Konrad Domoń: “W Resovii każdy piłkarz walczy za drugiego”

Konrad Domoń 27. lat temu, jako siedmiolatek, przyszedł na pierwszy trening dziecięcej drużyny Resovii. Od tamtej pory, mimo trudniejszych momentów i ofert z wyższych lig, wciąż jest związany z klubem. Miniony sezon okazał się dla niego najważniejszy od czasu rozpoczęcia przygody z piłką, gdyż po wielu wzlotach i upadkach wraz z Resovią awansował do I ligi. 

Na wstępie chciałbym pogratulować awansu. Co najbardziej przyczyniło się do tego sukcesu Resovii?

Dziękuje bardzo. Myślę, że awans to efekt ciężkiej pracy nas wszystkich – zaczynając od działaczy, przez trenerów, po nas. To przede wszystkim dzięki temu mamy w Rzeszowie 1. Ligę.

To pewnie dla pana szczególny sukces, patrząc że od dziecka jest pan związany z Resovią. Można powiedzieć, że już wtedy pana serce biło wyłącznie dla tej drużyny?

Przyznam, że jestem wręcz wychowany na Resovii, gdyż mieszkałem na osiedlu blisko stadionu tego zespołu. Moi bracia również trenowali piłkę nożną i ja też złapałem bakcyla. I tak od siódmego roku życia do teraz kopię piłkę.

A awans jest dla mnie spełnieniem marzeń! Po 26. latach 1. liga wraca do Rzeszowa i to jest naprawdę mega sprawa. Nie tylko dla mnie, ale też dla kibiców, jak i całego miasta. Wydaje mi się, że Rzeszów zasługuje na przynajmniej ten poziom rozgrywek.

W finale baraży Resovia zmierzyła się ze Stalą i pojawiła się ku temu okazja. Do tej pory to jednak Stal była bliższa awansu.

To naprawdę fajna sprawa, że mecz o awans rozegrał się między dwiema drużynami z Rzeszowa. Myślę, że to pokazuje, jak to miasto się rozwija pod względem piłkarskim. A co do awansu – bardzo się cieszę, że wygraliśmy w barażu akurat z lokalnym przeciwnikiem i to my jesteśmy w 1. Lidze.

Któreś wydarzenia z czasów juniorskich szczególnie pana utwierdziły w przekonaniu, żeby pozostać przy piłce w dorosłym życiu?

Tak jak wspomniałem, złapałem bakcyla od braci i zacząłem chodzić na treningi. Spodobało mi się i tak mi pozostało do tej pory. Wciąż mam zdrowie do gry i cieszę się, że wciąż mogę kopać piłkę. Poza tym mam dużo znajomych, którzy od zawsze kibicowali Resovii i myślę, że dzięki temu też jestem tu, gdzie jestem.

Przejdźmy do spraw piłkarskich. Gdy dołączył pan do pierwszej drużyny Resovii, ta drużyna spadła do IV ligi. Jak pan wspomina tamten okres?

To były naprawdę trudne czasy dla Resovii, która nigdy nie była jakimś bogatym klubem. Potem przez kilka lat Resovia ciułała punkty w czwartej lidze. Później z pomocą sponsorów udało się nam z niej wykaraskać i powoli zaczynały się sukcesy, awansowaliśmy do drugiej ligi. I wtedy przyszła karna degradacja z powodów finansowych i organizacyjnych.

Wówczas utrzymywał się pan wyłącznie z piłki czy szukał pan innych sposobów na zarobienie pieniędzy albo rozwój zawodowy?

Gdy wchodziłem do piłki, nie można było powiedzieć o zarabianiu pieniędzy, wtedy utrzymywali mnie rodzice. Byłem jednak świadomy tego, że nie tylko z piłki można żyć – mogą się zdarzyć różne kontuzje, zresztą sam miałem kilka poważniejszych urazów. Skończyłem studia na Uniwersytecie Rzeszowskim i od paru lat jestem trenerem piłki nożnej w Szkole Mistrzostwa Sportowego. Jakoś udawało mi się pogodzić te wszystkie obowiązki ze sobą.

Zdarzały się chwile, gdy myślał pan o odejściu z Resovii?

Tylko raz była taka sytuacja. Nie mogłem dojść do porozumienia z prezesami, jednak po dłuższych rozmowach udało się wszystko dopiąć i gram tu do tej pory. Jako młody chłopak otrzymałem kilka propozycji, ale z nich nie skorzystałem, potem zacząłem studia. Gdybym wyjechał, byłoby je trudniej skończyć. A potem, gdy już założyłem rodzinę, nie myślałem o tym, żeby wyjeżdżać, tułać się i dojeżdżać na jakieś treningi.

Otrzymał pan jakieś oferty z wyższych lig?

Gdy wchodziłem do pierwszej drużyny Resovii, bodajże w wieku 19. lat, otrzymałem zaproszenie na testy z GKS-u Bełchatów. Później zapraszano mnie też do Lecha Poznań. Ostatecznie jednak nie skorzystałem z tych propozycji. Później jeszcze pojawiło się kilka ofert z klubów bliżej Podkarpacia. Może trochę żałuję, że nie spróbowałem, ale nie będę się w to wgłębiać. Nie ma co gdybać, awans do pierwszej ligi po latach ze swoją drużyną był przeżyciem, dla którego warto było tu zostać.

Co według pana wniósł do klubu trener Szymon Grabowski? To pod jego wodzą Resovia najpierw awansowała do drugiej, a teraz do pierwszej ligi.

Miałem jeszcze przyjemność, żeby grać z trenerem Grabowskim i drugim trenerem, Rafałem Rajzerem w czwartej lidze. Oni byli wtedy doświadczonymi zawodnikami, a ja dopiero wchodziłem do pierwszej drużyny, więc już się trochę od nich uczyłem fachu piłkarskiego.

Myślę, że trener Grabowski stara się zaszczepiać piłkarzom, żeby dawali dla Resovii całych siebie. W Rzeszowie dużo się mówi o “resoviackim charakterze” – myślę, że trenerzy też dobierają zawodników pod tym kątem. Sklecają fajną paczkę, która nie jest tylko zlepkiem zawodników, którzy myślą tylko o sobie czy o pieniądzach. U nas każdy walczy za drugiego – jeśli jeden miał słabszy moment, drugi starał się to naprawić. Nasza szatnia jest też specyficzna i wielu zawodników przez nią się przetoczyło, a nie wszyscy sobie poradzili.

Czyli można powiedzieć, że Resovia nie tylko stawia na cele sportowe, zależy tutaj wszystkim na umacnianiu własnej tożsamości.

Tak jak wspomniałem, przez jakiś czas było u nas biednie i nie można było liczyć na zawodników spoza regionu. Grało się swoimi ludźmi, wychowankami. Może nie zawsze tak jest, ale wychowanek da się pokroić za ten klub. Ludzie są tak dobierani, żeby czuli się związani z Resovią, a nie tylko przyjechali tutaj, odcinali kupony i uciekli.

Wróćmy do ostatniego sezonu. Nikt z zewnątrz przed rozpoczęciem sezonu nie stawiał na Resovię. W rundzie jesiennej przyszła jednak seria dziesięciu meczów bez porażki. 

Jako piłkarze mieliśmy swoje plany i marzenia. Każdy z nas przed rozpoczęciem ligi wypowiedział się, co chce dać tej drużynie i powiedział, co chce osiągnąć. Większość z nas wspomniała wtedy o awansie do pierwszej ligi. W końcu po to trenujemy, żeby osiągnąć jakieś sukcesy. Na początku każdy po cichu jako cel postawił sobie szóstkę.

Wyniki w rundzie jesiennej były bardzo dobre. Patrząc na budżety Widzewa, Górnika Łęczna czy GKS-u, powinni tę ligę zjeść. My udowadnialiśmy jednak, że pieniądze nie grają i obudziły się w nas marzenia, że możemy powalczyć o pierwszą ligę.

Przez całą rundę wiosenną pod względem punktowania nie szło nam jednak za dobrze. Na boisku nie wyglądało to tak najgorzej, ale po prostu brakowało nam zwycięstw. Było kilka meczów, w których byliśmy zespołem lepszym, ale nie mogliśmy przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Tym barażem jednak pokazaliśmy, że zasłużyliśmy na tę pierwszą ligę.

W rundzie wiosennej pojawiło się zwątpienie, było przez moment nerwowo?

Myślę, że każdy z zawodników starał sobie odpowiedzieć na pytanie, co się z nami dzieje. Rozmawialiśmy po każdym meczu ze sobą, z trenerami i szukaliśmy jakiegoś złotego środka. Naprawdę trudno było znaleźć rozwiązanie, ale nie załamywaliśmy się bowiem każdy znał swoje umiejętności. . Nie myśleliśmy o tym, że przegraliśmy czy zremisowaliśmy, tylko wierzyliśmy, że szczęście w końcu musi się do nas uśmiechnąć i będziemy punktować, bo zasuwaliśmy na każdym treningu. Dopiero z Widzewem zdobyliśmy trzy punkty. Teraz te straty punktów nie mają jednak znaczenia, liczy się wyłącznie wynik końcowy.

Trener szukał jakiś szczególnych sposobów, żeby zmotywować wasz zespół przed meczami barażowymi?

Trener Grabowski motywował nas przed każdym meczem, ale nie chcę się w to wgłębiać, jak to wyglądało. Najważniejsze, co nam powiedział to, że “zostały nam tylko dwa mecze do spełnienia naszych marzeń”. Myślę, że tutaj więcej nic nie trzeba mówić.

Można powiedzieć, że finał baraży ze Stalą był najważniejszym meczem w pana karierze, czy to przesada?

Jeśli chodzi o mecze barażowe, mecz z Bytovią był dużo trudniejszy niż pojedynek derbowy. Z Bytovią jednak to my strzeliliśmy pierwsi gola, przeciwnicy dostali czerwoną kartkę i powinniśmy ten wynik dotrzymać do końca. Straciliśmy jednak bramkę na 1:1 grając w przewadze i sami sobie nawarzyliśmy tego piwa. I przyszły rzuty karne, które trenowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że tak może się skończyć.

Po obu meczach musimy pochwalić naszego bramkarza Marcela Zapytowskiego, który pokazał tutaj swój kunszt. Najpierw obronił rzut karny w regulaminowym czasie, a w konkursie jedenastek też pokazał się z dobrej strony.

W meczu ze Stalą też byliśmy lepszą drużyną i powinniśmy ten mecz wygrać w ciągu 90. minut. Derby jednak nigdy nie będą ładnym widowiskiem – dużo walki, mniej pięknej gry. W przeciągu meczu byliśmy lepsi, jednak w rundzie wiosennej po prostu nam brakowało skuteczności. Tutaj też nam czegoś zabrakło, ale nie ma co narzekać. Awansowaliśmy do pierwszej ligi, pokonaliśmy lokalnego rywala i okazaliśmy się zespołem lepszym.

Długo trwało świętowanie?

Mieliśmy kolację, wspólną fetę, a potem chcieliśmy spędzić trochę więcej czasu z rodziną. Tak naprawdę ten sezon przez koronawirusa to był taki maraton, dużo wyjazdów, często nas nie było w domu. Każdy z nas potrzebował trochę odpoczynku – z rodziną, dziewczyną czy innymi bliskimi osobami. W tym roku tak naprawdę nie mamy wakacji, więc musieliśmy chociaż na moment znaleźć chwilę wytchnienia.

Teraz już przygotowujemy się do I ligi i za trzy tygodnie ruszamy. Tego odpoczynku więc zbyt wiele nie było.

Resovia ma już cele na przyszły sezon?

Przede wszystkim chcemy utrzymać się w tej pierwszej lidze. Niby spada jedna drużyna, ale na pewno nie będzie to dla nas łatwe. Będziemy beniaminkiem i każdy będzie chciał z nami wygrywać. Myślę jednak, że nie raz już pokazaliśmy na co nas stać i wierzymy, że w przyszłym sezonie ta liga zostanie w Rzeszowie. Nie mamy na razie jakichś górnolotnych celów, chcemy po 26. latach nie tylko awansować, ale również pozostać w tej lidze.

Wiadomo już, gdzie Resovia będzie grać w przyszłym sezonie?

Na razie jeszcze nie mamy informacji, gdzie będziemy grać. I działacze, i prezydent miasta zrobią wszystko, żeby nasze mecze odbyły się w Rzeszowie. Niestety będzie ciężko, żeby spotkania odbywały się na stadionie Resovii, który nie spełnia obecnie wymogów na 1. ligę. Miejmy jednak nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli zagrać w tych rozgrywkach przy Wyspiańskiego. Prawdopodobnie teraz będziemy grać na Stadionie Miejskim w Rzeszowie, a jeśli nie – w Stalowej Woli.

Wczoraj świętował pan 34. urodziny. Czego można panu życzyć z tej okazji?

Przede wszystkim zdrowia – jeśli zdrowie będzie, inne rzeczy przyjdą wcześniej czy później. Jeśli go nie będzie, może być ciężko.

A myśli pan już powoli o tym, żeby za jakiś czas zakończyć przygodę z piłką?

Niestety czasu się nie oszuka, lata lecą. Jeśli będzie zdrowie, chciałbym wciąż grać w Resovii. Jeśli go jednak nie będzie, mam alternatywy. Nie tylko myślę o piłce, dlatego zajmuję się trenowaniem dzieci i wiążę przyszłość z piłką. Może kiedyś wejdę w seniorską piłkę, ale wszystko przyjdzie w swoim czasie.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

Fot. Resovia Rzeszów

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO