Piotr Gierczak: Czy grałem w ekstraklasie, czy w okręgówce – traktowałem to poważnie

Piotr Gierczak po raz pierwszy trafił do Zabrza w wieku piętnastu lat. Chociaż jego piłkarskie losy różnie się układały, zawsze wracał do Górnika, w którym pracuje również obecnie – jako asystent trenera rezerw. W rozmowie dla “FutbolNews.pl” były piłkarz opowiedział o początkach kariery z dala od rodzinnego Ostrowca, prowadzeniu akademii oraz rozstaniach i powrotach.

***

Pochodzi pan z Ostrowca Świętokrzyskiego i na dobrą sprawę pana kariera rozpoczęła się w KSZO. To było jednak jeszcze zanim ten zespół awansował do ekstraklasy. Jakie były wówczas pana perspektywy?

Szczerze mówiąc, KSZO grało wtedy w czwartej lidze albo okręgówce, więc perspektyw praktycznie nie było. Grałem tam jednak tylko w juniorach, do piętnastego roku życia. Podczas jednego z treningów nasz trener powiedział, że Gwarek Zabrze organizuje rekrutację. To była wtedy chyba jedyna szkółka w Polsce, która była otwarta na młodych zawodników z całej Polski i postanowiłem, że spróbuję swoich sił i pójdę na egzaminy…

Jak wyglądał pana egzamin?

Byliśmy na hali MOSiR i trenerzy po prostu podzielili nas między sobą na drużyny i organizowali gierki, a na ich podstawie wyłonili najlepszych. Część z nich otrzymała zaproszenie na drugie testy, ale byli też tacy, którzy od razu zostali przyjęci. I ja szczęśliwie byłem w tym drugim gronie. Potem jeszcze przeszedłem tylko egzamin kwalifikacyjny do technikum i rozpocząłem swoją przygodę z Gwarkiem.

Wyjechał pan w młodym wieku dosyć daleko od domu, co na przełomie lat 80. i 90. nie było tak częstą praktyką u młodych piłkarzy, jak teraz. Było trudno się przystosować?

Na pewno początki były trudne i dostosowanie do nowej sytuacji zajęło mi chyba pół roku. Gdy przyjechałem, miałem piętnaście lat, trafiłem do internatu. Ale wtedy wiedziałem, że jestem tam po to, żeby w przyszłości zostać zawodowym piłkarzem. Dlatego skoncentrowałem się przede wszystkim na grze i treningach, chociaż nauka też była ważna.

Wtedy nie było komórek czy internetu, żeby móc być w stałym kontakcie z bliskimi.

Mieliśmy do dyspozycji tylko listy jeden telefon na żetony, z którego wszyscy korzystaliśmy. Czasami zdarzało się, że rodzice dzwonili do nas – wtedy pani portierka nas wołała i schodziliśmy szybko na dół do telefonu. Takie to były czasy.

Czytałem, że duży wpływ na aklimatyzację młodych piłkarzy w Gwarku miał świętej pamięci Jan Niesyto, współzałożyciel klubu.

Był wspaniałym człowiekiem. Dobrze pamiętam pana Bolka i bardzo miło go wspominam, ale za moich czasów miał dyżury w internacie tylko raz albo dwa w tygodniu. Wtedy już bardziej udzielał się w Górniku, miałem z nim dobry kontakt.

Kto jeszcze z pana kolegów z Gwarka przebił się do dorosłej piłki?

Z tamtego czasu Marcin Kuźba i Marcin Malinowski, który był rok starszy. Wtedy jednak był taki przepis, że kto się urodził po lipcu, mógł grać w młodszej drużynie. Zdobyliśmy wtedy wicemistrzostwo Polski i muszę przyznać, że był u nas pełen profesjonalizm jak na tamte czasy. Mieliśmy treningi codziennie popołudniu, a trzy razy w tygodniu dodatkowo rano. Prowadził nas były reprezentant, Jan Kowalski oraz trener Janusz Kowalski. Trudno mi powiedzieć, jak to wtedy wyglądało w innych klubach, ale na pewno – jak już wspomniałem – Gwarek był jednym z nielicznych klubów, który ściągał do siebie młodych zawodników z całego kraju.

Później trafił pan do drugoligowej Polonii Bytom. Było trudno wejść do tamtej szatni jako młody piłkarz?

W zespole grało kilku doświadczonych piłkarzy – Marek Bęben, Krzysiek Maciejewski, Piotrek Brzoza. Można więc powiedzieć, że była tam stara gwardia byłych piłkarzy Górnika i GKS-u oraz my – młodzi. Oczywiście wtedy nosiłem sprzęt, piłki, były jakieś drobne żarty, których już nie pamiętam (śmiech) ze strony starszych kolegów. Po prostu, za młodego trzeba było jakoś sobie radzić. I powiedzmy, że się starałem.

Potem był Górnik. Czy za pana czasów w klubie wciąż ludzie żyli bogatą przeszłością?

Myślę, że wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że tamte czasy już minęły. Trafiłem zresztą na dość trudny czas klubie jednak prezes Płoskoń bardzo starał się, żebyśmy jako piłkarze czuli się w Górniku jak najlepiej.

Dało się utrzymać z samej gry?

Powiem tyle – kto chciał, to mógł się utrzymać.

Równocześnie z grą w Górniku, kończył pan szkołę. Można było to wszystko pogodzić?

Ukończyłem pięcioletnie technikum i moim wyuczonym zawodem jest technik mechanik urządzeń i instalacji gazowniczych. Jakoś udało się to pogodzić. Zresztą ja nigdy nie uznawałem tego, że “czegoś się nie da”. Wszystko się da, tylko trzeba po prostu chcieć.

Można powiedzieć, że najczęściej zaszedł pan za skórę piłkarzom Ruchu. Zarówno Marcin Molek, jak i Piotr Mosór – już gdy grał pan w Szczakowiance, kończyli starcia z panem złamaną nogą.

W przypadku Piotra Mosóra to jest przesadzone, on sobie sam zrobił krzywdę swoim wślizgiem. A później podpięto to pode mnie, bo jak już raz była taka sytuacja z moim udziałem to drugi raz też powiedzieli, że to moja wina. Mogę to ze swojej strony wyprostować.

Tylko z Marcinem był taki nieszczęśliwy wypadek, ale takie sytuacje w piłce się zdarzają. Od razu go przeprosiłem, bardzo żałowałem tej sytuacji.

Zarejestruj się w Noblebet 

Po odejściu z Górnika i występach w niższych ligach zdecydował się pan na zagraniczny wyjazd. Spędził pan rok na greckiej wyspie Rodos.

Dobrze wspominam ten czas. Przebywałem w pięknym miejscu, dobrym do życia i trenowania. Klub też był poukładany. Zabrakło nam wtedy dwóch czy trzech punktów do awansu, ale jestem zadowolony z tego pobytu.

I nie można powiedzieć o panu, jak o części polskich piłkarzy wyjeżdżających do zagranicznych klubów, że był pan tylko “turystą”?

Na wakacjach też trochę tam byłem (śmiech). Rodos to w końcu też miejsce wypoczynkowo-turystyczne. Oczywiście granie było u mnie na pierwszym miejscu, ale miałem też czas, by trochę pozwiedzać czy pójść na plażę.

Z aklimatyzacją raczej nie miał pan problemu, patrząc że grało tam z panem kilku Polaków.

Oczywiście i jeden mógł wtedy liczyć na wsparcie drugiego. Razem ze mną w Diagorasie przebywali Norbert Tyrajski i Witold Wawrzyczek. Graliśmy tam praktycznie w jednym czasie. Poza tym, z Grekami też szybko nawiązaliśmy kontakt, bardzo fajni ludzie. Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że naród grecki jest bardzo przyjazny.

O lidze greckiej często mówi się jednak w kontekście żywiołowych właścicieli klubów, którzy niekoniecznie wypłacają pieniądze na czas. W Diagorasie nie było z tym problemów?

Nie, na pewno nie mogę pod tym względem narzekać na klub. Wszystko, co ustaliliśmy na początku, było realizowane. Pensje były na czas, a właściciel Diagorasu był konkretny i myślę, że wobec wszystkich piłkarzy był uczciwy.

Koniec końców, wrócił pan do Górnika. Klub się sam do pana zgłosił?

Prezesem Górnika był wtedy Jerzy Frenkiel i skontaktował się ze mną, w pewnym momencie uznałem, że powrót to dobre wyjście.

Wtedy jednak nie pozostał pan w Górniku za długo. Można powiedzieć, że trochę pan oszukał przeznaczenie, bo po pana odejściu Górnik spadł z ekstraklasy.

Faktycznie, tak się złożyło i było mi przykro z tego powodu.

Spodziewał się pan, że potem, przez Radzionków, piłkarska droga znów pana powiedzie do Zabrza?

Wtedy Ruch Radzionków grał w drugiej lidze, zrobiliśmy awans. Miałem już wtedy 34 lata i myślałem, że będę tam już grał do końca, ale odezwał się do mnie Tomasz Wałdoch, który wtedy był dyrektorem sportowym w Górniku. Przyjechał na mecz do Radzionkowa, porozmawialiśmy i tak od słowa do słowa padło pytanie, czy nie chciałbym wrócić. Postanowiłem, że jeszcze spróbuję swoich sił w ekstraklasie i myślę, że każdy 34-letni piłkarz w takiej sytuacji podjąłby podobną decyzję.

Początek w zespole prowadzonym przez Adama Nawałkę miałem dobry. Niestety złamałem nogę i później było mi już bardzo ciężko wrócić do gry na poważnym poziomie. Noga mnie cały czas bolała podczas treningów i wiedziałem, że moja przygoda z ekstraklasą powoli dobiega końca.

Wtedy zaczął pan rozważać założenie własnej akademii czy pomysł pojawił się wcześniej?

Chciałem pozostać przy piłce, dlatego pomyślałem o tym, żeby założyć akademię i prowadziłem ją przez siedem lat. Co prawda praca z dziećmi różni się trochę od dorosłej piłki, ale byłem zadowolony z tego, czym się zajmowałem.

Założył pan akademię wraz z kolegą z czasów gry w Górniku, Jackiem Wiśniewskim.

Tak, ale Jacek dosyć szybko zrezygnował.

W międzyczasie wrócił pan jeszcze na boisko.

Przez dwa lata po złamaniu nogi nie dawałem rady trenować, ale brakowało mi gry, szatni, wyjścia na zieloną murawę. Dlatego postanowiłem spróbować swoich sił w zespole Wilki Wilcza i dobrze wspominam tamten czas. Zresztą awansowaliśmy wtedy z okręgówki do czwartej ligi. Chociaż był to niższy poziom ligowy, trenowaliśmy trzy razy w tygodniu. Dla mnie to była przyjemność pograć do czterdziestego roku życia z młodymi chłopakami i pomóc im w awansie. Może to trochę była zabawa, ale dla mnie bez różnicy, czy grałem w ekstraklasie, czy w okręgówce – traktowałem to poważnie.

Ale wyszło na to, że wszystkie drogi pana kariery i tak prowadzą do Górnika?

Jak widać. Łukasz Milik  zaproponował mi pracę z rocznikiem 2005 Akademii Górnika Zabrze i tak rozpoczęła się moja praca w Górniku w roli trenera.

Potem pracował pan z Marcinem Broszem przy pierwszym zespole Górnika, a następnie przeszedł pan do rezerw, w których nawet przez pewien czas był pan pierwszym trenerem. Chciałby pan już wkrótce znów zostać samodzielnym trenerem? Nie mówię tu oczywiście tylko o Górniku.

Oczywiście, robię wszystko, żeby zaistnieć wkrótce jako pierwszy trener.  Od czasu powrotu do Górnika podpatrywałem z bliska trenera Brosza i dużo się od niego nauczyłem. A od półtora roku współpracuję z trenerem Prasołem przy rezerwach i wspólnie z jednym z trenerów Akademii prowadzimy zespół rocznika 2008.

A teraz cały czas się dokształcam – nie tylko poprzez treningi i pracę z innymi trenerami ale również poprzez udział w konferencjach trenerskich i stażach zagranicznych.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

200PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO