Dlaczego zimowe okienko stało się synonimem pułapki?
24.01.2020

Istnieje znikoma liczba menedżerów przepadających za zimowym okienkiem transferowym. Składa się na to wiele czynników, przede wszystkim kosmiczne ceny, jakie „mniejsze” zespoły żądają za swoich graczy. Całe to szaleństwo trwa głównie po to, aby jedynie stworzyć pozory, że dokonane wzmocnienia jakkolwiek pomogą w dalszej walce o utrzymanie, europejskie puchary czy krajowe mistrzostwo. Rzeczywistość zwykle okazuje się jednak brutalna, ponieważ zimowe zakupy nie gwarantują rewolucji w grze. Jak wyliczyło „21st Club” klub, który wyda średnio 30 milionów funtów na wzmocnienia zimą, polepszy swój bilans jedynie o 0,1 punktu na mecz.

Erling Haaland szybko zaaklimatyzował się na Signal Iduna Park. Kilkadziesiąt minut, trzy bramki i już na początku stycznia Norwega można uznać za najlepszy transfer obecnego zimowego okienka. Cokolwiek się wydarzy w następnym tygodniu, z pewnością nie będzie miało większego znaczenia na ten werdykt. Powodem jest między innymi, o dziwo, rozsądek największych, którzy nie mają już zamiaru przepłacać i uczestniczyć w tym szalonym wyścigu szczurów. Oczywiście za kilka dni naszą teorie może zweryfikować życie, ale póki co nic się na to nie zanosi. Będzie spokojnie i do tego musimy się powoli przyzwyczajać. Ale nie zawsze tak bywało.

Szaleństwo w Londynie

Chelsea po świetnym sezonie 2009/2010 wchodziła w kolejny rok z wielkimi nadziejami. Upragniona Liga Mistrzów – taki przejawiał się główny cel „The Blues” na drugi rok pracy z Ancelottim. Te marzenie dość szybko zostały jednak zweryfikowane niczym Pep Guardiola w pierwszym sezonie pracy dla City, ponieważ londyńska maszyna zwyczajnie się zacięła. Abramowicz postanowił działać i w ostatni dzień transferowego okienka od czapy wydał 80 milionów euro. Z perspektywy czasu brzmi jak szaleństwo, ponieważ Rosjanin od dawna wykazuje rozsądek w wydawaniu zawrotnych sum. Tym bardziej po tamtej połowicznej wpadce.

O ile Luiz bowiem się sprawdził, o tyle Torres już niekoniecznie. Jeden gol do końca sezonu warty ponad 50 milionów funtów. Trochę drogo, nawet jeśli mówimy o Abramowiczu, którego budżet jest dla nas trudny do oceny. W późniejszych latach nieco lepiej planowano wydatki, chociaż nie obyło się bez totalnie przestrzelonych ruchów. Chociażby transferu Cuadrado. Kolumbijczyk przychodził ze względu na ogromne braki w drużynie Jose Mourinho na skrzydle. Łącznie rozegrał jednak zaledwie 311 minut, a kosztował ponad 30 milionów euro. Niemalże identycznie zakończył sezon rok wcześniej Salah, który trafił do Londynu, aby zastąpić Juana Mate. Czas pokazał, że oba te transfery zimą były niepotrzebne, ponieważ Portugalczyk zwyczajnie z nich nie skorzystał. Dużo gorzej wyglądało to u Antonio Conte w sezonie 2017/2018. Dokonanie zimowego zakupu Emersona (5 spotkań do końca rundy) czy Barkleya (2) to totalna katastrofa. Za obu trzeba było jednak zapłacić wielkie pieniądze.

Statystyki Emersona po transferze do Chelsea w sezonie 2017/18 (www.transfermarkt.pl)

 

Statystyki Barkleya po transferze do Chelsea w sezonie 2017/18 (www.transfermarkt.pl)

Nieco mniejszą historie wpadek mają rywale ekipy ze Stamford Bridge. W City próbują z pamięci wybić sobie między innymi Wilfrieda Bony’ego. Iworyjczyk po udanym okresie w Swansea postanowił zrobić kolejny krok w karierze, ale niestety dość szybko został zweryfikowany. Zaledwie dwie bramki od stycznia i przylepiona łatki niewypału, która ciągnie się za nim do dziś. Bez bramki sezon 17/18 dla Tottenhamu zakończył z kolei Lucas Moura, choć jego wykup w Deadline Day z banku „Kogutów” zabrał pokaźną część gotówki.

Pośpiech wydaje się zatem złym doradcą pomimo wyjątków takich jak Suarez, Aubameyang, transfer z Interu Coutinho, Gabriel Jesusa, Laporte oraz Van Dijk. To właśnie ten ostatni jest poniekąd wyjątkiem potwierdzającym regułę, lecz wpływa na to jeden fakt – był to niezwykle przemyślany ruch. Po fiasku negocjacji latem 2017 roku, następne miesiące spędzono na badaniu możliwości przeprowadzenia tej transakcji w styczniu. Nie chodziło bowiem o zapłacenie horrendalnej kwoty za zawodnika w ostatni dzień okna, który do końca sezonu trafi kilka bramek bądź wykreuje kilkadziesiąt okazji. Widoczny był w tym pewien plan, choć pierwotnie nieco ten transfer wyśmiewano. Tyle szmalu za zawodnika, którego ośmieszali zawodnicy Legii w eliminacjach Ligi Mistrzów? Brzmiało to niedorzecznie.

W większości przypadków koniec jest umiejscowiony na drugim biegunie. Jose Mourinho wielokrotnie wspominał, że styczniowe transferu są kompletną zagadką, ponieważ nigdy tak naprawdę nie wiesz, jak zawodnik wkomponuje się w trakcie sezonu. Jeśli dany gracz nie zmienia ligi, jego szanse naturalnie wzrastają. Ponadto zawodnicy w formie nieczęsto decydują się na zmiany klubów w trakcie rozgrywek, obawiając się wielu rzeczy – między innymi rywalizacji w nowym zespole, zmiany kraju i braku aklimatyzacji.

Nieubłagane liczby

Jak to jednak wbić do głowy zespołom walczącym o utrzymanie? Wydawanie pieniędzy na rynku w akcie desperacji wydaje się naturalnym odruchem. Ten jednak nieczęsto zdaje egzamin. W historii Premier League warto wspomnieć chociażby o QPRz 2013 roku znajdującym się na dnie z zaledwie 10 punktami na koncie po 20 spotkaniach. W styczniu sprowadzono pięciu nowych zawodników, a zespół z Londynu zdołał wygrać…trzy mecze i wpędził się w kłopoty finansowe trwające do dziś.

Takich przykładów można mnożyć, ale najlepiej pewne wnioski oddają dane liczbowe. Badania przeprowadzone przez „21st Club” dla wielu zarządców klubów mogą okazać się szokujące. Firma zajmująca się analizą danych piłkarskich zbadała korelacje zimowych wydatków do wyników osiąganych w drugiej części sezonu. Według ich wyliczeń pieniądze jakie drużyny płacą za chęć uratowania sezonu przewyższają korzyści. Klub, który wyda średnio 30 milionów funtów na wzmocnienia, polepszy swój bilans o 0,1 punktu na mecz. Z prostej kalkulacji wynika, że nawet jeśli do końca sezonu pozostaje 19 kolejek, wówczas daje to około 10 punktów więcej.

Najwięcej płaci się przede wszystkim za napastników. Jeśli jakakolwiek drużyna ma zamiar poprawić momentalnie wyniki, szuka najłatwiejszych rozwiązań. Powiedzenie „drużynę buduje się od tyłu” wówczas jest wypierane, a o wspomnianym przykładzie Van Dijka po prostu się zapomina. Tymczasem po raz kolejny liczby zakłamują tezie, że jeden ofensywny piłkarz może uratować cały zespół przed spadkiem. Około połowa wszystkich napastników kupionych w styczniu nie zdobywa nawet bramki do KOŃCA sezonu. Bazując na informacjach, że takiego typu zawodnicy stanowią 20% wszystkich transferów w najlepszych pięciu ligach, daje to katastrofalny wynik. Co gorsze – jedynie 14% snajperów strzeliło 5 lub więcej bramek w drugiej fazie kampanii. Nawet tacy snajperzy jak Luis Suarez czy Edin Dzeko nie potrafili z miejsca pomóc swoim kompanom w ówczesnych latach.

Eksplorując te dane dyrektorzy sportowi czy prezesi klubów powinni się zastanowić dlaczego wydatki w styczniu są obarczone takim ryzykiem. Jeśli wypali – super, jeśli nie, zostaje się z takim zawodnikiem na kolejne lata. W dodatku przepłaconym i z wielką pensją, ponieważ ten czas idealnie wykorzystują także agenci podwyższając wymagania swoich piłkarzy i zbierając godziwą prowizje. Idealnym przykładem jest Alexis Sanchez i gigantyczna tygodniówka na poziomie 350 tysięcy funtów. Przedstawiciel skrzydłowego najpierw dogadał się z Manchesterem City, ale gdy tylko „Obywatele” odmówili spełnienia odpowiednich warunków, Chilijczyk zakochał się w zespole z Old Trafford. Jaki był koniec tej historii wszyscy doskonale wiemy. Pozostały wspomnienia z sagi transferowej i wspaniała gra na fortepianie.

Kłopotliwe bywają także ruchy w Deadline Day. Nikt nam nie wmówi, że ruchy przeprowadzane na ostatnie godziny przed zamknięciem okienka są zaplanowane od chociażby tygodnia. To zwykłe miotanie się w gorączce i szukanie rozwiązań na opak. Dyrektorzy sportowi wówczas uruchamiają siatki ulubionych agentów, którzy na szybko potrafią wyczarować piłkarza. Niekoniecznie dobrego, zwykle przesadnie przepłaconego, ale kto się tym wówczas przejmuje? Show must go on. Problem polega jednak na tym, że tacy zawodnicy podczas drugiej części sezonu zwykle nie wykazują żadnej przydatności. Zanim wkomponują się do zespołu mija kolejny miesiąc i powoli wybija marzec. Do końca sezonu pozostają dwa miesiące, czyli w Anglii około 8 lub 9 ligowych meczów. Na takim dystansie można oczywiście w heroiczny sposób wyrwać się ze strefy spadkowej, odrobić stratę do TOP4 lub nawet wygrać mistrzostwo, ale grozi to także kolosalną stratą pieniędzy.

Co u innych?

Jak to wygląda poza Anglią u innych topowych klubów? Co ciekawe, analizując zimowe roszady można do każdego wielkiego klubu przyporządkować pewne schematy (czego nie można powiedzieć o Anglikach), jak na przestrzeni lat działają one na rynku transferowym podczas tego okresu. Przykładowo Real Madryt skupia się przede wszystkim na młodych zawodnikach typu Reinier, Brahim Diaz, Odegaard, Lucas Silva. Dokładnie w ten sam sposób kilkanaście lat temu zostali zakontraktowani Gago, Higuain oraz Marcelo. Co ciekawe, a niewielu kibiców to pamięta – najmniej kosztował ten ostatni. Jedyne szaleństwo to wypożyczenie Adebayora, ale wówczas Mourinho miał dość dziwny kaprys i nie mamy zamiaru tego udziwnienia analizować.

Jak to wygląda w Barcelonie? Niezbyt interesująco. Odłożony transfer Coutinho czy wypożyczenie Boatenga. Również Bayern nie wykazuje większej aktywności w ostatnich 10 latach kupując jedynie Daviesa, Wagnera oraz Luiza Gustavo. Pewien schemat z kolei widoczny jest na przykładzie Juventusu. „Stara Dama” od kilku lat skupuje młode talenty z Włoch i robi to także zimą. Kilka dni temu za dość konkretne pieniądze zakupiono Kulusevskiego, trzy lata temu Caldare, a jeszcze wcześniej Mandragore oraz Ruganiego. Co łączy ich wszystkich? Przede wszystkim natychmiastowe wypożyczenia do innych zespołów. Kupmy, zaklepmy, a pomartwimy się latem.

Wielkie kluby odchodzą zatem od ryzykownych zakupów w styczniu. Idealnym przykładem niech będzie obecne okienko (angielskie kluby wydały zaledwie 36 milionów funtów przy ponad 400 jeszcze dwa lata temu), kiedy tak naprawdę jedynie Liverpool oraz Tottenham wzmocnili swoje zespoły, ale głównie przyszłościowymi zawodnikami. Transfery „na lata” można oczywiście zrozumieć, ponieważ nikt od Minamino ani Fernandesa nie oczekuje nawet kilku bramek do maja. Dość cicho póki co także w Arsenalu, Manchesterze City, Chelsea i Manchesterze United. Czas jednak pokaże, czy to tylko cisza przed burzą, czy może rzeczywiście efekt dojścia do pewnej konkluzji.

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO