Niemcy pokazują jak solidarnie wyjść z kryzysu. Zyska na tym także Bayern
31.03.2020

Nie jest możliwe, aby przejść obecną sytuację spowodowaną koronawirusem suchą stopą. Tyczy się to nie tylko piłki nożnej, lecz całej gospodarki. Straty są ogromne, a z dnia na dzień rosną w niesamowitym tempie. Ogromne problemy mają nie tylko zespoły z najlepszych lig na świecie, ale także te mniej popularne, które nie otrzymują setek milionów euro za prawa telewizyjne. Tyczy się to także naszych zachodnich sąsiadów. Niemcy jednak ze wszystkich topowych lig mogą przejść ten kryzys z najmniejszą liczbą poszkodowanych.

Typowy Niemiec w oczach Polaka posiada kilka cech charakterystycznych, z których najważniejsza to oczywiście sumienność i porządek. Słowo „Ordnung” znają nie tylko osoby lubujące się w germanistyce, czy sezonowi pracownicy. Nie ma w tym oczywiście niczego dziwnego, ponieważ ten kraj wielokrotnie dał się poznać jako sumienny naród, który w obliczu problemów potrafi zapewnić bezinteresowną pomoc. Idealnie oddaje to obecna sytuacja w niemieckim futbolu.

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Najlepsze ligi na świecie mają do siebie to, że panuje tam brutalna walka o byt. Po trupach do celu, byle jak, byle się powiodło. W obliczu pandemii koronawirusa takie działania mogą stać się normą. Ale nie w Bundeslidze. Zaledwie tydzień po oficjalnej informacji na temat zawieszenia rozgrywek, największe kluby w Niemczech połączyły siły i stworzyły fundusz solidarności o wartości 20 milionów euro, aby pomóc niemieckim klubom z dwóch najwyższych klas rozgrywkowych. Inicjatywa Bayernu Monachium, Borussii Dortmund, RB Lipsk oraz Bayeru Leverkusen ma zapobiec potencjalnemu kryzysowi finansowemu w tym trudnym okresie.

Hans-Joachim Watzke zdradził, że idea przekazania takiej kwoty wyszła od prezydenta Bayernu.

– Trzeba oddać Cesarzowi, co cesarskie. Pomysł tej pomocy wyszedł od Karla-Heinza Rummenigge. My szybko zareagowaliśmy na taki ruch. Wystarczył jeden wieczór i byliśmy gotowi.

Kryzys ekonomiczny nie jest obcy zespołowi z Dortmundu. Klub z Signal Iduna Park w 2005 roku był o krok od przepaści, zanim otrzymał niskoprocentową pożyczkę od Bayernu, aby móc wypłacić pensje swoim zawodnikom. Bayern ustalił harmonogram, zgodnie z którym BVB miało dziewięć miesięcy na spłatę całości. Pierwsze 1,5 miliona euro wróciło po dwóch miesiącach, zaś reszta później.

Oczywiście ta pożyczka to jedynie honorowy krok, ponieważ klub Watzke miał dług na poziomie 200 milionów euro. To zatem kropla w morzu, ale najważniejsza w tej sytuacji była oczywiście solidarność. Nic zatem dziwnego, że Borussia dołączyła do tej grupy w tym roku.

Pieniądze na walkę z pandemią przekazali także gracze z kadry narodowej. Może to tylko 2,5 miliona euro, ale pamiętajmy, że w takich przypadkach liczy się gest i uruchomienie pewnej fali pomocy. „Pomagają piłkarze, to ja także mogę” – zapewne pomyślą niektóre osoby wahające się nad przelaniem pewnej kwoty. Czasami w takich akcjach potrzeba autorytetu, choć patrząc na nasz kraj i opinie po wpłacie Lewego, skutek jest czasami wprost przeciwny.

Wracając jednak do Niemiec, rzecznik niemieckiej federacji piłkarskiej Christian Seifert pochwalił gest uczestników LM. Dodatkowo zauważył, że ponad połowa z 36 klubów wchodzących w skład dwóch najwyższych lig w kraju może być zagrożona, gdyby sezon został odwołany. Łącznie straty szacuje się na 770 milionów dla wszystkich zespołów.

Szybka reakcja

Gracze i kadra trenerska Borussii Mönchengladbach jako pierwsi w Niemczech zaakceptowali obniżki wynagrodzeń podczas kryzysu. Za nimi podążyli także zawodnicy Unionu Berlin, którzy zaakceptowali całkowite zamrożenie wynagrodzeń. Mówimy tutaj o 11 drużynie w Bundeslidze oraz beniaminku, więc nie ma w tym przypadku mowy o żadnym hegemonie. Z kolei, obniżki 20% pojawiły się także w Bayernie. Jak widać własnym drużynom starają się pomóc dosłownie wszyscy – od mistrzów po typowych słabeuszy.

Wiele zespołów z niższych dywizji w dużej mierze planuje budżet w oparciu o przychody z praw telewizyjnych i marketingowych. Głównie dlatego pandemia COVID-19 uderza w nich najbardziej. Swoje środki wyda – wzorem PZPN – także DFL. Tutaj łączna wartość od federacji wynosi 45 milionów euro pochodzące z umowy z krajowym dostawcą telewizyjnym. Pieniądze mają zostać rozdysponowane na projekty, które pomogą najuboższym drużynom.

Wykorzysta to Bayern?

Z punktu widzenia światowych potentatów, największe zagrożenie obecnie mogą odczuwać ze strony Bayernu Monachium. To klub z Bawarii w ostatnich latach nie szalał na rynku transferowym i chomikował środki na taką sytuację. Warto spojrzeć chociażby na ich transfery z ostatnich 10 lat.

Netto przez niecałe 10 lat na transfery wydali 329 milionów euro. Ledwo ponad 30 milionów euro za sezon. Dodatkowo warto zauważyć, że połowę tej kwoty rozdysponowali w ostatnich trzech letnich okienkach na zakupy Lucasa Hernandeza, Benjamina Pavarda, Kingsleya Comana, Corentina Tolisso czy Niklasa Suele.

Głównie dlatego Bayern może być jedną z niewielu ekip, które wykorzystają kryzys i sięgną głębiej do portfela. Podczas tej trudnej sytuacji możemy doczekać się końca rynku sprzedającego. Teraz to kupujący może ustalać ceny, ponieważ mniej zamożne kluby będą zmuszone do wypuszczenia swoich gwiazd. Dla Bayernu i rynku niemieckiego to stały element. Kai Havertz już może zatem powoli pakować się do wyjazdu.

Póki co, Rummenigge potwierdził, że nie mają zaplanowanych konkretnych celów i skupią się na przedłużeniu kontraktów z Alabą, Muellerem, Neuerem czy Thiago. Każdy z tych graczy posiada aktywne zobowiązania do 2021, a ich strata w obliczu obecnej sytuacji byłaby trudna do przełknięcia. Co do słów na temat transferów, tutaj nie ufalibyśmy włodarzom niemieckiego klubu. Na pewno mają do wyciągnięcia jakiegoś asa z rękawa.

Plany na wznowienie rozgrywek

Pierwsza, jak i druga Bundesliga mają zostać wznowione na końcu kwietnia. Niebawem możemy się jednak spodziewać kolejnego oświadczenia, w którym poznamy nową datę. Każdy weekend bez gry przynosi wielkie straty. Christiana Seifert jakiś czas temu potwierdził, że po zawieszeniu ligi pracę w jego kraju może stracić nawet 56 tysięcy osób w branży piłkarskiej. Byłby to potężny cios.

Kiedy zatem kluby wrócą do gry? Emre Can wczoraj wspomniał, że już od początku tego tygodnia Borussia planuje wznowić treningi. Póki co mają być to zajęcia w dwójkach, ponieważ władze ligi zaleciły, aby kluby nie wznawiały zajęć przed 6 kwietnia. Na taki ruch nie zdecydował się Bayern, choć bazując na mediach społecznościowych graczy z Bawarii, trenują oni indywidualnie.

Póki co, nie ma oczywiście mowy o odwołaniu Bundesligi. Potwierdził to między innymi Karl-Heinz Rummenigge.

– Powinniśmy zakończyć ten sezon na boisku. Ze względu przede wszystkim na uczciwość rywalizacji, ale oczywiście również po to, aby straty ekonomiczne były jak najniższe. Oczywiście, gdyby nie było to możliwe z punktu widzenia zdrowia i polityki, ten scenariusz musiałby zostać rozwiązany. Musimy dograć ten sezon – bez względu na to, kiedy to nastąpi – podkreślił 64-latek, odnosząc się do zbliżającej się utraty dochodów w wysokości około 770 milionów euro.

Niemiec dodatkowo dodał, że zakłada plan wznowienia rozgrywek nawet we wrześniu, co pozwoli dograć pozostałe kolejki w zimie. Aleksander Ceferin na pewno nie będzie z takiego zdania zadowolony, ale prezes Bayernu od dłuższego czasu nie ma najlepszego zdania o władzach UEFA. Wygląda więc na to, że zespół z Monachium jest największym zwolennikiem dokończenia rozgrywek, a w Niemczech zdanie tego klubu to zazwyczaj świętość.

100PLN
bez ryzyka
GRAMGRUBO