Absolwent ekstraklasy na stypendium, czyli jak Lewy wybierał kluby
03.09.2020

Wydaje się, że o Robercie Lewandowskim wiemy naprawdę dużo. Portale, od sportowych do plotkarskich, rzucają się na wszystko, co piłkarz Bayernu i jego żona pokażą prze uchylone drzwi prywatności. Wiemy już, na którym boku śpi Lewandowski, że lubi zjeść pierś z kaczki, unika za to glutenu. Internetowi wydawcy mogą być pewni, że każdy artykuł z Lewandowskim w tytule, choćby był o dziurawych getrach, gwarantuje pożądaną dziś klikalność.

***

Nie o glutenie czy getrach Lewandowskiego będzie dzisiaj, a o wyborach piłkarza. Jaki wpływ na karierę ma jej przemyślane prowadzenie, przewidywanie kolejnych ruchów (a przynajmniej napisanie jakiegoś scenariusza), plan wystający daleko poza najbliższy miesiąc i odebranie wypłaty. Wybór klubu traktowany jako przygotowania do wykonania kolejnego kroku i transferu do jeszcze wytworniejszego grona. Oczywiście, po drodze zagrożeń jest mnóstwo, tak samo jak nieprzewidzianych wydarzeń, ale zebranie jak najwięcej informacji o klubie, trenerzy czy konkurentach do gry pozwala zmniejszyć ryzyko niewypału.

Na początku przy zmianach klubu przez Lewandowskiego decydował przypadek. Jako 16-latek trafił do IV-ligowej Delty tylko dlatego, że z ich trenerem znał się szkoleniowiec Roberta z Varsovii. Późniejsze przenosiny do rezerw Legii to efekt planowanej współpracy między największym klubem Warszawy i Deltą. A gdy już Legia go pognała, to ratunku szukał z mamą na obiektach Varsovii w gabinecie znajomego trenera i właśnie tam narodził się pomysł na Znicz.

Od czasu kolejnych goli w Pruszkowie zaczyna się za to świadome prowadzenie kariery Lewandowskiego. To wtedy w jego życiu pojawia się Cezary Kucharski. I choć dziś obaj panowie nie utrzymują kontaktu, to trzeba przyznać, że ich współpraca szczególnie w czasach, gdy Lewemu rosły skrzydła, opłaciła się obu stronom.

Przygotowując z Piotrkiem Wołosikiem biografię Roberta „Lewy. Jak został królem” z pieczołowitością próbowaliśmy odtworzyć szczególny okres w jego karierze, wtedy gdy wypływał na międzynarodowe wody i odchodził z Lecha. Zmiana ligi i zmiana kraju dla piłkarza ekstraklasy jest szczególnie ważka, zdarzało się, że gwiazdki z naszego podwórka za granicą trafiały na półtoraroczną kwarantannę, a już pół roku bez gry traktowano jako coś normalnego. Trzeba było więc zadbać, żeby Lewandowski takiej pauzy uniknął.

***

Pół roku przed wyjazdem Kucharski wraz z Lewandowskim określili, jakie kierunki będą dla niego najlepsze. Wybrali cztery kraje. Włochy, Niemcy, Anglię i Hiszpanię. Wyjazd na Wschód odrzucili, a właśnie wtedy do drzwi Lecha zapukał Szachtar Donieck. Ukraińcy zaproponowali takie pieniądze, że Borussia Dortmund, do której Robert ostatecznie trafił, w tej licytacji nawet nie podniosłaby tabliczki. Na kolacji we wronieckim hotelu Olympic wysłannik Szachtara zszokował gospodarzy, oferując za młodego napastnika 6,5 miliona euro. Nie ma co dziś udawać, że szefom Lecha zależało na wyborze jak najodpowiedniejszego klubu dla Lewandowskiego. Nie, oni skupili uwagę na ofercie najkorzystniejszej dla klubu, co w sumie zrozumiałe. Niezrozumiałe było dla nich za to zachowanie Kucharskiego, który ofertę Szachtara od razu odrzucił, informując, że tym kierunkiem nie są zainteresowani.

Zostały trzy kluby, z krajów wskazanych przez Lewandowskiego i jego doradcę – Blackburn Rovers, Genoa i Borussia Dortmund. Każdy z taką samą szansą na przekonanie do siebie piłkarza.

Lewandowski analizował kadrę Blackburn, zastanawiał się, czy nie ma tam zbyt wielu cudzoziemców i ile potrwałaby jego aklimatyzacja. Zresztą Anglicy zaprosili go do siebie. Miał obejrzeć ośrodek treningowy, porozmawiać z menedżerem drużyny. Ale wtedy wybuch islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull sparaliżował ruch lotniczy nad Europą i Lewandowski nigdy do Blackburn nie dotarł. Kto wie, może bilet lotniczy z nazwiskiem Lewandowskiego trafi kiedyś do muzeum angielskiego klubu jako dowód, że w transferach i natura może rozdawać karty.

Anglicy stracili przez pył, Robert dotarł za to do Włoch. Z trybun obejrzał derby Genui, a dalej… Co było dalej, najlepiej niech opowie Krzysztof Piątek, który wiele lat po Lewandowskim podpisał kontrakt z tym klubem. – O wizycie Roberta opowiedział mi dyrektor sportowy. Do dziś trzyma jego umowę na mailu, widziałem pierwszą stronę. Dyrektor opowiadał, że Robert był już w klubie, siedział przy tym samym stoliku, co ja, mieszkał w tym samym hotelu, co ja. I wtedy zadzwonili z Dortmundu… –­ opowiadał Piątek.

Wybór Borussii okazał się strzałem w dziesiątkę, a późniejsze losy Lewandowskiego wszyscy doskonale znamy. Kluczowy okazał się wybór klubu zaraz po wyjeździe z ekstraklasy. Bo Lewandowski, jako jeden z nielicznych absolwentów ekstraklasy w ostatnich latach, nie tracił czasu na trybunach, gdy zaczynał zagraniczne stypendium.

Łukasz Olkowicz, dziennikarz Przeglądu Sportowego 

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO