Co mają puchary do pytania: „Czym jest charakter, tato?”…

Kiedy z góry skazują cię na porażkę, bądź uznają jej winnym, a ty dałeś z siebie wszystko, pokaż, jak bardzo nie doceniają twojej determinacji. Jeśli przekreślają cię już na starcie, wpędź ich w przyszłości w wyrzuty sumienia, jak bardzo się mylili. Może nie będą widzieć w tobie mistrza, ale na pewno będą cię szanować. I tak od spodu piramidy, gdzie sport się zaczyna, aż po jej szczyt, gdzie oglądamy drużyny w europejskich pucharach.

Czym jest charakter, tato? – każdemu ojcu przyjdzie zmierzyć się z takim pytaniem dorastającego nastolatka. Jako że mój syn ma z futbolem wiele wspólnego, a sport traktuję jako najlepsze narzędzie w żmudnym procesie wychowania (choć znam wielu, którzy bezwarunkowo widzą to jako początek wielkich karier), starałem się opowiedzieć bardzo obrazowo.

Poza niezłomnymi postawami w sprawach fundamentalnych, charakter to nic innego jak odpowiedź na wszystko, co niesprawiedliwie cię dotyka. Kiedy czujesz, że w szkolnej klasie jesteś tylko po to, by wypełnić powietrze w pomieszczeniu, bo nauczyciel i tak całą uwagę poświęca kilkorgu prymusom, żeby na ich plecach poprawić swoją renomę, pokaż mu, jak bardzo się myli i nie docenia twojej determinacji. Kiedy w drużynie sportowej poczujesz, że jesteś – jak mawiają doświadczeni trenerzy – mięsem armatnim dla wskazanych za młodu gwiazd, wpędź ich w przyszłości w wyrzuty sumienia, jak bardzo się mylili. To ci namaszczeni mają problem, bo oczekiwania i bagaż marzeń wobec ich talentów mogą okazać się przytłaczające. Oni będą musieli, a ty tylko będziesz mógł, bez żadnej presji. Kiedy twoja drużyna przegra, ty dasz z siebie wszystko harując jak wół, a trener publicznie uzna cię za jednego z winnych porażki, włóż jeszcze więcej determinacji w swoje działania, nie oglądając się na konsekwencje. Nawet jeśli będą przykre dla innych. Jak mawia Mateusz Borek: „Masz jaja, wyjdź, pokaż”… Może nie będą widzieć w tobie mistrza, ale na pewno będą cię szanować.

Pamiętacie ekranizację „Lotu nad kukułczym gniazdem” Milosa Formana i scenę, kiedy McMurhphy (Jack Nicholson) zakłada się z kumplami z oddziału psychiatrycznego, że wyrwie ziemi wielką, ciężką jak diabli marmurową umywalkę. Wiara w siłę McMurhpy’ego była żadna, ale ten podszedł, zaparł się i walczył, by przekonać innych, ile znaczy determinacja. Kolosalna umywalka została na swoim miejscu, a McMurhphy wypowiedział jakże znamienne słowa: „Przynajmniej próbowałem”…

Jeśli traktować sport jako szkołę życia, trzeba być takim walczącym z systemem i stereotypami McMurhphym. W dorosłym życiu tylko takie postawy się obronią. Jeśli za młodu pokażesz, że nie godzisz się na niesprawiedliwe oceny, a wiara w ciebie jest zbyt mała, później będzie ci wiele łatwiej. I to jest właśnie charakter.

Wiem, wiem, wielu pedagogów uzna, że to rozmowa z dzieckiem, która łamie jakiekolwiek kanony wychowania, jednak wolę w ten sposób – bardzo prawdziwie – niż koloryzując rzeczywistości i zapewniając, jaki świat jest wspaniały i sprawiedliwy. Nie jest, zwłaszcza świat sportu, gdzie umiejętności to jedno, a szereg pobocznych kwestii tak naprawdę decyduje o rozwoju.

Pytanie o charakter zbiegło się z rozpoczynającym się turniejem finałowym Ligi Europy w Niemczech. I kiedy mieliśmy siadać do meczu Interu Mediolan z Bayerem Leverkusen, uznałem, że nic tak dobrze nie zobrazuje pojęcia, o którym dziś w mowa w felietonie, jak postawa FC Kopenhaga z Manchesterem United. Intuicyjnie, ale i na bazie doświadczeń z dwumeczu Duńczyków z tureckim Basaksehir, czułem, że będzie to esencja wszystkiego tego, co wykładałem potomkowi kilka godzin wcześniej: kiedy w ciebie nie wierzą, koronując gigantycznego rywala, pokaż, że są w błędzie; kiedy naigrywają się z ciebie, haruj do upadłego, a na pewno cię docenią, etc.

Promieniałem ze szczęścia, bo lekcja teorii zbiegła się z lekcją praktyki. FC Kopenhaga, mimo że odpadli po dogrywce i golu straconym z rzutu karnego, stała się nadzieją wszystkich tych, u których nie widzą perspektyw. Nie pomijając dość bogatej przeszłości Kopenhagi w fazach grupowych Ligi Mistrzów czy Ligi Europy, w obecnych rozgrywkach właściwie nikt nie przypuszczał, że zameldują się w niemieckich finałach. Zrobili to, zapracowując na szacunek należny nie zdolnym i bogatym, ale maluczkim i ambitnym.

Tak właśnie rodzą się wielkie piłkarskie historie, nie tylko klubowe, ale i indywidualne. Andrzej Woźniak, mimo że od tamtych chwil minęło ćwierć wieku, nazywany jest Księciem Paryża za fenomenalny występ przeciwko Francji w eliminacjach Euro 1996. W Janie Tomaszewskim wciąż widzą tego, który zatrzymał Anglię w 1973 r., a teraz Europa mówi o Karlu-Johanie Johnssonie, który nie dał sobie strzelić gola z gry przez 120 minut, uwijając się w nieprawdopodobnych wręcz sytuacjach. Chłop ma 30 lat, bezskutecznie próbował wojować Zachodnią Europę (92 mecze w lidze francuskiej, 30 spotkań w lidze holenderskiej), a dopiero teraz spłynęła na niego chwała płynąca z charakteru wojownika. 14 interwencji najwyższej klasy, co jest rekordem Ligi Europy, słowa uznania płynące od gigantów futbolowego światka (Robin van Persie: „To musiał być najlepszy mecz w jego życiu. Bronił nie tylko te piłki, które leciały w jego stronę”).

Po poniedziałkowym starciu Manchesteru z Kopenhagą media nie rozpływają się nad Ole Gunnarem Solskjearem, a rozkładają na czynniki pierwsze trenerski fenomen kilka lat starszego Stale Solbakkena, który z FC sięgnął po osiem mistrzostw kraju, a teraz zrobił furorę w Europie. Szkoleniowca, którego fundamentalną wartością jest determinacja, walka do upadłego, umiejętność powstawania z najtrudniejszych sytuacji.

No więc to jest ten charakter, synu…

Przemysław Iwańczyk, dziennikarz Polsatu Sport

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO