“Na początku każde dziecko jest genialne, ale później przez zamknięcie ich w ramy, kreatywność jest zabijana” [WYWIAD]
25.01.2022

Specjalizacja, czyli słowo klucz w szkoleniu. Mówi się, że to najlepsza droga do osiągnięcia rezultatów. Czy w Polsce takich specjalistów mamy? Jakub Śpiegowski, trener edukator PZPN, założyciel strony PNDD.pl – piłka nożna dla dzieci – to osoba skupiona na rozwijaniu najmłodszych piłkarzy. W kolejnym odcinku cyklu “Szkolenie jest super” z legalnym bukmacherem Superbet rozmawiamy o dole piramidy szkoleniowej.

W wielu państwach już to funkcjonuje. Dotarło to do Polski w ostatnich latach. Mowa o trenerskiej specjalizacji pod kątem kategorii wiekowych. Pan nieco wyprzedził trendy w naszym kraju.

Tak, już od dłuższego czasu wyspecjalizowałem się w najmłodszych rocznikach. To też jednak trochę się zmienia. Obecnie pracuje z grupami orlik-młodzik, aniżeli skrzat-żak, co robiłem przez lata. Myślę, że wąska specjalizacja to jedno z najlepszych rozwiązań. Wówczas każdy dobrze wie, co ma robić w konkretnych grupach wiekowych. Bądź, co bądź te treningi znacząco się od siebie różnią.

Kwestia specjalizacji jest trudna z kilku aspektów. Dwa główne to aspiracje trenerów, którzy chcą iść do starszych grup, w tym seniorów. Do tego dochodzą pieniądze…

Są różne aspekty, ale trener skrzatów czy żaków zarobi mniej pieniędzy, niż trener pracujący w piłce 11-osobowej. To się mocno rozwarstwia. Jednak to my dorośli musimy się zastanowić nad tym, co chcemy w życiu robić. Czy spełniamy się w dawaniu wartości młodym zawodnikom i sprawia nam to przyjemność, czy zależy nam na sporcie profesjonalnym i wynikach. Najpierw trzeba skupić się na naszych odczuciach. Zgadzam się jednak, że gdybyśmy w roli trenerów najmłodszych byli lepiej opłacani, wówczas byłoby znacznie więcej specjalistów pracujących z dziećmi. To mogłoby się opłacić całej polskiej piłce, gdybyśmy nie gubili tych talentów po drodze, zniechęcając dzieci przez złe podejście trenera.

Niby oczywiste, że powinno się płacić więcej tym ludziom, gdyż robią bardzo ważną robotę, która zaprocentuje w przyszłości. Nasze społeczeństwo patrzy jednak głównie na “tu i teraz”, krótkoterminowo, zamiast długofalowego procesu i inwestowania w przyszłość.

Poza tym świeżo upieczeni trenerzy, po jednym kursie, zazwyczaj swoją przygodę zaczynają z najmłodszymi dziećmi. Mam najmniejszą wiedzę i dostaję pod opiekę osoby, którym mogę zrobić największą krzywdę. W juniorach jest na tyle świadoma młodzież, że nie pozwoli sobie zrobić krzywdy przez trenerską niekompetencje…

A maluchy ufają nam w 100% i wykonają wszystko to, o co je poprosimy. Można w ten sposób zrobić krzywdę, nawet nie specjalnie, ale przez brak świadomości. Specjalizacja jest coraz bardziej powszechna, ale oferta szkoleniowa tego nam nie ułatwia. Bardzo mało jest w Polsce kursów, szkoleń i konferencji specjalizujących się na trzech najmłodszych kategoriach – skrzat, żak, orlik. Tego jest nieco więcej, ale nadal mało.

Trener idzie na kurs UEFA Grassroots C, kończy go i tak naprawdę na kursach więcej mu się nie oferuje. Podczas kursów UEFA B i UEFA A rozmawia się o starszych zawodnikach i 11-osobowej piłce. Trochę tutaj brakuje pod tym względem specjalizacji. Natomiast są rozmowy w PZPN-ie na ten temat. Próbuje się dodatkowe kursy zrobić i mam nadzieję, że będę miał swoją rolę przy tym i pomogę. Potrzebujemy takiej ścieżki. Trener, który pracuje z dziećmi nie może skończyć jednego kursu i potem pracuje 20 lat, tylko niech ma pewną ścieżkę rozwoju i kroki. Wzorem Anglii, która ma mnóstwo gałęzi pomiędzy kolejnymi kursami, gdzie można się wyspecjalizować. Motoryka, trening dzieci, trening 11-osobowy i powinniśmy do tego dążyć.

Również pracuję jako trener dzieci. Pamiętam w ubiegłym sezonie miałem grupę skrzata starszego, ale zdarzało mi się pójść na zastępstwo do grupy młodzika starszego. Dla mnie to inna dyscyplina sportu, mimo że mówimy “tylko” o sześciu latach różnicy.

Zgadzam się! Prowadziłem różne kategorie wiekowe i wiem, że pierwsze tygodnie w nowej grupie są zderzeniem z rzeczywistością. Trzeba się przestawić na odpowiednią grupę wiekową, różnica jest diametralna. Jednocześnie w drugą stronę też to pewnie działa. Gdy trener z młodzików idzie do skrzata, może mieć kłopoty, by się odnaleźć. Zupełnie inny trening.

Zejście w dół może być jeszcze trudniejsze. Każdy trener interesuje się piłką nożną, ogląda mecze, więc w starszych kategoriach to przypomina piłkę 11-osobową, którą znamy i sami uprawialiśmy nawet na amatorskim poziomie. Młodsze kategorie mogą być szokiem dla trenera, który jeszcze się tam nie znalazł. 

Jeśli nie miał nigdy kontaktu, będzie dla niego szokiem. Nie powiem, że pójście w górę będzie łatwiejsze. Na pewno sobie poradzimy sobie w perspektywie jednego treningu czy tygodnia na zastępstwie. Zrobimy jakieś w miarę proste gry i starsza młodzież będzie trenowała. Natomiast przejście na stałe i wejście do młodzika/trampkarza to miejsce pełne wyzwań. Treningi, w których trzeba zwracać uwagę na wiele różnych aspektów, więc równie trudne może być przejście do starszych kategorii. Tam pod kątem stricte piłkarskim. Jeśli idziemy w dół mowa o innym podejściu do dzieci, pedagogiki, systemu pracy itd. Musi być trener, który potrafi pracować z dziećmi, mieć do tego predyspozycje i odnajdywać się w tym.

Kompetencje miękkie na równi z twardymi

Kompetencje miękkie w tym wypadku to podstawa. Cieszy, że coraz mocniej mówi się o tym. Są szkolenia, możliwości rozwoju pod tym kątem dla trenerów. Gdy trenowałem w młodości, raczej nie widziałem zmiany podejścia trenerów ze względu na kategorie wiekową, w której byłem.

To jest bardzo duża i nowa gałąź naszej pracy. Kompetencje miękkie są czymś, nad czym się mocno pracuje i to jest dobre. Sam prowadzę wiele szkoleń w tej tematyce – podejście trenera do zawodników, komunikacja z podopiecznym, postawa itd. Widać też duże braki w tym zakresie u trenerów. Jednak to nie jest do końca ich wina. Pracuję ponad 12 lat w roli trenera i przez pierwsze lata nikt konferencjach, kursach nie zwracał na to uwagi.

Jedyne, co pamiętam z dawnych lat to rady, by coaching odbywał się na zasadzie pytań otwartych do zawodników. Poza tym dużo chwalić dzieci, by je pozytywnie wzmacniać i nakierowywać na właściwe rozwiązania. Po tylu latach pracy, doświadczeń i wejścia w temat wiem, że wcale pytania otwarte nie są jedyną forma coachingu. Podobnie jak ciągłe chwalenie nie jest najlepszą drogą. Teraz się wszystko zmienia. Poznajemy lepiej, jak rozwijają się dzieci, jak pracuje ich mózg i możemy lepiej wykorzystać to w piłce nożnej.

Wiedza o tym, jak dzieci przyswajają wiedzę, rozwój naszych kompetencji miękkich pozwala na lepsze dostosowanie kompetencji twardych podczas treningu. Dostosowanie określonych form nauczania podczas jednostek.

Formy nauczania, środki treningowe, planowanie. Inaczej planujemy długofalowo, inaczej układamy treningi. Przypuszczam, że środki są w dużej mierze zaktualizowane. Oparte na grach, zabawach, w chaosie i na bazie otwartych form, w których zawodnik może podejmować decyzje i znaleźć kilka dróg do osiągnięcia celu.

Przede wszystkim niech to będzie jego rozwiązanie, a nie osoby z zewnątrz.

Bardzo ważna kwestia, o której powtarzam na szkoleniach często. Dzieci są często kopią trenerów. Tego, jak my pojmujemy piłkę nożną, jak ją rozumiemy. To niestety często za mało. Dzieci są bardzo odkrywcze, potrafią nas pozytywnie zaskoczyć znalezieniem rozwiązania. My uczyliśmy się czegoś 10-15 lat temu, a oni mają obecnie lepsze warunki do treningu. Co za tym idzie dorastają w innych warunkach, więc nie warto kopiować siebie do dzieci. Niech one mają swoje rozwiązania. Tym bardziej że mamy na treningach 15-20 osób i każda z nich jest inna. Każda może znaleźć swoje rozwiązanie, które nie musi być tym “jedynym słusznym” proponowanym przez trenera.

Dorastaliśmy w kulturze, w której uczył nas nauczyciel w sposób bardzo hierarchiczny. Schematyczne myślenie i trafienie w klucz, bo przecież jest tylko jeden sposób, w jaki można myśleć…

Miało spore znaczenie dla naszego rozwoju. Schematy i ramy, w które byliśmy zamknięci. Zresztą teraz też często dzieci są w nie zamykane przez nas dorosłych. To się zmienia i poprawia, ale nadal funkcjonuje. Często przytaczane są na szkoleniach dane NASA na temat dzieci. Na początku każde dziecko jest genialne, ale później przez zamknięcie ich w ramy, kreatywność jest zabijana i tłamszona. To efekt szkoły, treningów i autorytarnego narzucania im stylu bycia. Jako trenerzy powinniśmy kreatywność i decyzyjność rozwijać u dzieci, zamiast zamykać ich w swoim pudełku.

Zmiana podejścia

W takim temacie nie sposób nie przytoczyć nazwiska profesora Tadeusza Hucińskiego. Słowo klucz dotyczące dzieci było ich własna “kreacja”. Wykłady, metodologia IMOPEKSIS, książka “Współczesna pedagogika rodziców i nauczycieli w aktywności psychologicznej dziecka” to coś, co zmienia myślenie. Nas wszystkich, którzy dorastali we wspomnianej kulturze i byli/są zamknięci w ramach.

To jest kolejny temat, o którym można dyskutować kilkadziesiąt minut albo i kilka godzin. Znam działalność profesora, znam Tomasza Wilczewskiego, przeczytałem “Współczesną Pedagogikę” i… wywraca to do góry nogami to, czego nauczyliśmy się jako ludzie. Jakieś trzy lata temu, gdy czytałem książkę i zderzałem się z tym podejściem do rozwoju dzieci, to na początku puknąłem się w czoło. Jak ja mam to wprowadzić w życie? Przecież to jest nierealne! Specjalnie jednak wracałem do akapitów, żeby sobie uświadomić, że to mi się wydaje to nierealne. Wszystko przez ukształtowanie mnie w określonej kulturze, ustrój i całe dotychczasowe moje życie oraz treningi w jakich brałem udział, jako dziecko. To jest moje pudełko, w którym ktoś mnie zamknął.

Trzeba było przełączyć pewien pstryczek, otworzyć głowę i czerpać z tego garściami. Od trzech lat pracuję w ten sposób ze swoimi zawodnikami. Pewnie jeszcze nie w 100%, bo to jest wieloletni proces. Widzę ogromne efekty, skoki rozwojowe, postępy moich zawodników, gdy mają więcej wolnej ręki. Mogą sami więcej ustalić, ja się wycofuje i nie narzucam im swoich rozwiązań. To oni są najważniejszymi osobami i widzę ich wszechstronny rozwój. Nie tylko jako zawodników, ale jako ludzie, grupa i pewna społeczność. To jest największa radość.

Czy oni zauważyli od razu zmianę Pana podejścia?

Na pewno nie mają punktu odniesienia. Pstryczek przestawił się w mojej głowie. Zmiana następowała jednak krok po kroku. Testowałem pojedyncze rzeczy czy one wypalą. Jedna, druga, trzecia i one składały się na sposób mojej pracy. Na samym początku oni byli zdziwieni, dlaczego trener nie mówi im na jakich pozycjach mają grać. Nawet tak kolokwialne rzeczy, jak rzut wolny. Mieli nawyk, ze starszych lat, że odwracali głowę i pytającym wzrokiem czekali na wyznaczenie strzelca. To był jednak krótki moment. Są na tyle młodzi, na tyle plastyczni i chłonni tego wszystkiego, co się dzieje dookoła i wiedzą, że to zależy wyłącznie od nich.

Oczywiście były blaski i cienie całej sytuacji. Zastanawiali się czy mniejszy zawodnik dokopie piłkę z rzutu wolnego, czy wyjdzie w podstawowym składzie i da sobie radę wziąć ciężar gry na siebie. Jak się okazało, to był dobry ruch. Nauczyli się rozmawiać ze sobą, sami ustalać. Dzięki temu strzelali czasem ci więksi, czasem mniejsi, później dojrzewający. Oni też wywalczyli swoją szansę i dogadują się z kolegami. Teraz sami sobie podpowiadają przy rzutach rożnych albo wymianie pozycji na boisku. Całość wpłynęła pozytywnie na ich rozwój boiskowy i społeczny.

Pozostawienie odpowiedzialności zawodnikom, większej swobody może wyglądać z boku chaotycznie. Każdy jednak ma w swojej głowie pewną dozę tego, że obawiamy się – w jakimś stopniu – oceny innych, właśnie patrzących z boku. A to przecież kontrolowany przez nas chaos, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi.

Kontrolowany albo zaplanowany chaos, jak lubię mówić. Wiele zależy od charakteru trenera. Odporność psychiczna i emocjonalna na to, co się dzieje na zewnątrz. Nie jest to proste. Wiedząc jednak, że to najlepsza rzecz, jaką możemy zrobić dla zawodników, trzeba się przemóc. Próbować, próbować i tak prowadzić. Ten chaos jest elementem szkolenia i będzie korzystny na dłuższą metę.

Ja nie chcę mieć na treningu musztry, żelaznej dyscypliny, tylko chce, by zawodnik mógł się wypowiedzieć. On ma dyskutować ze mną, a nie w rozmowie spuszczać głowę i się mnie bać. Wiele razy przejmując grupy, gdy zawodnicy doświadczyli już kilku trenerów, był z tym kłopot. Chciałem dobrze dla nich, zwrócić uwagę na pewne elementy, które mogą poprawić, to podchodzące dziecko… nie słuchało. On przychodząc do mnie już się stresował. Skoro trener woła znaczy, że zrobił coś źle i będzie bura. Zamiast słuchać, prowadzić aktywnie rozmowę, stał i kiwał jedynie głową. Być może nawet miał strach w sobie, zależy z kim wcześniej trenował i czy ktoś wywierał presję. Nie chce generalizować, ale zdarzały się takie przypadki.

Potrzebna jest swoboda i chaos. Z boku może to źle wyglądać, ale ma pozytywne skutki. Oczywiście na to potrzeba czasu, wówczas proces jest dłuższy. Gdybym mógł od razu powiedzieć zawodnikowi, co ma robić, pewnie zrobiłby w krótkim czasie postęp. W dalszej perspektywie byłby “małpką” odtwarzającą moje polecenia, zamiast być kreatywnym dzieckiem i zawodnikiem.

Dziecko, które od razu spuszcza głowę w relacji trener-zawodnik, znacznie trudniej jest “odzyskać” do takiej zdrowej relacji partnerskiej. Gdy wołam zawodnika chcę jego wysłuchać i wspólnie porozmawiać, a nie po to, by odebrał ode mnie “rozkazy”. 

Nawet profesor Huciński wspominał, że jeśli mówimy do dzieci, one tak naprawdę nas nie słuchają. Chcemy, żeby nas słuchało? Musimy dać mu mówić po prostu. Jeżeli inicjatywa wychodzi od dziecka i potem ono nam odpowiada w dyskusji, wtedy wiemy, że docieramy do niego. Jeżeli będzie słuchało naszego monologu, raczej w większości przypadków niczego nie wyciągnie.

Na początku, gdy sam pytałem swoich małych zawodników czy w danej sytuacji strzelają, czy podają, byli mocno spięci przed odpowiedzią. Wychodzili z założenia, że mogą być błędne odpowiedzi i bura za takowe. Jednak chodziło tylko i wyłącznie o pozyskanie od nich informacji o intencjach i wysłuchanie tego bez odpowiedzi. Dzisiaj wiem, że w takich odpowiedziach nie ma kłamstwa, gdyż przyzwyczaili się do tego. 

Trudno dzieci na to przestawić. Jako dorośli mamy zakorzenione, że przez lata, gdy ktoś coś od nas chciał, to zazwyczaj po to, by wytknąć nam błąd, przyczepić się do nas. To jest nadal przekładane przez rodziców na dzieci. Czasem w szkole, chociaż nie zawsze, gdyż wielu nauczycieli fajnie pracuje z młodymi uczniami. Natomiast niestety cały czas jest zakorzenione w naszym społeczeństwie, że zwracamy uwagę na błąd. Nie chodzi też, żeby tylko chwalić. Trzeba wypośrodkować i po prostu porozmawiać z zawodnikiem. Jaka to była wg niego sytuacja, jakie miał odczucia, co chciał zrobić itd. Bez oceny. W ten sposób zmuszamy go do większego myślenia.

Rozmawiał Rafał Szyszka

***

Poprzednie odcinki cyklu:

Paweł Grycmann: Chcemy współpracować z uczelniami

“Największą szansę na zrobienie kariery mają dzieci, których rodzice nie interesują się piłką”

Dawid Szulczek: Warta musi strzelać gole i zdobywać punkty, jeśli chcemy się utrzymać

“Trenerzy najmłodszych roczników muszą zarabiać tyle, ile trener U17”

200PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO