Bartosz Rymaniak: “Mój syn ma hopla na punkcie Piasta. Cały mecz czeka na to, żeby przybić piątkę z kibicami.”

Piast Gliwice ma ostatnio dobry czas. Mistrz Polski nie przegrał od dwóch miesięcy, a także już dawno nie stracił więcej niż jednej bramki w meczu. W tej kolejce zespół zmierzy się z podrażnionym w ostatnim czasie Lechem Poznań. W przedmeczowej rozmowie z Bartoszem Rymaniakiem, podsumowaliśmy jego pierwsze miesiące w klubie ze Śląska. O pracy z Waldemarek Fornalikiem, jego największym kibicu i nie tylko.

Kilka dni temu skończył pan trzydzieści lat. Czego można panu życzyć z tej okazji?

Zdrowia, bo od tego jest uzależnione, jak piłkarska przygoda toczy się dalej. I spełnienia marzeń – sportowych i osobistych.

Ma pan jakieś sportowe marzenia na najbliższy czas, którymi mógłby się podzielić?

Każdy zawodnik liczy na medale na koniec sezonu. Już trochę gram w piłkę i do tej pory żadnego nie zdobyłem. Na pewno byłoby fajnie zdobyć swoje pierwsze podium ekstraklasy w karierze, to mogłoby być bardzo miłe doznanie.

Piast ostatnio całkiem nieźle sobie radzi, od dwóch miesięcy nie przegrał ani jednego spotkania. 

Poprzedni sezon pokazał, że mamy bardzo dobry zespół, ale trudno będzie po raz drugi osiągnąć to samo i zdobyć drugi mistrzowski tytuł. Dopóki piłka w grze, na razie mój zespół jest w budowie. Teraz to fajnie funkcjonuje, ale z meczu na mecz będzie jeszcze lepiej. Po pierwsze, chcemy awansować do pierwszej ósemki, a później będziemy ustalać kolejne cele.

Zespół trochę się zmienił od poprzedniego sezonu. Pojawiło się kilku nowych zawodników, jak choćby pan. Co jest obecnie kluczem do dobrych wyników Piasta? Na co najbardziej stawia Waldemar Fornalik?

Nasz trener jest doświadczonym szkoleniowcem. Wie jak do każdego podejść, żeby to funkcjonowało w zespole i to jest najważniejsze. Były obawy, ponieważ odszedł trzon zespołu, kontuzje nas nie omijały… To była wielka niewiadoma, o jakie cele może powalczyć Piast w nowym sezonie. Przyszli nowi zawodnicy i trudno było od razu zastąpić tych, którzy odeszli, bo dawali niesamowitą jakość i przyczynili się do mistrzostwa Polski. Trener też dopasował zawodników pod względem charakteru i umiejętności.

Trener Piasta, jak widać, potrafi dokonywać udanych eksperymentów. Przykładem tego jest Jorge Felix, który został przekwalifikowany ze skrzydłowego na napastnika i doskonale sobie radzi na nowej pozycji.

Wiedza, doświadczenie i umiejętność wyciągania z piłkarzy jego atutów – to jego najważniejsze cechy. Trener nie boi się nowych rozwiązań. Widzi nas na treningu każdego dnia, widzi potencjał i wie, jak go uwolnić. Jego doświadczenie pomaga mu w tym, żeby kolejne decyzje były trafne. Tamten sezon pokazał, że Piast pod jego wodzą może notować bardzo dobre wyniki i wciąż wykonuje dobrą pracę.

Początek przygody z Piastem jest dla pana dość udany. Najlepszy asystent w lidze, dobra postawa w grze obronnej. Wspomnę tutaj również, że od kiedy pan wrócił po zawieszeniu, Piast nie tracił więcej niż jednej bramki w meczu.

Cieszymy się z tego, jak to u nas funkcjonuje. Za grę defensywną nie tylko jesteśmy odpowiedzialni my, czyli obrońcy, ale cały zespół. Dużo czasu na treningu poświęcamy na elementy defensywne i dlatego to funkcjonuje dobrze. Jestem zadowolony z tego, że odnalazłem się w tym zespole i sztab szkoleniowy darzy mnie zaufaniem. Aklimatyzacja przyszła bardzo szybko i pomyślnie. Można tak powiedzieć o większości nowych zawodników. Każdy z nas daje coś od siebie po wejściu na boisko i dlatego jesteśmy teraz w tym miejscu.

Gdy przychodził pan do Piasta, nie miał pan obaw, że będzie trudno? W Koronie był pan już ikoną, kapitanem zespołu. Był jakiś stres przed tym, że w Gliwicach będzie nieco inaczej?

Miałem obawy, czy od razu będę grał w pierwszym składzie, czy na początku będzie trzeba się pogodzić z rolą zmiennika. To było trudne wyzwanie, ale chciałem zrobić krok do przodu. Przychodząc do zespołu mistrza Polski wiedziałem, że na początku muszę pokazać, że chcę grać regularnie w pierwszym składzie. To nie jest też tak, że zagrałem w kilku meczach od początku i mi się to miejsce należy. Mamy dużą rywalizację. Czy to w Pucharze Polski czy w przypadku kontuzji i kartek, wchodzą zawodnicy, którzy chcą się jakoś pokazać. To na pewno jest fajne w Piaście, że na każdej pozycji są dwie osoby, które są równorzędne pod względem umiejętności. To dobrze wpływa na cały zespół.

Czyli można powiedzieć, że Waldemar Fornalik wyciągnął wnioski z nieudanej batalii o europejskie puchary. Większa rywalizacja, większy wybór, większa pewność?

Jeżeli chce się walczyć o najwyższe cele w lidze, nie może być tylko trzynastu czy czternastu gotowych do gry zawodników. Trzeba mieć ich dwudziestu, zbliżonych poziomem sportowym.

Odejdźmy na moment od sfery sportowej. Widać, że kibice Piasta już pana polubili i to też trochę zasługa Filipa, pana syna, który jest obecny na większości meczów zespołu. Przybija piątki z kibicami…

Mały gdzieś tam ode mnie załapał ciągotki do piłki nożnej, a żona też bardzo pomaga w tym, żeby był na każdym meczu. Są często na meczach u siebie, jeżdżą ze mną na wyjazdy. To też jest jej duża zasługa, że młody może uczestniczyć w moich sportowych wydarzeniach. Chodzi ze mną na mecze, do szatni, na treningi i kibice to doceniają. Gdy zawodnik dopiero przychodzi do klubu, a jego syn ma już hopla na tym punkcie, na pewno też to wpływa na plus w odbiorze mojej osoby.

Syn chciałby pójść w ślady ojca i zostać piłkarzem?

Tylko i wyłącznie piłkarzem. Może mu się to jeszcze zmieni, ale teraz jest na takim etapie, że liczy się tylko piłka. Żadnych bajek, zabawek, tylko koszulki piłkarskie, mecze. To jest jego całe życie.

W jednym z wywiadów na oficjalnej stronie Piasta Gliwice, przeczytałem niedawno, że gdy Filip jest na meczach, zawsze bierze koszulkę ze swoim imieniem i “28” na koszulce.

Od razu gdy trafiłem do Piasta, młody chciał mieć dwie koszulki Piasta – czerwoną i niebieską. Zależy gdzie jest mecz, on zakłada taką koszulkę, jaką mamy na boisku. Najpierw wraz z moją żoną kibicuje, a po meczu go zabieram na murawę. Cały mecz czeka na to, żeby najpierw przybić piątkę z kibicami. Potem wejść do szatni, przybić piątkę z zawodnikami, pośpiewać po wygranym meczu. Wtedy jego największe marzenia są spełniane.

W tej kolejce Piast Gliwice zmierzy się z Lechem. Grał pan przeciwko temu zespołowi kilkanaście razy, jakieś starcie utkwiło szczególnie w pamięci?

W moim pierwszym sezonie w ekstraklasie, graliśmy wtedy na wyjeździe. Wygraliśmy wtedy 1:0, po fantastycznym strzale Mateusza Bartczaka. Lech bił się wtedy o mistrzostwo Polski, a my byliśmy w środku tabeli. To był chyba dopiero mój dziesiąty mecz w ekstraklasie, dlatego lepiej go pamiętam. Miałem też wtedy okazję do zdobycia bramki.

To udało się panu nieco później, też jeszcze w barwach Zagłębia.

Ten mecz też pamiętam. Wtedy już byłem w Zagłębiu kapitanem, miałem tych meczów trochę więcej na koncie. A tamten był w moim premierowym sezonie, chyba dlatego lepiej go zapamiętałem.

Czego pan się spodziewa ze strony Lecha w najbliższym spotkaniu?

To będzie trudny mecz. Lech u siebie jest zawsze groźny – czy to w lepszej dyspozycji czy nieco słabszej. Po kilku meczach, które poszły nie po ich myśli, będą chcieli się zrehabilitować już w piątek. Na pewno musimy być bardzo czujni. Polska ekstraklasa taka już jest – mecz meczowi nierówny i Lech może teraz zagrać mecz sezonu, czego oczywiście bym nie chciał. Musimy się przede wszystkim skupić na sobie. Znamy swoją wartość, siłę i po ostatnich dobrych występach chcemy iść za ciosem.

Fot. YouTube

3000PLN
Bonusu
GRAMGRUBO