Przemysław Trytko: Bogusław Kaczmarek po prostu wysiadł z autobusu i już więcej nie pojawił się w klubie
20.11.2021

Przemysław Trytko może pochwalić się naprawdę bogatą karierą. Wychowanek Budowlanych Strzelce Opolskie reprezentował barwy dziesięciu polskich klubów. W Niemczech miał okazję wystąpić zarówno w Bundeslidze, jak i na czwartym poziomie rozgrywkowym, rok spędził też w Kazachstanie. 34-letniego napastnika zapytaliśmy między innymi o to dlaczego Bogusław Kaczmarek podczas powrotu ze sparingu wysiadł z autobusu i nigdy więcej nie pojawił się w klubie, jak Jagiellonia starała się za wszelką cenę wypchnąć go z klubu, gdy doznał kontuzji oraz jak znalazł się w Goczałkowicach. 

Kilka ostatnich lat pana kariery to przenosiny na Śląsk, nad morze i teraz ponownie na Śląsk. Gdzie czuje się pan lepiej i które miejsce uważa pan za bardziej swoje?

Pochodzę, może nie do końca ze Śląska, bo z Opolszczyzny, ale generalnie z południa Polski. Nad morzem co prawda się nie wychowywałem, nie mam tam rodziny, ale czuję się tam bardzo dobrze. Gdynię uważam za najpiękniejsze miasto w Polsce.

Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że miał pan sporo szczęścia do zagranicznych klubów i sporego pecha do polskich? Mam na myśli głównie Jagiellonię, ale też trochę Arkę.

Jeśli brać pod uwagę tylko Jagiellonię to tak, ale była też Korona Kielce, była Arka, w której zadebiutowałem, z którą zdobyłem Puchar Polski, dlatego jeśli chodzi o Arkę to kompletnie tego tak nie odbieram.

Wspomniałem Arkę, ponieważ z pana dotychczasowych wypowiedzi dało się wysnuć wniosek, że w zagranicznych klubach chcieli by pan został, a pan wolał wrócić do Polski, natomiast w Polsce, to pan chciał znaleźć stabilizację, a żaden klub nie był panu w stanie tego zapewnić. W ten sposób wyglądało to z Arką. Zdobył pan Puchar Polski, ale jednak nie udało się zakotwiczyć na dłużej. 

To prawda. Chciano żebym został na dłużej zarówno w Cottbus, w Jenie, jak i w Atyrau. Miałem propozycje przedłużenia kontraktu, ale ja chciałem wracać do Polski. Nie chciałem zostawać na dłużej w Niemczech, później w Kazachstanie, gdzie to również bardziej ja wyrażałem chęć odejścia. Nie były to może najbardziej przemyślane decyzje, bardziej kierowałem się sercem. Może to też wpłynęło na moją karierę, że nie potrafiłem usiedzieć w siodle, tylko zawsze zastanawiałem się nad tym gdzie teraz chciałbym trafić.

Jak to wyszło Jagiellonią? Mówił pan, że dostał indywidualny plan treningowy, musiał wywiązywać się z obowiązków, które raczej nie należą do typowych obowiązków piłkarza klubu Ekstraklasy. Ponadto wspomniał pan, że Jagiellonia nie zawsze działała zgodnie z kodeksem pracy.

W momencie doznania kontuzji, mając przed sobą operację i półroczną rehabilitację dostałem od Jagiellonii ofertę rozwiązania kontraktu. Jak miałem rozwiązać kontrakt, wiedząc, że nie będę przez najbliższe pół roku grał w piłkę i czy w ogóle po tym okresie znajdę jakiś klub? W tamtym momencie Jagiellonia zdecydowała się obniżyć moją pensję i właśnie wtedy powstał ten plan treningowy, który nie miał nic wspólnego z graniem w piłkę, a bardziej z bieganiem po lasach i zajęciami teoretycznymi. Musiałem się zastanowić czy chcę dochodzić swoich praw i się sądzić, czy złożyć jeden podpis i jechać gdzieś indziej szukać szansy na grę w piłkę. Podjąłem tę drugą decyzję i trafiłem do czwartej ligi niemieckiej. Straciłem sporo pieniędzy, ale wróciłem do gry w piłkę. Gdybym został w Jagielloni możliwe, że wygrałbym sprawę i odbiłoby się to dużo szerszym echem niż to miało miejsce.

Nie mogę też nie zapytać jak wyglądały pana relacje z Cezarym Kuleszą.

Rozmawialiśmy, ale prezes Kulesza na pewno mówił wtedy z pozycji siły. Przekaz był taki, że albo rozwiązuje kontrakt, idę walczyć i próbować grać w piłkę, albo będę gdzieś rzucany po lasach i będę się musiał sądzić o należne pieniądze. To była krótka piłka. Mogłem przez półotra roku walczyć w sądzie i przez dwa najbliższe lata nie grać w piłkę, albo rozwiązać kontrakt i próbować szczęścia w innym miejscu.

Dość dziwne rzeczy działy się także na początku pana pierwszej przygody z Arką Gdynia. Może pan powiedzieć nieco więcej o kulisach rozstania z Bogusławem Kaczmarkiem?

Do Arki ściągał mnie trener Robert Jończyk, asystent Wojciecha Stawowego, który wywalczył z klubem awans do Ekstraklasy. Arka chciała mnie jeszcze w pierwszej lidze, kiedy szkoleniowcem był trener Jończyk. Ja byłem jeszcze w Cottbus, więc do pierwszej ligi nie trafiłem, ale kiedy Arka zrobiła awans, to okazało się, że trener Jończyk nadal mnie widzi w Gdyni. Zacząłem treningi właśnie za trenera Jończyka, który jednak w tym czasie został zwolniony. Przyszedł Bogusław Kaczmarek, który był dosłownie na jednym sparingu. Ja wtedy nie miałem jeszcze podpisanego kontraktu i trener Kaczmarek chciał mnie zobaczyć. W trakcie powrotu z tego sparingu trener Kaczmarek wysiadł z autobusu i już nigdy do klubu nie wrócił. Także tyle, że rozmawiałem z nim po sparingu, ale później już go w klubie nie było i na obóz pojechaliśmy bez trenera. Dopiero później przyjechał do nas Czesław Michniewicz.

Dobrze się panu współpracowało z trenerem Michniewiczem? 

Ja byłem młody i swoje za uszami na pewno miałem. Trener Michniewicz był jakiś, ja w tamtym okresie też byłem jakiś. Były wzloty i upadki – jak to w życiu. Pojawiły się jakieś większe zawirowania z zawodnikami i ja też jakieś tam zatargi z trenerem miałem. Z drugiej strony jednak, Czesław Michniewicz dał mi pograć, więc nie było tak, że chciał mnie odpalić.

Przygoda w Energie Cottbus mogła potrwać dłużej? Żałuje pan powrotu do Polski?

Na pewno mogła potrwać dłużej, bo Energie chciało ze mną przedłużyć kontrakt i w końcu ten kontrakt przedłużyło, z tym, że zostałem wypożyczony. Po roku na wypożyczeniu wciąż pozostało mi dwa lata kontraktu i miałem możliwość powrotu. Oni spadli wtedy do drugiej ligi, a ja byłem nastawiony na to, że chcę wrócić do Polski i nie interesuje mnie wyjazd za granicę. Czy to była dobra decyzja czy zła? Nie mam pojęcia co byłoby gdybym tam został. Teraz myślę sobie, że na pewno mogło to potrwać dłużej, mogło się potoczyć inaczej, ale wiedziałem wtedy, że nie chcę zostać w Niemczech. Byłem tam sam, bez rodziny, więc chciałem wrócić do miejsca, w którym się lepiej czuję.

Ma pan po latach takie refleksje, że gdyby nie jakieś wydarzenie to pana kariera mogłaby potoczyć się inaczej? Że miał pan nieco większy potencjał?

Było parę takich momentów. Mogłem w ogóle nie wyjeżdżać z Polski, bo miałem wtedy oferty z Legii i z Wisły. Gdybym poszedł do Legii też nie wiem czy bym się przebił. Mamy przykład Roberta Lewandowskiego, który się w Warszawie nie przebił, później wyjechał i się przebił. Nie wiem jakby było gdybym został w Polsce. Na pewno późniejsza kontuzja kolana dużo zmieniła, bo w tamtym czasie interesował się mną klub z Anglii. Może by to doszło do skutku, może nie, ale ta kontuzja na pewno zadziałała na minus. To się za mną tak ciągnęło, bo trzeba było jeszcze coś poprawiać, przez co miałem rok pauzy. Miałem łącznie dwie operacje i na pewno to wszystko bardzo wpłynęło na moją karierę. Potrzebowałem się odkuć, tak żeby kluby nie myślały sobie, że nie zatrudnią mnie, bo zaraz coś mi się stanie. Rehabilitacja zabrała mi dwa i pół roku kariery, więc mogę powiedzieć, że to kolano to moja pięta achillesowa.

Jak znalazł się pan w Carl Zeiss Jena? Plan był taki, że przyjeżdża pan tam na chwilę, Petrik Sander daje panu okazję do odbudowy i wraca pan do walki o grę w ekstraklasie?

Carl Zeiss Jena to w tamtym okresie była czwarta liga niemiecka, ale sam klub jeszcze niedawno grał w drugiej. W Jenie mieli i dalej mają plany awansu do drugiej Bundesligi. Petrik Sander prowadził Energie Cottbus. Trafił do Carl Zeiss Jena bo to klub z tradycjami i wtedy wymyślił, że możemy sobie nawzajem pomóc. Ja będę się mógł odbudować, a on liczył, że dam mu jakość i będziemy pięli się wyżej. Wtedy miałem dość Polski po tych wszystkich problemach: z kontuzjami, z Jagiellonią, z sądami. W Polsce musiałem sam wszystko załatwiać, dochodzić swoich praw, sądzić się o te pieniądze, udowadniać, że byłem na minusie przez te wszystkie sytuacje. W Niemczech natomiast zawsze był porządek. Jeśli zawodnik miał kontuzję to normalnie przychodził do klubu i nie musiał tego wszystkiego załatwiać na własną rękę. W Jenie grałem na tyle dobrze, że dostałem propozycję powrotu do Ekstraklasy – do Korony Kielce i zdecydowałem się na to. Wtedy też graliśmy w czwartej lidze z Lipskiem i walczyliśmy z nimi o awans poziom wyżej, ale skończyło się na tym, że awansowali oni, więc miałem do wyboru grę w czwartej lidze niemieckiej albo w Ekstraklasie.

Czuje pan z perspektywy czasu, że okres pobytu w Koronie był jednym z najlepszych momentów w pana karierze? 

Tak, byłem tam ważnym zawodnikiem zespołu. Na początku przebijanie się do podstawowego składu trochę mi zajęło, bo jednak wciąż byłem zawodnikiem, który przychodził z czwartej ligi niemieckiej. Patrzyli więc na mnie trochę z dystansem. Był tam Maciek Korzym, Karol Angielski, Daniel Gołębiewski, więc trzeba było z nimi wszystkimi rywalizować o miejsce w składzie. Koniec końców Korona przedłużyła ze mną kontrakt i w drugim roku, za trenera Tarasiewicza, grałem prawie wszystko. Był to moment, w którym byłem ważnym zawodnikiem klubu Ekstraklasy i to dodawało mi takiej pewności, bo byłem na poziomie centralnym i udało mi się powrócić po kontuzji.

Kazachstan to inny świat? Chodzi mi i o względy piłkarskie i kulturowe?

Jeżeli chodzi o piłkę to sam poziom jest bardzo zbliżony do polskiej ekstraklasy. Różni się jednak bardzo jeśli chodzi o infrastrukturę i warunki życia. Tam mieszkaliśmy w bazie, w słabych warunkach bytowych. Coś kosztem czegoś. Piłkarsko jest bardzo podobnie. Również raczej koncentrują się na walce o piłkę, na przepychaniu. Nie jest to Hiszpania czy południowa Europa, ale przyjeżdżali tu też zawodnicy z Ukrainy czy właśnie z Europy. Wiele osób w Polsce dziwiło się, że Legia przegrała z Astaną, ale to jest naprawdę bardzo podobny poziom. Pieniądze były więc lepsze, ale same warunki życia dużo gorsze.

 Jaka była główna przyczyna tego, że nie zabawił pan w Kazachstanie na dłużej?

Oferta z Arki. Nigdy nie ukrywałem, że w tej drużynie czułem się dobrze, więc gdyby nie oferta z Arki to pewnie bym w Kazachstanie został. Miałem też ofertę z Irtyszu Pawłodar i miałem też zabukowane bilety, żeby lecieć do Turcji. Byłem jednak w kontakcie z Arką, która wtedy chciała sprowadzić do siebie Francuza, albo piłkarza z ligi francuskiej. On im się jednak wysypał i zdecydowali, że chcą mnie. W Kazachstanie miałbym większe pieniądze i dłuższy kontrakt, natomiast Arka zaproponowała mi umowę na pół roku. Z racji tego, że bardzo chciałem wrócić do Polski, w końcu znalazłem się w Gdyni.

A jak pan znalazł się w Goczałkowicach? Z Łukaszem Piszczkiem spotkał się pan w Gwarku Zabrze, to zaważyło?

Tak, Łukasz, jeszcze grając w Borussii, zadzwonił do mnie, czy nie byłbym zainteresowany przejściem do Goczałkowic, ale wtedy jeszcze nie byłem w pełni zdrowy. Temat ciągnął się od może dwóch lat. Wówczas to nie wyszło, a teraz do Goczałkowic wracał Łukasz i ponownie zadzwonił czy nie chciałbym do niego dołączyć. Wróciłem więc na południe i stąd moja obecność w Goczałkowicach.

W tym sezonie wchodzi w grę tylko awans do drugiej ligi?

My, jako zawodnicy, jesteśmy od tego, żeby wygrać każdy kolejny mecz. Takie też mamy cele. Czy klub będzie chciał awansować i grać już teraz na wyższym poziomie, tego szczerze mówiąc nie wiem. Wiadomo, że to się też wiąże z potrzebą większych zastrzyków gotówki i trudno, by finansowała to tylko jedna osoba. My o tym nie myślimy, mieliśmy ogólny cel żeby być w pierwszej trójce, a póki co przygotowujemy się do każdego kolejnego meczu. Jakie decyzje podejmie zarząd? Tego nie wiemy i oni też chyba dopiero będą na ten temat rozmawiać.

 

Rozmawiał: Mateusz Mazur

200PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO