Jak są derby, to są nerwy

Mamy w futbolu mecze, które rzucają na kolana całą Polskę; niegdyś starcia Legii z Górnikiem Zabrze, teraz Legii z Lechem Poznań, wszystko zależy od koniunktury. Czy to w Krakowie, czy to Łodzi wiedzą jednak, że największym świętem zawsze są derby, zwłaszcza długo wyczekiwane.

Te w Poznaniu między Lechem a Wartą nie wzbudzają aż takiego poruszenia, bo i tak cała Wielkopolska jest za Kolejorzem. W stolicy dysproporcja sportowa i kibicowska jest tak wielka, że termin „derby” prędzej kojarzy się fanom sportu z torem wyścigów konnych na Służewcu niż z wydarzeniem piłkarskim. W Krakowie co innego – Cracovia i Wisła wręcz dzielą miedzę, toteż emocji, przepychanek, a nawet walk jest bez liku. Tu należy ubolewać, że termin Święta Wojna chuligani związani z oboma klubami potraktowali tak dosłownie, wprowadzając terror na ulice swojego miasta. W Łodzi wersalu również nie ma, jest gdzieś jednak granica, za którą kibice nie starają się wychylać.

Skoro o granicy mowa, Grzegorz Krysiak, jeden z symboli ŁKS lat 90., powiedział kiedyś, że Łódź od strony wschodniej powinna kończyć się na ul. Kilińskiego. Nie było to zbyt miło przyjęte przez fanów z drugiej strony miasta, ale tym samym gdzieś wytyczony został podział na preferencje klubowe. Jacek Bieleński, zwany łódzkim bardem, uznał w rozmowie ze mną, że to ulica Piotrkowska determinuje ten podział.

Mniejsza o to, wszak to jedynie pretekst do kolejnych werbalnych utarczek między fanami. Ale prawda jest taka, że poza rejonami, gdzie panują tylko jedne barwy (np. widzewskie w dzielnicy Widzew, ełkaesiackie na Polesiu), towarzystwo fanów łódzkiej piłki jest przemieszane. Długie dyskusje poprzedzające każdy mecz toczą się więc nie w enklawach, a na każdym kroku – w szkole czy pracy, w tramwajach, autobusach. Takie też przed dekadami toczyli również piłkarze obu klubów, kiedy zapominali o swoich zażyłościach jedynie na czas meczu. Na co dzień topory wojenne były zakopane, a bohaterowie stadionów spędzali czas w lokalach na Piotrkowskiej ze specjalnym uwzględnieniem Grand Hotelu.

Nie ma chyba innych takich derbów, by mimo wzajemnej niechęci kibiców, piłkarze migrowaliby tak regularnie między klubami. Do legendy przeszły derby z 1975 r., pierwsze po kilkudziesięcioletniej przerwie. Wojciech Filipiak, nestor wśród łódzkich dziennikarzy, naoczny świadek niemal wszystkich derbów (mówi, że opuścił zaledwie trzy-cztery takie mecze), wspomina je jako najbardziej symboliczne. To wtedy w Widzewie znaleźli się ci, których nie chciał ŁKS – Zdzisław Kostrzewiński, Wiesław Chodakowski, Andrzej Pyrdoł, Andrzej Możejko czy Andrzej Grębosz. Doskonale znał ich trener Leszek Jezierski, który związany był z oboma klubami, z Widzewem przedzierał się wówczas na salony od najniższych klas. Na stadionie przy al. Unii widzewiacy wygrali 2:1, a strzelający karnego Tadeusz Błachno miał wygrać wtedy również zakład o whisky z Janem Tomaszewskim o to, czy bohaterowi z Wembley strzeli jedenastkę. Jak opowiada Filipiak, to wtedy również nieodżałowany trener Jezierski miał mówić, żeby kibice przegranych się nie martwili, bo punkty i tak zostaną w Łodzi…

Dokładnie 31 lat temu widziałem na żywo pierwsze derby Łodzi, było to zaraz po powrocie Widzewa z jednorocznej II-ligowej banicji. Na marginesie tamten spadek również wiązał się z derbową historią; ówczesna gwiazda z al. Unii Jacek Ziober miał powiedzieć – jak legenda miejska niesie – że słabych trzeba dobijać. Mimo że do końca sezonu pozostało siedem meczów, porażka z ełkaesiakami (gol Ziobera właśnie) chyba na dobre odebrała Widzewowi marzenia o pozostaniu w lidze.

W sierpniu 1991 r. padł remis 1:1, najpierw Paweł Miąszkiewicz trafił dla Widzewa, po dwóch minutach wyrównał Tomasz Wieszczycki. Emocji, które temu towarzyszyły, było mnóstwo, cała Łódź tak bardzo spragniona była bezpośrednich starć. Do historii przeszły również derby rok później, w których padło aż sześć goli (3:3), a cztery z nich padły w pierwszych siedmiu minutach.

Czy potrzeba jeszcze innych argumentów, by przekonać kibiców w całej Polsce, jaki wymiar mają starcia Widzewa z ŁKS? Że jak są derby, to są wielkie nerwy. Dziś na stadionie przy al. Piłsudskiego oba zespoły spotkają się po raz pierwszy od trzech lat. I dopiero po raz 18. w innych rozgrywkach niż te ekstraklasowe. W ogólnym bilansie przewagę ma Widzew: 27-27-19. Tym razem zdecydowanym faworytem są ełkaesiacy, którzy wygrali oba spotkania na starcie Fortuna 1 Ligi nie tracąc nawet gola. Widzew z kolei oba mecze przegrał, tracąc przy tym siedem bramek.

Mając w głowie doświadczenia z Łodzi, podczas licznych wizyt w Niemczech próbowałem analizować fenomen tamtejszych derbów. Są one taak samo silnie zakorzenione w tradycji, ale nie wyłapałem, by poza Zagłębiem Ruhry (Schalke vs. Borussia Dortmund) czy Hamburgiem (HSV vs. Sankt Pauli) miały aż takie znaczenie w historii niemieckiej piłki. A może to tylko wrażenie, bo przecież wiadomo, że i tak najlepsze, jedyne i niepowtarzalne będą derby Łodzi…

Przemysław Iwańczyk, dziennikarz Polsatu Sport

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO