Buksa wykorzystał szansę, Lewandowski wciąż niezbędny. Co wiemy po meczu z Anglią?
09.09.2021

Za nami trzy wrześniowe mecze reprezentacji Polski. W przeciągu ostatniego tygodnia mieliśmy okazję oglądać naszą reprezentację w akcji przez aż 270 minut. Wydaje się, że to dostatecznie duży materiał do analizy, by spróbować wyciągnąć kilka wniosków po spotkaniach z Albanią, San Marino i Anglią. 

Stadion Narodowy nadal pozostaje twierdzą

Po prawie dwuletniej przerwie kibice wrócili na PGE Narodowy. Na Narodowy wrócili także piłkarze reprezentacji Polski i udowodnili dlaczego nosi on miano twierdzy. Polska nie przegrała na Stadionie Narodowym już od ponad 7 lat. Żadna inna europejska reprezentacja nie może się pochwalić taką statystyką. W ślady naszych reprezentantów idą jedynie Belgowie, których seria trwa jednak o 2 lata mniej. To co wydarzyło się w doliczonym czasie w meczu z Anglią udowodniło, że PGE Narodowy jest miejscem szczególnym, nie tylko dla kibiców, ale i dla piłkarzy.

Wciąż cierpimy bez Lewandowskiego

Chyba wszyscy przeżyliśmy chwilę grozy, gdy w meczu San Marino reprezentacja Polski straciła gola, a później dopuściła do jeszcze kilku groźniejszych sytuacji pod własną bramką. Tym większe mogło być nasze przerażenie, gdy zorientowaliśmy się, że na boisku nie ma już Roberta Lewandowskiego, który w pierwszej połowie odpowiadał za połowę naszego dorobku bramkowego. Przez 20 minut można było mieć wrażenie, że bez Roberta Lewandowskiego reprezentacja Polski ma problemy nawet z San Marino.

W meczu z Albanią reprezentacja Polski zdecydowanie nie przekonywała swoją grą, ale dzięki swojej zabójczej wtedy skuteczności oraz oczywiście dzięki przebłyskom geniuszu Lewandowskiego wygraliśmy to spotkanie 4:1. W meczu z Anglią zaprezentowaliśmy się naprawdę solidnie, jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zagrozić bramce przeciwnika byliśmy w stanie jedynie jeśli brał w niej udział kapitan reprezentacji Polski. Lewandowski znów dał popis swoich umiejętności, ale do tego chyba zaczęliśmy się już przyzwyczajać. W momencie, gdy piłka posłana przez Jana Bednarka z dużą prędkością zmierzała w kierunku Lewandowskiego, chyba wszyscy byliśmy pewni, że kapitan reprezentacji Polski znów to zrobi i bez problemu opanuje piłkę.

Z jednej strony zachwycamy się więc kosmiczną dyspozycją Roberta Lewandowskiego i tym jak wiele daje polskiej reprezentacji, a z drugiej powoli zaczynamy się zastanawiać jak to będzie, gdy napastnik postanowi zawiesić buty na kołku. Czy wśród młodych piłkarzy jest ktoś kto może przejąć schedę po Lewandowskim? Czy, gdy Polak zakończy już karierę będziemy skazani na oglądanie degrengolady podobnej do tej z drugiej połowy meczu z San Marino?

Adam Buksa zasługuje na kolejne powołania

Jednym z większych wygranych wrześniowego zgrupowania jest zdecydowanie Adam Buksa. Napastnik New England Revolution szansy na debiut doczekał się już w spotkaniu z Albanią. W spotkaniu z Albanią strzelił też swojego pierwszego gola w reprezentacji i w perspektywie całego meczu zaprezentował się naprawdę dobrze. W meczu z San Marino w pierwszej jedenastce już nie wyszedł, jednak kiedy w drugiej połowie został wprowadzony na boisko, zdołał zrzucić ciężki kamień z serca wielu Polaków. Kiedy przeżywaliśmy trudne chwile i nie potrafiliśmy zdobyć kolejnych bramek, Adam Buksa trzykrotnie znakomicie odnalazł się w polu karnym i trzykrotnie pokonał bramkarza San Marino. Tym samym po dwóch pierwszych meczach w reprezentacji mógł się pochwalić czterema strzelonymi golami.

W meczu z Anglią Buksa wyszedł w pierwszym składzie i robił tyle na ile pozwalali mu rywale. Walczył dzielnie o górne piłki, próbował wychodzić na wolne pole, rozciągać nieco defensywę Anglików, tak by Robert Lewandowski miał trochę więcej miejsca dla siebie. Nie był już jednak w stanie rywalizować biegowo z bocznymi obrońcami, dlatego też starał się w takie pojedynki nie angażować. To co można powiedzieć po trzech meczach Adama Buksy w reprezentacji, to na pewno to, że doskonale zna swoje atuty i ograniczenia. Być może wrześniowe mecze reprezentacji naprawdę mocno wpłyną na rozwój jego kariery, bowiem jak na Twitterze poinformował Mateusz Borek, w spotkaniu z Anglią 25-latkowi przyglądali się przedstawiciele Leicester City.

Paulo Sousa ma swój mecz założycielski

Od jakiegoś czasu mówiło się, że Paulo Sousa potrzebuje takiego spotkania, jakim dla Adama Nawałki była wygrana 2:0 z Niemcami w 2014 roku. Wydaje się, że Portugalczyk w końcu się doczekał i mecz z Anglią był tym, po którym obdarzony zostanie nieco większym zaufaniem. Mecz z Anglią był zresztą jednym z najlepszych o ile nie najlepszym występem kadry pod wodzą Sousy. Co chyba najważniejsze Paulo Sousie w końcu dopisało również trochę szczęścia. Najpierw wysoko pokonaliśmy Albanię, pomimo tego, że 75% wyjściowego składu miało wtedy nie najlepszy dzień. Później przyszedł czas na mecz z Anglią. Przez 71 minut skutecznie neutralizowaliśmy ataki rywali, jednak kiedy Harry Kane zdobył bramkę wydawało się, że znowu mamy pecha i pierwsze groźne zagranie Kane’a w tym meczu okaże się zabójcze. Na szczęście w końcówce los się odwrócił i miejmy nadzieję, że Paulo Sousa wyczerpał już wszelkie limity pecha.

Potrafimy postawić się silniejszym

W drugiej połowie spotkania reprezentacja Anglii trochę nas już zdominowała. Nasi reprezentanci nie atakowali już z taką ikrą jak w pierwszej połowie i wtedy wyraźnie dało się dostrzec jakimi atutami dysponują Anglicy. Po raz pierwszy w tym spotkaniu zobaczyliśmy jak silną są reprezentacją i dlaczego znaleźli się w finale mistrzostw Europy. Nie było jednak tak, że podopieczni Garetha Southgate’a nagle przypomnieli sobie jak się gra w piłkę. Przez większość spotkania Polacy jak tylko mogli utrudniali Anglikom życie. Walczyli o każdą piłkę, nie odpuszczali żadnego pojedynku. Dało to również o sobie znać w mniej sportowych starciach słownych i fizycznych. Czuć było, że atmosfera jest napięta i Polacy podchodzą do reprezentacji Anglii bez żadnych kompleksów.

Właśnie to wydaje się być największą siłą reprezentacji Polski prowadzonej przez Paulo Sousę. Waleczność i odpowiednia mentalność. Portugalczyk przykłada do tych kwestii ogromną wagę i po raz pierwszy efekty tego zobaczyliśmy na Euro 2020, w meczu z Hiszpanią. Zobaczyliśmy reprezentację, którą stać na podjęcie walki z każdym, reprezentację, która nie odpuszcza ani na krok, wtedy zobaczyliśmy furię Kamila Glika. To wszystko powróciło w meczu z Synami Albionu. Kluczową sprawą wydaje się więc być teraz, jak tę mentalność przełożyć na spotkania z drużynami ze średniej półki.

Paulo Sousa uczy się na błędach

Istotny w ocenie pracy Paulo Sousy na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski wydaje się być fakt, że Sousa nie boi się przyznać do błędu, a gdy go popełni to robi wszystko by taki stan rzeczy ponownie nie miał miejsca. Najbardziej wyraźny tego przykład zobaczyliśmy w spotkaniu z Anglią. Grzegorz Krychowiak gra naprawdę dobry mecz, a Polska walczy jak równy z równym przeciwko reprezentacji Anglii. Krychowiak ogląda jednak żółtą kartkę. Od teraz musi grać rozważniej, czasem odstawić nogę, bo inaczej skończy się tak jak w nieszczęsnym meczu ze Słowacją. Paulo Sousa nie zamierzał czekać jednak na rozwój wydarzeń, nie zamierzał ryzykować, że skończymy to spotkanie w dziesiątkę. Po zaledwie ośmiu minutach od otrzymania żółtej kartki Krychowiak zostaje zmieniony przez Damiana Szymańskiego. W tym momencie warto wspomnieć, że Portugalczyk ponownie miał nosa do zmian i piłkarze, którzy pojawili się na boisku mocno wpłynęli na obraz gry.

200PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO