Szkot, który podbił Polskę i dwa razy odbił się od Premier League

Nie ma postaci, która bardziej łączy Lecha Poznań ze Szkocją niż Barry Douglas. Słynący z niezwykle celnych dośrodkowań i strzałów z dystansu lewy obrońca od kilku lat dobija się do bram angielskiej Premier League. Na razie wszystkie jego próby zakończyły się jednak fiaskiem.

W Szkocji nigdy nie był ikoną

Choć Szkocja nie zaliczy się do światowych potentatów, wydała na świat kilku piłkarzy światowej klasy. Dennis Law, Kenny Dalglish, Gordon Strachan czy występujący jeszcze przed wojną w barwach Chelsea i Newcastle Hughie Gallacher. To wielkie nazwiska, o czym świadczy liczba zgromadzonych przez nich trofeów oraz indywidualnych nagród. Wielu polskim kibicom, którzy nie są fanami Manchesteru United, Liverpoolu czy Chelsea, tamtejsza piłka kojarzy się jednak z piłkarzem, który kilka lat temu występował na naszych boiskach.

Powiedzmy sobie szczerze, Barry Douglas nie jest postacią wybitną czy choćby ważną dla szkockiego futbolu. Dowodem na to jest jego liczba występów w reprezentacji, czyli zaledwie jeden mecz. A dokładniej 23 minuty przeciwko Węgrom w meczu towarzyskim. Można więc powiedzieć, że w Polsce jest nawet nieco bardziej zasłużony niż w ojczystym kraju.

Zanim Barry Douglas trafił do Lecha Poznań, był solidnym ligowcem, występującym w Dundee United. Przez długi czas był jednak najwyżej uzupełnieniem składu bądź rezerwowym swojego zespołu. Praktycznie dopiero ostatnia jego runda w szkockiej Premiership okazała się udana. Wówczas zdobył gola i zaliczył sześć asyst, notując najlepsze do tamtej pory statystyki w karierze. Nie był jednak kluczową postacią swojej drużyny, czego dowodem jest fakt, iż nie przedłużył kontraktu na następny sezon. W związku z tym Lech mógł pozyskać go za darmo.

Każdemu kto planuje wejść do kasyna lub postawić zakład u bukmachera, radzimy mieć tę książkę pod ręką.

Od złych początków do mistrzostwa Polski

Przed przyjściem Douglasa do “Kolejorza” było wiele sceptycznych opinii. – Tak się wzmacnia na LE wicemistrz Polski, lekka kpina – można przeczytać w jednym z ówczesnych komentarzy na 90minut.pl. Poza tym już na początku przygody z Lechem Szkot doznał kontuzji i nie pomógł zespołowi w eliminacjach Ligi Europy, gdy zespół odpadał z Żalgirisem. Można więc powiedzieć, że na samym początku miał w Poznaniu pod górkę.

Gdy jednak Douglas doszedł do formy, retoryka kibiców i ekspertów pod jego adresem zaczęła się zmieniać. Swoimi celnymi dośrodkowaniami w pole karne stał się natychmiast ważną postacią zespołu. Już w swoim pierwszym sezonie zanotował osiem asyst, co w ekstraklasie nie było normalnością patrząc na ówczesnych lewych obrońców.

W mistrzowskim sezonie 2014/2015 Douglas również błyszczał. Przyczynił się trofeum “Kolejorza” dzięki trzem bramkom – dwóm z rzutów wolnych przeciwko Wiśle i Legii oraz jednej zza pola karnego po podaniu Szymona Pawłowskiego w meczu z Jagiellonią. Do tego dorobku dołożył sześć asyst, za każdym razem dzięki celnym dośrodkowaniom do kolegów. Raz nawet sprawił, że do własnej bramki piłkę skierował… Arkadiusz Malarz.

Przygoda Barry’ego Douglasa z Lechem trwała łącznie dwa i pół roku. Przez ten czas Szkot wystąpił w barwach “Kolejorza” w 75 meczach, zdobywając pięć goli i notując aż 21 asyst. Jego kolejnym przystankiem w karierze był Konyaspor, w którym grał półtora roku, po czym powędrował do Anglii.

15 asyst w Championship to za mało na Premier League?

Transfer do Wolves okazał się dla Szkota prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Gdy drużynę przejął Nuno Espirito Santo i większość pierwszego składu nie stanowili Portugalczycy, Barry Douglas stał się nagle kluczową postacią, zaliczając najlepszy sezon w karierze. Piłkarz od początku sezonu udowadniał, że transfer za milion funtów był dla “Wilków” po prostu promocją. W dodatku z każdą kolejką spisywał się coraz lepiej i miał wpływ na grę swojego zespołu. Głównymi jego atutami były oczywiście dośrodkowania i strzały z dystansu, aczkolwiek w Championship częściej niż w Polsce mógł angażować się w ofensywne akcje drużyny. Nic więc dziwnego, że zakończył sezon z pięcioma golami i aż piętnastoma asystami. Przyczynił się zresztą bardzo do awansu swojej drużyny do Premier League.

Mimo to, po sezonie Barry Douglas musiał pożegnać się z zespołem. Klub w letnim oknie transferowym po awansie do Premier League wydał na samych lewych obrońców ponad 23 miliony euro. Tym samym, po przyjściu Jonny’ego Otto i Rubena Vinagre, Szkot musiał obejść się smakiem gry w Premier League.

Kolejne zderzenie z angielską elitą zakończone niepowodzeniem

Ostatecznie Barry Douglas wylądował w Leeds, gdzie występował przez dwa lata. Nie był tam jednak kluczową postacią, raczej uzupełnieniem składu. Tym bardziej, że zmagał się z kilkoma problemami zdrowotnymi. Choćby pod koniec sezonu 2018/2019 Szkot zerwał więzadło wewnętrzne w kolanie, przez co stracił kilka miesięcy treningów.

Rok później Douglas był częścią kolejnego zespołu, który awansował do Premier League. Jego rola w drużynie Marcelo Bielsy nie była jednak aż tak istotna, jak wtedy, gdy występował w Wolves. W poprzednich rozgrywkach zagrał w tylko 15 meczach i nie zaliczył ani jednej asysty.

Po sezonie Barry Douglas trafił znowu do Championship, na wypożyczenie do Blackburn Rovers, po raz kolejny odbijając się od Premier League. Jego nowej drużynie na razie daleko do awansu – po ośmiu kolejkach zajmuje dziesiąte miejsce, aczkolwiek patrząc że do końca pozostało 36 kolejek, a straty nie są ogromne, wszystko jeszcze może się zdarzyć. Kto wie, może do trzech razy sztuka i 31-latek ponownie awansuje do Premier League? Patrząc jednak na jego dwie wcześniejsze przygody, angielska elita – kolokwialnie ujmując – najwyraźniej go nie lubi.

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO