Pora zapełniać pustą gablotę. Czy Mourinho wywalczy z Tottenhamem znaczące trofeum?
06.10.2020

W późne niedzielne popołudnie ekipa Tottenhamu wyszła na murawę Old Trafford, aby zmierzyć się z Manchesterem United w hicie czwartej kolejki Premier League. Jak przystało na rywalizację w Teatrze Marzeń, obejrzeliśmy fenomenalny spektakl, w którym pierwszoplanowe role odegrali piłkarze gości. Podopieczni Jose Mourinho zdemolowali rywali 6:1, dając pokaz niezwykle ofensywnej i przyjemnej dla oka gry. Czy był to jednorazowy wyskok Tottenhamu, czy też ekipa „Kogutów” po latach posuchy ma realne szanse na wrzucenie do gabloty wartościowego trofeum?

Nadchodzi prawdziwa weryfikacja

Pracę Jose Mourinho w Tottenhamie rzetelnie będzie można oceniać dopiero w obecnym sezonie. Oczywiście podsumowując ubiegłoroczną kampanię można przyczepić się do Portugalczyka, że „Spurs” po raz pierwszy od czterech lat nie zajęli na koniec sezonu Premier League miejsca dającego awans do Ligi Mistrzów. Słabo wyglądała również postawa drużyny w Champions League oraz FA Cup. Porażkę z RB Lipsk można było jeszcze zaakceptować, jednak jej rozmiary były mocno zaskakujące i rozczarowujące. Wpadka z Pucharu Anglii, kiedy to Tottenham odpadł po rzutach karnych z beznadziejnie spisującym się w lidze Norwich City absolutnie nie powinna się przydarzyć. Przy krytyce portugalskiego menedżera nie można jednak zapominać o potwornych brakach kadrowych, które przytrafiły się drużynie w najbardziej newralgicznym punkcie sezonu. Kontuzje takich graczy jak Harry Kane, Son, Hugo Lloris czy Moussa Sissoko mocno pokrzyżowały szyki Jose Mourinho. W zajęciu miejsca w top 4 nie pomógł również słaby start w lidze jeszcze za kadencji Mauricio Pochettino, który zostawił zespół na 14. pozycji w tabeli. W obecnym sezonie nie będzie już jednak żadnych wymówek. Fani oraz osoby zarządzające klubem oczekują, że zespół w końcu sięgnie po znaczące trofeum. Właśnie po to zatrudniono Mourinho na Tottenham Hotspur Stadium.

Napięty terminarz i falstart z Evertonem

Sezon 2020/21 będzie zwariowany dla większości europejskich drużyn. Terminarz napakowany do granic możliwości da się we znaki wielu menedżerom, którzy będą zmuszeni stosować rotacje częściej niż zwykle. Pierwszą ofiarą postpandemicznej futbolowej rzeczywistości został właśnie Tottenham. Poprzez udział drużyny w aż trzech fazach eliminacji do Ligi Europy, „Spurs” w ciągu 22 dni rozegrali aż 8 spotkań.

Pierwszy mecz sezonu w Premier League nie zwiastował niczego dobrego. Podopieczni Mourinho przegrali w bezdyskusyjny sposób na własnym stadionie z Evertonem (0:1). Piłkarze „Kogutów” nie byli w stanie w żaden sposób postawić się zawodnikom gości. Mourinho po meczu tłumaczył co prawda, że jego zespół w wyniku de facto braku okresu przygotowawczego nie jest jeszcze gotowy na rywalizację na wysokim poziomie. Wtedy kibice oraz eksperci mogli podchodzić do tych słów jako do klasycznego fortelu Portugalczyka. „Winni są wszyscy, tylko nie ja”. Czas pokazał jednak, że menedżer „Spurs” akurat w tym przypadku mógł mieć rację.

Ofensywne szaleństwo

Zupełnie nieoczekiwanie bezbarwny Tottenham stał się nagle maszyną do zdobywania bramek. Pięć goli strzelonych przeciwko Southampton, siedem trafień zaaplikowanych Maccabi Hajfa. Wreszcie sześć bramek na Old Trafford i kompletne upokorzenie Manchesteru United. Po drodze był co prawda remis z Newcastle, jednak wynikał on bardziej z braku skuteczności niż słabej postawy „Spurs”. Na starcie sezonu kapitalnie wygląda współpraca Harry’ego Kane’a z Sonem. Jeśli pada gol dla Tottenhamu, możemy w ciemno zakładać, że obaj gracze maczali w nim palce. Anglik częściej niż zwykle cofa się po piłkę, jednak obecnie nie powoduje to pustych przestrzeni w ataku. Koreańczyk Son potrafi wbiec w miejsce opuszczone przez Kane’a i z chirurgiczną precyzją wykończyć podanie kolegi z zespołu.

Zaskakująco dobrze wygląda również dyspozycja Erika Lameli. Argentyńczyk dwoi się i troi, harując na całej długości boiska. Oszałamiających liczb to nie przynosi, lecz swoją pracą sprawia, że błyszczeć mogą inni. A i sam Lamela miał już w tym sezonie swoje pięć minut, kiedy to w końcówce meczu z Chelsea w Carabao Cup doprowadził do remisu, dzięki któremu jego drużyna awansowała dalej po serii rzutów karnych.

Renesans formy przeżywa natomiast Tanguy Ndombele. Wydawało się, że Francuz został na dobre odstawiony na boczny tor. Jeśli bowiem jakiś piłkarz nie przekonuje do siebie Jose Mourinho, Portugalczyk zwykł stawiać na takim delikwencie krzyżyk. 64. minuty rozegrane w ubiegłym sezonie po czerwcowym wznowieniu rozgrywek świadczyły o tym, że piłkarz powinien jak najszybciej poszukać sobie nowego klubu. Ndombele jednak ciężką pracą na treningach zdołał wywalczyć miejsce w podstawowym składzie. Środkowy pomocnik stał się niezwykle ważną postacią w drugiej linii „Kogutów”. Walczy na całego, często również rozdziela piłki w boczne sektory boiska. W niedzielę strzelił bramkę na 1:1, która tchnęła w kolegów wiarę, iż mogą osiągnąć korzystny rezultat w starciu z ekipą Ole Gunnara Solskjaera. W ofensywnej machinerii potrafił również odnaleźć się typowy przecinak jak Pierre-Emile Hojbjerg. Asysta Duńczyka przy piątym trafieniu Tottenhamu na Old Trafford była najwyższej klasy.

Alli poszedł w odstawkę

Skoro Tanguy Ndombele wrócił do łask Mourinho, Portugalczyk musiał znaleźć inne nazwisko, które wyląduje na jego czarnej liście. Wybór padł na Dele Alliego. W serialu „All Or Nothing” mogliśmy obserwować przytyki Mourinho w stronę 24-letniego piłkarza. Portugalczyk zarzucał Anglikowi, że ten jest leniwy i nie przykłada się w stu procentach do treningów. Wygląda na to, że Mou w końcu stracił cierpliwość do ofensywnego pomocnika. Dele Alli, pomimo wspomnianego piekielnie napiętego terminarza, rozegrał w tym sezonie zaledwie 170. minut. W najbliższym czasie przekonamy się, czy ofensywny pomocnik będzie mieć tyle samozaparcia, aby podążyć szlakiem Ndombele i odzyskać zaufanie menedżera „Spurs”.

Na co stać Tottenham?

Ciężko wysnuwać daleko idące wnioski na wczesnym etapie rozgrywek. Zwłaszcza, jeśli jesteśmy świadkami tak zwariowanego sezonu w Premier League. Nie można jednak nie docenić postawy Tottenhamu, który w końcu cieszy swoją grą nie tylko własnych fanów. Jose Mourinho uwolnił nieco ofensywę z taktycznych kajdan, co przyniosło kapitalny skutek. Portugalczyk na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w swojej menedżerskiej karierze. Mourinho zamierza udowodnić wszystkim wokół, że świat trenerski nie odjechał mu tak bardzo, jak wieszczą wszyscy jego krytycy. Z Tottenhamem może napisać nową, własną historię, tak jak miało to miejsce w Porto czy podczas pierwszej przygody w Chelsea.

Czy zdarzy się to już w sezonie 2020/21? Na papierze Tottenham jest na pewno silniejszy niż w ubiegłorocznej kampanii. Mourinho uporządkował nieco szatnię, pozbywając się niepotrzebnych piłkarzy i pozyskując w ich miejsce kilku nowych, na papierze lepszych. Najbardziej medialnym transferem „Spurs” był z pewnością Gareth Bale, choć z czysto piłkarskiego punktu widzenia wydaje się, że do gry Tottenhamu więcej wniesie inny były zawodnik Realu Madryt. Sergio Reguilon w minionym sezonie był jednym z czołowych lewych obrońców w Europie. Taki gracz przychodzący w miejsce Danny’ego Rose’a, to jak przesiadka z Malucha do Ferrari.

Kluczowe dla sukcesu w obecnej kampanii może być sprowadzenie piłkarza, który na pierwszy rzut oka nie wydaje się jakimś kolosalnym wzmocnieniem. Przybycie Carlosa Viniciusa da jednak niezbędny oddech największej gwieździe Tottenhamu. Do tej pory Harry Kane był eksploatowany do granic możliwości. Wynikało to z braku wartościowego zastępcy. Wynalazki typu Vincent Janssen były kompletnymi niewypałami. Wszyscy w klubie mają nadzieję, że Carlos Vinicius w mniej ważnych spotkaniach odciąży Kane’a i nie odbędzie się to ze szkodą na jakości gry w ofensywie. Przemęczony snajper w poprzednich sezonach często łapał kontuzje, które wykluczały go z gry na dłuższy czas. Było to jedną z głównych przyczyn słabszych wyników choćby w ubiegłorocznej kampanii. Zdrowy Kane to zdecydowanie większa szansa na osiągnięcie zamierzonych celów.

Przez lata Mauricio Pochettino dysponował niezwykle krótką ławką rezerwowych. Obecnie zespół wzmocniono jakościowymi piłkarzami, wobec czego Mourinho nie powinien mieć problemu z wąską kadrą. W rozgrywkach ligowych rywale są piekielnie mocni, więc sukcesem będzie ponowny awans do czołowej czwórki. Mourinho z pewnością jednak nie podąży śladem Arsene’a Wengera i nie uzna tego jako wywalczone trofeum. Tottenham powinien celować raczej w FA Cup lub Ligę Europy. Z wspomnianą szerszą kadrą można już z powodzeniem rywalizować na kilku frontach. Jose Mourinho na Tottenham Hotspur Stadium nie dysponuje gorszym składem niż podczas pracy w Manchesterze United, kiedy z „Czerwonymi Diabłami” sięgał po triumf w Lidze Europy. Zdeklasowanie byłego pracodawcy na jego terenie byłoby symbolicznym początkiem misji wywalczenia pierwszego trofeum podczas pracy z Tottenhamem.

Fot: Twitter Tottenham

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO