Korona Kielce, Tajlandia i… LaLiga. Niezwykła droga Pachety na piłkarskie salony
23.01.2021

Gdy w 2013 roku trafiał do Kielc, zapewne nie myślał, że kilka lat później jego kariera nabierze takiego rozpędu. Jose Rojo Martin, znany jako Pacheta, kilka dni temu wrócił do La Liga po prawie 12 latach! Trzeba przyznać, że jak mało kto zasłużył na to by znaleźć się w obecnym miejscu. Jak dotarł tam obecny szkoleniowiec Hueski? Okrężną drogą!

Rozpoczął z wysokiego “C” przejmując Numancie w sezonie 2008/2009. Wyniki może nie najgorsze, ale pierwsza praca i spadek w CV. Taki początek nigdy nie pomaga w budowaniu pozycji. Szybko zjechał o dwa poziomy i w Realu Oviedo oraz Cartagenie budował swój warsztat trenerski w Segunda Division B. Pierwszy raz polscy kibice mogli o nim usłyszeć w sierpniu 2013 roku. Wówczas Korona Kielce rozpoczęła sezon od trzech porażek i remisu. Teoretycznie moment idealny, by przejąć zespół i go podnieść. Kłopot w tym, że Pacheta objął Koronę lada moment po zwolnieniu Leszka Ojrzyńskiego. Obecny trener Stali Mielec był ulubieńcem szatni, ale przede wszystkim kibiców. Dlatego wchodził w buty po kimś, kogo było bardzo trudno zastąpić.

Tabela Ekstraklasy za okres pracy Pachety w Kielcach

Jakim był trenerem Pacheta w Kielcach?

Na koniec sezonu Korona zajęła 13. miejsce będąc nieco ponad strefą spadkową. Przemysław Trytko wówczas zaliczył najlepszy sezon w karierze w Ekstraklasie – 8 strzelonych goli, które przeplatał grą w pierwszym zespole i rezerwach. Jak zapamiętał hiszpańskiego trenera obecny zawodnik Gryfa Wejherowo?

Cały dzień potrafił spędzać w klubie. Nie zajmował się tylko pierwszą drużyną. Oglądał wszystko, od najmłodszych, po najstarsze grupy młodzieżowe. Gdy miał czas, potrafił pojechać 100 kilometrów na mecz juniorów. Często nie jechał nawet oglądać zawodników pod kątem pierwszej drużyny. Po prostu chciał wiedzieć, co się dzieje w klubie. Był kompletnie pochłonięty piłką – rozpoczyna były napastnik kielczan.

Pamiętam z filmików na Korona TV, że zawsze przy nim był Toni, jego tłumacz.

Największym kłopotem był język. W ogóle nie rozmawiał po polsku i wszystko szło przez tłumacza. To była spora bariera. W przerwach krzyczał i chciał podostrzyć, a tłumacz na spokojnie przekazywał i odwrotnie. Poza klubem też się swobodnie nie poruszał. Miał jedną ulubioną hiszpańską restauracje, ale pozostałe sprawy załatwiał z tłumaczem.

Drzwi do jego biura zawsze były otwarte. Kłopot w tym, że każdy przychodzący był z nim i jego tłumaczem, więc brakowało takich indywidualnych rozmów. Zawsze był dostępny dla zawodników, ale też potrafił podejmować kontrowersyjne decyzje. Z dnia na dzień przesunąć kogoś do rezerw na dwa tygodnie, a innego przesunąć z rezerw do pierwszego zespołu. Wszystko było płynne.

Jaki miał warsztat?

W Polsce kibice mówią, że u nas się nie biega. On przyjechał i mówił, że tu się biega dużo za dużo!. Zbyt wiele walki itd. Jako Polak powiem, że przygotowanie fizyczne było na niskim poziomie, ale on do tego kompletnie inaczej podchodził. Nie zwracał na to aż takiej uwagi. 

Pamiętam, że treningi były bardzo lekkie. Rada drużyny, w której byłem z Pawłem Golańskim i Pawłem Sobolewskim, poszła do niego i powiedzieliśmy, że wielu się czuje niedotrenowanych. Pytaliśmy czy możemy potrenować coś więcej, pobiegać. To nie było coś, do czego się przyzwyczailiśmy. On patrzył na nas z wielkimi oczami. Powiedział nam, że według jego wiedzy to Hiszpanie są mistrzami świata i Europy, a Polska na te turnieje nawet się nie zakwalifikowała, więc raczej on wie lepiej, a nie my. 

On w ogóle zakazywał tych dodatkowych treningów. Była duża afera z Serhijem Pyłypczykiem, którego chciał ukarać za dodatkowe treningi. Dla niego to była hańba, że zawodnik nie ufa metodom trenera i podważa jego warsztat. To było kompletnie coś innego.

Taktycznie wprost przeciwnie. Bardzo zwracał uwagę na szczegóły. Jeśli ktoś stał metr w prawo, a nie w lewo, to już były korekty. Podchodził zupełnie inaczej niż polscy trenerzy. Mimo, że mowa o trenerze z Hiszpanii to raczej miał defensywne podejście. Nie mówię o murowaniu, ale wyznawał zasadę, że zespół buduje się przede wszystkim od tyłu. Wolał wygrać 1:0 niż 4:3.

Było coś szczególnego na co zwracał uwagę?

Ogromną wagę przykładał do jedzenia. Nie pozwalał jeść pomidorów ze skórką! Zawsze musiała być pietruszka, a na stole nigdy nie było soli, pieprzu czy magi. Takie rzeczy zabraniał. Był w stanie nigdy więcej nie przyjechać do danego hotelu, gdy coś mu nie pasowało. Zresztą to obieranie pomidorów było jednym z głównych pytań i warunków przy doborze hoteli, podobnie jak pokrojona pietruszka do wszystkiego.

Cola? Nie było mowy. Gdy się zatrzymywaliśmy na postojach na stacji, zawsze chodził i sprawdzał. Zresztą często przystanki były w miejscach bez stacji i sklepów (śmiech). Nie chce powiedzieć, że polscy trenerzy pozwalają na cole czy inne rzeczy, natomiast nigdy nie spotkałem się z takim podejściem. Pod tym względem maniak.

Przyszedł tuż po Leszku Ojrzyńskim. Chyba nie mogło być dla niego gorszego momentu. W końcu Ojrzyński był ulubieńcem kibiców i szatni.

To był dodatkowy kłopot. Zawodnicy pod profil trenera Ojrzyńskiego, w szatni też raczej mentalność wślizgów, walki i siły. Przyszedł i chciał to pozmieniać i miał z tym problem. Ale poradził sobie. Spodziewaliśmy się, że będzie zaciąg hiszpański, a wszyscy łysi i walczaki będą mieli pod górkę. Tymczasem nie ściągnął nikogo. Z tego co wiem w Tajlandii podobnie postąpił. Celem był rozwój zawodników, których miał, a nie ściąganie i szybki wyjazd. Po prostu chciał zostawić coś po sobie.

Pamiętam też sytuacje, gdy mieliśmy zapewnione utrzymanie przed ostatnią kolejką i było zaplanowane, że posiedzimy w klubie po meczu i zrobimy zakończenie. Przegraliśmy 1:5 ze Śląskiem. Przyszedł do nas podziękował za sezon, ale jednocześnie powiedział, że nie jest w stanie po takim meczu siedzieć i “świętować”. Widać, że w nim to siedziało. Po prostu był oddany kompletnie piłce 24 godziny na dobę.

Spodziewał się go Pan w La Liga?

Czemu nie… Kompletnie poświęcił się piłce, wyjeżdżając bez rodziny z Hiszpanii. Od początku wspominał, że grał w La Liga i mówił, że chce tam wrócić jako trener. Przelewał to na nas, taką wiarę. Mówił, że wszystko jest bardzo śliskie i często różne sytuacje się zdarzają, więc warto wierzyć.

***

Egzotyka

Później była szybka przygoda w Alicante i wyjazd do Tajlandii. Wojaży na Daleki Wschód nie brakuje wśród piłkarzy i trenerów, ale Tajlandia raczej jest kierunkiem turystycznym. Tymczasem Pacheta pojechał pracować w klubie Ratchaburi Mitr Phol FC. Tak, nam też nic nie mówi nazwa tego klubu. W nim jednak spotkał dwóch znajomych z Ekstraklasy – Łukasza Gikiewicza i Japończyka Takuye Muranyame. Z innych znanych piłkarzy kibice mogą kojarzyć Yannicka Djalo. Dwa razy szóste miejsce i mógł wracać do Europy.

Dwa awanse i dymisja

Na początku grudnia wrócił do Hiszpanii, a już pod koniec lutego 2018 roku objął Elche. Dzisiaj mowa o klubie z LaLiga, wówczas grali w Segunda Division B i mieli ogromne kłopoty finansowe. Sytuacja finansowa w Elche była lekko mówiąc tragiczna. Pieniędzy brakowało na wszystko, a z ekipy, która kilka lat wcześniej grała w La Liga nic nie zostało. Klub z okolic Walencji w sezonie 2013/14 w roli beniaminka zajął 16. miejsce w elicie, a rok później poprawił swoje osiągi kończąc rozgrywki trzy pozycje wyżej. Kłopot w tym, że po chwili radości, przyszła gorycz… spadku. Nowe regulacje finansowe sprawiły, że tak chore organizmy klubowe jak Elche po prostu usuwano z LaLiga. Dzięki temu uratowany został Eibar.

Ilicitanos spędzili dwa kolejne sezony w Segunda Division aż wpadli do trzeciej ligi. To właśnie wtedy trafił tam Pacheta. Szybko poukładał zespół i po kilku miesiącach klub znowu był na zapleczu. Wówczas od burmistrza Elx, Carlosa Gonzaleza usłyszał: – Elche to klub na Primera i pracuj, żeby tam wrócić.

Ustabilizował ekipę w pierwszej kampanii zajmując 11. miejsce, a w kolejnym sezonie udało się dobrnąć na szóstą lokatę, która gwarantowała baraże. “Udało się” jest idealnym określeniem, w końcu rzutem na taśmę wyprzedzili Fuenlabradę. W barażach pokonali rywali żelazną defensywą. Cztery mecze i cztery czyste konta. U siebie bezbramkowe remisy, a na wyjazdach skuteczność w końcówkach. Najpierw Zaragoza, później Girona i można było się cieszyć z awansu. Kluczem do sukcesu było m.in. “dogadanie” się z Nino, niezwykle doświadczonym kapitanem, który niejako pogrążył jego poprzednika.

Pieniądze dla klubu

Ponadto Elche może zawdzięczać mu zarobienie całkiem niezłych pieniędzy. Chodzi o Gonzalo Villara. Dzisiaj w błyskawicznym tempie rozwija się w Romie, która wykupiła go właśnie z Ilicitanos. Ci zaś sięgnęli po gracza, który nie przebił się w Valencii. To właśnie za kadencji Pachety Villar trafił do klubu, dostał poważną szansę, a jego umiejętności oraz potencjał zostały spieniężone za 4 miliony euro. Może nie robi wielkiego wrażenia, ale mowa o klubie, który przed chwilą prawie upadł z powodu długów i ówczesnego drugoligowca.

Mniej znanym nazwiskiem jest Gwinejczyk Sory Kaba. Przychodził do klubu jako 19-latek, ale udało mu się przebić w Elche. Pacheta pracował z nim rok, gdy ten zawinął się za 4 miliony euro do francuskiego Dijon. Później wybrał duńskie Midtjylland, gdzie miał okazje zagrać w Lidze Mistrzów.

Ponadto nieco ponad milion euro – na czysto – zarobili na Yacine Qasmim, a latem, już po odejściu Pachety, 2,75 miliona euro wpłynęło do klubowej kasy za Juana Cruza. Przyszedł za darmo z Rayo Majadahonda, odszedł do Osasuny.

Z prostej matematyki wynika, że przynajmniej 10 milionów euro przyniosła do klubu jego praca pod kątem transferów. Zważywszy na to, że w tym sezonie pobili wieloletni rekord transferowy to dużo. Przed tym sezonem zapłacili za Raula Gutiego z Zaragozy 5 milionów euro, a wcześniej transferami numer jeden i dwa były przyjścia Jonathasa sprzed sześciu lat i… Tomasza Frankowskiego sprzed kilkunastu za 1,5 i 1,4 miliona euro!

Agent, właściciel i niejasne pieniądze…

Ważnym momentem była jesień 2019 roku. Wówczas klub przejął argentyński biznesmen i agent piłkarski Cristian Bragarnik. Na początku nie zmieniło to losów Pachety, ale w dalszej perspektywie miało ogromny wpływ. Pacheta zrobił awans, który miał nadejść… dopiero w kolejnym sezonie.

Tak dobrego początku nie spodziewał się sam Bragarnik, a już tym bardziej nie kibice Elche, którzy mieli do Argentyńczyka mnóstwo wątpliwości. Na Półwysep Iberyjski szybko dotarły historie o interesach z meksykańskimi dilerami, a podejrzenia o nikczemne intencje nowego właściciela potęgował fakt, że ten unikał występów publicznych jak ognia. (…) Bragarnik jeszcze bardziej naraził się kibicom po wygranych barażach o awans do LaLiga, gdy zwolnił głównego architekta sukcesu, uwielbianego w mieście i szatni trenera Pachetę. W zamian sprowadził „swoich” – argentyńskiego szkoleniowca Jorge Almirona (również z przeszłością w pracy w Sinaloi) i kilku należących do jego agencji piłkarzy (w drużynie jest już pięciu Argentyńczyków) – pisał na łamach OLE Magazyn Przemysław Drewniak.

Argentyńczyk bez żalu pozbył się trenera, który zrobił dwa awanse. Jego miejsce zajął nie anonim, bo Jorge Almiron kilkukrotnie był już przymierzany do pracy w Hiszpanii, ale niesmak pozostał. Teraz jednak Pacheta wkroczył na swoje miejsce, bo na prawdziwą szansę w La Liga zasłużył. Od niego i jego podopiecznych w Aragonii zależy czy będzie to przygoda podobna do tej z Numancii, czy pozostanie w elicie na dłużej.

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO