Reprezentacja Polski zremisowała z Włochami i przegrała z kompleksami

Reprezentacja Polski zremisowała z Włochami 0:0. Ilu ludzi, tyle opinii – część ekspertów twierdzi, że to dobry wynik, inni – że nie ma się z czego cieszyć. Czy poprzednie spotkanie kadry Brzęczka w Lidze Narodów faktycznie może dawać więcej powodów do optymizmu?

Rzymscy bogowie

Jeden problem reprezentacji Polski pozostaje ten sam od lat, czyli kompleksy. Przez lata cieszyliśmy się z remisów z Niemcami, Anglią, Francją czy Rosją podczas Euro 2012. Za każdym razem wiele osób usprawiedliwiało kadrę według jednego schematu – to silniejszy zespół, nie byliśmy faworytem. Można zrozumieć takie podejście u kibiców czy nawet niektórych dziennikarzy, którzy widzą więcej pozytywów, żeby wytłumaczyć kadrę ze straty punktów. Takiej postawy nie powinni jednak przyjmować selekcjoner i piłkarze, szczególnie że nie przez przypadek jesteśmy w najwyższej lidze Ligi Narodów.

Jerzy Brzęczek po meczu z Holandią przyznał, że zdawał sobie sprawę, że Polacy nie stworzą w tym meczu zbyt wiele sytuacji. To tylko kolejny dowód na problem, który od wielu lat gnębi otoczenie wokół reprezentacji. Kompleks niższości, który nie dotyczy piłkarzy, a wszystkich, którzy tłumaczą, że remis z Włochami dla Polaków powinien być sukcesem, tylko dlatego że to czterokrotni mistrzowie świata.

A Włosi po raz ostatni sięgnęli po to mistrzostwo w 2006 roku! Od tamtej pory wszystko poszło do przodu, a z tamtej kadry nikogo już nie ma w obecnej. Moise Kean jest młodszy o blisko 30 lat od Marco Materazziego czy Alessandro Nesty. Poza tym reprezentacja Włoch ma za sobą poważną klęskę – nie awansowała na Mundial 2018. Oczywiście, mają za sobą eliminacje Mistrzostw Europy bez porażki. Stawianie sobie ich za bogów nie do przejścia to jednak nonsens.

Poszliśmy do przodu, lecz boimy się o tym powiedzieć na głos

Zaryzykuję teraz śmiałą tezą – niedzielny mecz z Włochami był dla reprezentacji Polski do wygrania. Naprawdę. Podopiecznym Roberto Manciniego w tym meczu nie wychodziło nic pod bramką Łukasza Fabiańskiego. Owszem, dużo pracy wykonał tutaj Sebastian Walukiewicz, który zablokował kilka ataków. Spójrzmy jednak na liczby – Włosi oddali w tym spotkaniu mieli aż 15 sytuacji bramkowych, ale nie potrafili wykorzystać żadnej z nich. Było widać, że są rozstrojeni, zabrakło im wykończenia. Bez względu na to, co się działo na boisku, coś próbowali, ale nie byli wcale genialnym zespołem.

Nie było tam jednak Andrei Pirlo, Roberto Baggio, Paolo Maldiniego czy Alessandro Del Piero. Oczywiście, w szeregach obecnej Squadra Azzurra grają zawodnicy topowych klubów. Ale czy u nas takich nie ma? Nie żyjemy już w czasach, gdy Andrzej Niedzielan przechodził do NEC Nijmegen i cieszyła się z tego cała Polska. Nie ujmując nic byłemu reprezentantowi – wtedy było to faktycznie duże wydarzenie. A obecnie niewielu kibiców przed transferem do Lecha znało Filipa Bednarka, który regularnie grał w klubach podobnej klasy w Holandii. To o czymś świadczy – poszliśmy do przodu.

Wciąż jednak nasze umysły często sięgają lat 90. czy 2000., gdy Włosi, Francuzi czy Niemcy byli dla nas nieosiągalni. A przynajmniej tak nam się wydawało, chociaż wtedy było to bardziej uzasadnione niż obecnie.

Reprezentacja Armenii > Lewandowski?

Tymczasem w meczu z Włochami Polacy nie pokazali żadnych argumentów z przodu. Pojedyncze sytuacje nie są argumentami – nawet San Marino zdobyło kiedyś gola z Anglią. Robert Lewandowski, który oficjalnie jest najlepszym piłkarzem Europy nie oddał ani jednego strzału na bramkę Gianluigiego Donnarummy. Możemy mówić o włoskiej dyscyplinie i solidnej obronie tamtejszej kadry. Wciąż jednak bardziej żyjemy tutaj wspomnieniami, niż tym co jest tu i teraz. Ta żelazna defensywa reprezentacji Włoch w ubiegłym roku dwukrotnie pozwoliła znaleźć drogę do bramki reprezentacji Armenii. Owszem, rywale podopiecznych Roberto Manciniego przegrali z kretesem – 1:3 u siebie i 1:9 na wyjeździe. To jednak dowody na to, że ten zespół można przejść. Czasami potrzebna jest skuteczność, czasem fantazja.

Wyjdźmy z drewnianych chatek

Chociaż kilka aspektów w grze reprezentacji Polski przeciwko Włochom zasługuje na pochwały, można znaleźć w niej więcej wad niż zalet. Gdyby nie nieskuteczność podopiecznych Roberto Manciniego, raczej nie cieszylibyśmy z tego punktu. Cytując słowa Leo Beenhakkera (użyte w innym kontekście), powinniśmy wyjść z drewnianych chatek i przestać czuć kompleks do Włoch, Hiszpanii czy Francji.

Domyślam się, że zawodnicy obecnej reprezentacji raczej to rozumieją. Duża część z nich gra, grała lub będzie grać w najlepszych ligach Europy. Skoro mamy Lewandowskiego, nie powinniśmy się cieszyć, że takiemu Belottiemu nie wyszedł mecz dzięki naszym obrońcom. Powinniśmy raczej narzekać, że wciąż boimy się Włochów, chociaż oni tylko trzy razy postraszyli Łukasza Fabiańskiego. Jeśli retoryka się zmieni i faktycznie będziemy coraz częściej otwarcie mówić, że już nie jesteśmy dziadami, wtedy pójdziemy o krok również mentalnie. Bo piłkarsko wcale nie jest tak źle.

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO