Popatrz jak wszystko szybko się zmienia, coś jest, a później tego nie ma…

Jeszcze niedawno Widzew jako klub uchodził za symbol nie tylko boiskowego charakteru, ale także niesamowitego wsparcia kibiców, ich przywiązania do barw, pomysłu na organizację i wszystkiego, co pcha do sukcesu w profesjonalnym futbolu. Cracovia z kolei mierzyła się z wizerunkiem klubu z nieuzasadnionymi ambicjami ponad miarę, bez stabilnej wizji, upychającego na niemałych etatach miernych obcokrajowców, w dodatku uwikłanego w przeszłe grzechy korupcji. Wystarczył jeden weekend, by wszystko się zmieniło.

Niepokojące sygnały o próbie wypływania fanów na działalność klubu docierały już wcześniej. Zwłaszcza po przypadku Wisły Kraków i patologii tam kwitnącej w relacjach władze – trybuny wielu zastanawiało się, czy aby nie mamy do czynienia z powieleniem formatu, który w profesjonalnym sporcie nie ma racji bytu. Uważność obserwujących ten proceder w Łodzi tępił jednak kryształowy obraz sprzed pandemii, kiedy na mecze drugoligowego zaledwie zespołu przychodziło kilkanaście tysięcy ludzi, karnety sprzedawały się na pniu, a urokowi tej atmosfery ulegali piłkarze z całkiem mocnymi kartami w historii ligowej piłki, że wspomnę tylko Marcina Robaka.

Pominąć w tym miejscu nie można wyczynów boiskowych drużyny, która po ubiegłorocznej wtopie z brakiem awansu, stała się symbolem totalnej nieporadności i wizerunek ten konsekwentnie pielęgnowała przez kolejny sezon. Mimo że okoliczności osiągnięcia celu, jakim była Fortuna 1 liga, nie dawały pretekstu do świętowania, chyba nikt nie przypuszczał, że zobaczymy w minioną sobotę tak absurdalne i skandaliczne relacje, które położyły w kilka minut wypracowywany latami wysiłek organizacyjny i marketingowy klubu.

Obruszą się prawdziwi fani z Łodzi, zauważą zapewne, że margines, który narobił szkód, nie powinien wpływać na ocenę ogółu, ale fakty są nieubłagane. Jeśli nie jeden, a wielu chuliganów wbiega na boisko i okłada piłkarzy pięściami, zrywa z nich koszulki, a stadion skanduje jakże znamienne na polskich stadionach „wypier…”, to mamy do czynienia ze skandalem, jakie zdarzają się już tylko na peryferiach Europy. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy sytuacja jest naprawdę poważna, niech zwróci uwagę na reakcję sponsorów, którzy wydali oświadczenia, czy poszkodowanych piłkarzy, z których jeden zadeklarował już odejście z klubu. Oczywiście Widzew to wielki klub, jeśli kibice będą mogli wrócić na trybuny w 100 proc., to przy al. Piłsudskiego pewnie znów nie będzie wolnego miejsca, ale zmazywanie tej plamy potrwa jeszcze długo, a konsekwencje będą ciągnęły się latami. Piłkarze, którzy dostaną propozycję gry w Widzewie, pięć razy zastanowią się teraz, czy warto podejmować takie ryzyko. Potencjalni sponsorzy również będą mieć w głowach historię sprzed kilku dni, jestem w stanie wyobrazić sobie, że nawet rodzice posyłający swoje dzieci do akademii wezmą pod uwagę wydarzenia zakłócające ich komfort psychiczny i pełne przekonanie do tej decyzji.

Kilkanaście godzin wcześniej, nim do gry przystąpili ówcześni drugoligowcy, w Lublinie odbył się 66. finał Pucharu Polski, w którym dość niespodziewanie, biorąc pod uwagę półfinałową obecność Legii i Lecha Poznań, wzięły udział Cracovia i Lechia Gdańsk. Jakiekolwiek rozstrzygnięcie by nie zapadło, można było odnieść wrażenie, że wygrany zyskiwał wiele więcej niż tylko trofeum i idący za tym awans do europejskich pucharów. Zwycięstwo w tym elektryzującym finale – śmiem twierdzić, że najlepszym od kilkunastu lat – miało stać się również pokutą dla wcześniejszych grzechów tak ochoczo wypominanych obu klubom. W przypadku Lechii miał być to balsam wizerunkowy na niedowład organizacyjny i tusz na etykietę klubu-fabryki do robienia interesów, dla Cracovii z kolei była to okazja, by zerwać z łatką miejsca nieuzasadnionych ambicji, przepalania w kominku kasy dla miernych obcokrajowców i miłej dwustołkowej posady dla krnąbrnego trenera Michała Probierza.

Stało się. Cracovia wygrała po dogrywce, w jedną noc ogłoszono zespół „Pasów” godnym reprezentantem Polski w europejskich pucharach, właściciela okrzyknięto cierpliwym wizjonerem, a filozofię Probierza uznano nadzieją na miejsce promowania młodych polskich graczy (Kamil Pestka, Mateusz Wdowiak), choć jeszcze chwilę temu nazywano go największym przeciwnikiem sięgania po rodzime talenty.

Popatrz jak wszystko szybko się zmienia, coś jest, a później tego nie ma… Idąc za słowami Sidneya Polaka, w zaledwie kilka godzin Cracovii próbowano nawet zapomnieć jej grzechy sprzed lat, bo akurat triumf w Lublinie i pierwsze trofeum po 72 latach zbiegło się z odjęciem pięciu punktów i milionową karą za działania korupcyjne. Zdaniem wielu zbyt niską karą.

Akurat w sprawę tę wnikać nie zamierzam, ale nie dlatego, że wygodnie jest przyjąć postawę „nie mam zdania”, tylko dlatego, że to mocno zniuansowany problem, a sankcje są dość niejednolite i uznaniowe, co pokazała historia afery, która w polskiej piłce ciągnie się już drugą dekadę.

Jak sami widzicie, w polskim futbolu łatwo jest i totalnie wszystko zepsuć, i skutecznie naprawić swój obraz w zaledwie kilkanaście godzin. Pytanie tylko, czy jest to dobry sygnał dla naszego piłkarskiego środowiska…

Przemysław Iwańczyk, dziennikarz Polsatu Sport

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO