy wzmocnić rywalizację na środku pola i w ataku, trzeba też wzmocnić skrzydło. Tak naprawdę na każdej pozycji musimy szukać jakichś rozwiązań.

Wciąż możemy się spodziewać głównie polskich wzmocnień czy pojawią się również w zespole zagraniczne nazwiska?

Warta nie może być klubem zagranicznym i musi mieć swój charakter. To podstawowa rzecz, której nie możemy zatracić. Myślę, że w dziewięćdziesięciu procentach trafią do nas zawodnicy z Polski, ale nie zamykamy się na ciekawych piłkarzy z innych krajów. Jeżeli będą nam pasować piłkarsko, charakterologicznie i wpasują się w naszą filozofię gry, mogą do nas trafić.

A co z młodzieżowcami? W pierwszym zespole grał Aleks Ławniczak, swoje szanse mieli też Filip Małek i Dominik Smykowski. W przyszłym sezonie zobaczymy kogoś nowego?

Nie wiadomo, jak się potoczą losy Kuby Apolinarskiego. Czy będzie szansa jego powrotu, czy nie – na pewno będziemy mu się przyglądać. Myślę, że musimy wprowadzać kolejnych młodych chłopaków w arkana sztuki piłkarskiej.

W Warcie doszło ostatnio nie tylko do decyzji co do składu, ale również zarządu. Kontrakt z przedłużył dyrektor sportowy, Robert Graf. Jaka jest jego rola w budowaniu i funkcjonowaniu klubu?

Robert jako dyrektor sportowy wywiązuje się ze swojej roli wyśmienicie. Przyszedł do klubu w podobnym czasie. Jego rola polegała na wyszukiwaniu zawodników na różne pozycje. Potem siadaliśmy i wspólnie ich ocenialiśmy pod kątem piłkarskim i charakterologicznym, czy będą pasować do szatni. Robert wykonuje naprawdę dużą pracę – trzeba umieć wyszukać zawodników, którzy dadzą sobie radę w lidze, ale również będą nam pasować. Znajomość rynku i ocena umiejętności zawodnika to jego bardzo mocne strony.

Dojdzie przed rozpoczęciem sezonu do jakichś zmian w sztabie szkoleniowym?

Będziemy szukać trenera od przygotowania motorycznego. Do tej pory się tym zajmowaliśmy sami. Tutaj mamy wakat i powinniśmy niedługo wzmocnić nasz sztab.

Kiedy piłkarze Warty wrócą do treningów?

Zawodnicy dostali tydzień na odpoczynek i wznowią treningi 10 sierpnia. Gdy wrócimy,  będą przeprowadzone badania na Covid-19 i dopiero po poznaniu wyników wyjedziemy do Grodziska na krótkie zgrupowanie, zakończone meczem Pucharu Polski. Potem zostanie nam tydzień do spotkania z Lechią Gdańsk.

Jakie cele ma pan na przyszły sezon, już w ekstraklasie? Po wywalczeniu awansu powiedział pan pół-żartem, że pana celem na miniony sezon było utrzymanie i ten cel nie został spełniony, gdyż Warta awansowała. 

Dlatego wolę nie mówić, bo znów nie dotrzymam słowa. (śmiech) A tak poważnie, naszym pierwszym celem przed rozpoczęciem rozgrywek będzie zbudowanie dobrego zespołu, który będzie dawał radość z gry swoim kibicom.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO