Niezbyt szczęśliwe święta u Laporty. Nie wszystko poszło po myśli prezydenta Barcelony
23.12.2021

Joan Laporta ma o czym myśleć w czasie świąt. Jego powrót miał być dla Barcelony lekiem na całe zło. O problemach w tym klubie mówiło się od dawna. Zarządzanie w „Dumie Katalonii” pozostawało wiele do życzenia, a Barca popadała w coraz to większe długi. Sportowo od jakiegoś czasu również nie zachwycała. Drugie podejście Laporty do Blaugrany miało odmienić klub, jak podczas jego pierwszej kadencji. Hiszpan nie spodziewał jednak, iż od samego początku będzie musiał mierzyć się z aż tak wielkimi przeciwnościami losu.

„Nie mogę się doczekać, aż znów się zobaczymy”

Rok 2020 to czarna karta w historii Barcelony i to nie tylko z powodu pandemii, która uszczupliła przychody klubu. O błędach i słabym zarządzaniu Josepa Bartomeu mówiło się już wcześniej. Kompromitujące porażki na wszystkich frontach, pamiętne 2:8 z Bayernem w Lidze Mistrzów, utrata mistrzostwa na rzecz Realu Madryt oraz brak porozumienia z Messim, przelały czarę goryczy kibiców Blaugrany. Były już prezydent Barcelony uprzedził jednak socios, którzy szykowali dla niego wniosek o wotum nieufności. Pod koniec października Bartomeu sam podał się do dymisji.

Miesiąc później potwierdziły się plotki hiszpańskich mediów. W wyborach na prezydenta Barcelony oficjalnie wystartował Joan Laporta, który w latach 2003-2010 był już sternikiem katalońskiego klubu. Laporta z miejsca stał się faworytem do ponownego objęcia fotelu prezydenta, a kampanię rozpoczął od mocnego uderzenia, w swoim bezkompromisowym stylu. W połowie grudnia w Madrycie, w pobliżu stadionu Santiago Bernabeu, zawisł wielki baner wyborczy kandydata. Plakat przedstawiał wizerunek Laporty oraz wielki napis „Ganas de volver a veros”, czyli „Nie mogę się doczekać, aż znów się zobaczymy”.

Wielki powrót stał się faktem

Oficjalne wybory na nowego prezydenta FC Barcelony odbyły się dopiero 7 marca 2021. Głosami 58% wyborców Laporta wyprzedził konkurujących z nim Victora Fonta oraz Toniego Freixę i ponownie stał się włodarzem katalońskiego klubu. Kibice Barcy, pamiętając ostatnie sukcesy prezydentury 59-latka, przyjęli tę wiadomość raczej pozytywnie. Przed Laportą oczywiście stały duże wyzwania, ale w Katalonii widać było powrót nadziei na lepsze jutro. Fani wierzyli, że doświadczony prezydent będzie w stanie wyciągnąć ich ukochany klub z kryzysu. Jak się miało później okazać, do tego jeszcze długa droga…

Barca nie przeprasza za Superligę

W kwietniu, trochę ponad miesiąc po wygraniu przez Laportę wyborów, piłkarski świat obiegła sensacyjna informacja o utworzeniu tzw. Superligi – rozgrywek konkurencyjnych do europejskich turniejów prowadzonych przez UEFA. Klubów założycielskich było 12, z Barceloną i Realem Madryt na czele. Wielka krytyka projektu spowodowała jednak, iż 9 z nich wycofała się z pomysłu już następnego dnia. Nie zrobiły tego tylko trzy kluby: Barca, Real i Juventus. Prezydent Barcelony tłumaczył, że „Duma Katalonii” nie zamierza przepraszać za Superligę, płacić kar i wycofywać się z niej. Według sternika Blaugrany, klub ma prawo na organizację turnieju jakiego tylko chce, dbając w ten sposób o swoje interesy. Chodziło tutaj przede wszystkim o ratowanie klubowych finansów, które jak się później okazało – są w fatalnym stanie.

W kasie pustki. Adios Leo!

Przed powrotem Laporty do FC Barcelony wielu kibiców narzekało na sposób zarządzania wcześniejszego prezydenta. Josepowi Bartomeu zarzucało się rozrzutność i brak umiejętności negocjacyjnych, ale chyba nawet sam Laporta nie spodziewał się tego, co zastanie w klubowej kasie…

W Barcelonie mówi się, że 59-latek został ponownie wybrany prezydentem „Dumy Katalonii” głównie ze względu na Leo Messiego. Laporta w trakcie kampanii powoływał się na znajomość i dobre relacje z Argentyńczykiem. Obiecał, że najlepszy gracz w historii Blaugrany pozostanie w klubie. Wydawało się, iż wszystko jest na dobrej drodze, aby tak się stało. Kolejny raz przekonaliśmy się jednak, że „prawie” robi wielką różnicę.

Na początku sierpnia w Barcelonie wybuchła prawdziwa bomba. Leo Messi ostatecznie musiał opuścić Barcelonę, ze względu na jej problemy finansowe. Na specjalnej konferencji prasowej Laporta wyjaśniał, iż stan w jaki zastał klub jest jeszcze gorszy, niż tego oczekiwał. Winę zrzucił na swojego poprzednika, który przekroczył tzw. margines płacowy. – Kontrakt dla Leo jest niemożliwy, gdyż nie zmieściliśmy się w finansowym “fair play”. Nie chcę zastawiać praw klubu dla nikogo, nawet jeśli jest to najlepszy piłkarz na świecie. Barcelona jest jednak ponad wszystkim. Dziękujemy Leo za wszystko, zawsze będziemy mu wdzięczni – tłumaczył Laporta. Prezydent klubu stwierdził, iż Barcelona zadłużona jest na… 1,35 miliarda euro!

 

Nowe „El Tridente” – Depay, Braithwaite i Luuk de Jong…

Brak możliwości przedłużenia kontraktu z Leo Messim pokazał prawdziwą skalę długów Barcy. Kataloński klub przed startem sezonu walczył z kolejnymi problemami dotyczącymi zarejestrowania nowych graczy, m.in. Sergio Aguero i Memphisa Depaya. Laporta szukał oszczędności gdzie tylko mógł. Na obniżkę pensji zgodzili się Gerard Pique, Jordi Alba i Sergio Busquets, ale to nie wystarczyło. Ostatniego dnia okienka transferowego Barca musiała sprzedać Antoine’a Griezmanna, aby wciąż utrzymywać się na powierzchni. W jego miejsce, na ostatni dzwonek, Ronald Koeman zażyczył sobie Luuka de Jonga z Sevilli. W obliczu kontuzji Kuna Aguero i jego późniejszych problemów zdrowotnych (Argentyńczyk ostatecznie ogłosił zakończenie kariery) oraz wiecznych kontuzji Ousmana Dembele, Barca do sezonu przystępowała z nowym „El Tridente” – Depayem, Braithwaitem i Luukiem de Jongiem. Nie brzmi to jak atak marzeń.

Europo witaj nam – a właściwie: Ligo Europy

Problemy kadrowe i finansowe spowodowały, iż Barca musiała szukać wzmocnień w swojej akademii. La Masia „wyprodukowała” już nie jedną piłkarską gwiazdę i w Katalonii ponownie liczono na objawienie kolejnych talentów. Trzeba przyznać, iż Koeman odważnie stawiał na młodych zawodników – w sumie to nie miał wielkiego wyboru. „Dziesiątkę” po Messim przejął Ansu Fati, wielka nadzieja Barcy. Do tego można dodać chociażby Pedriego, Gaviego, Nico, czy Araujo. Ci zawodnicy to z pewnością przyszłość Barcelony, ale opierając grę na niedoświadczonej młodzieży ciężko od razu liczyć na sportowe sukcesy. Obecny sezon w wykonaniu Blaugrany nie należy do najlepszych. Barca słabo radziła sobie do tej pory w La Liga i w Lidze Mistrzów, za co Koeman ostatecznie zapłacił posadą. Pożar ma ugasić Xavi, legenda katalońskiego klubu, jednak były pomocnik Barcelony nie jest cudotwórcą. Katalończycy ostatecznie pożegnali się z rozgrywkami Champions League i na wiosnę zagrają tylko w Lidze Europy. Dla Laporty to kolejna zła wiadomość, gdyż Barcelonie uciekają miliony euro. Prawdziwą katastrofą byłby brak awansu do elitarnych rozgrywek klubowych w przyszłym roku. Sternik Barcy ma jednak pomysł i już szykuje wielkie transfery – tak przynajmniej twierdzą hiszpańskie media.

Ściągnę wam Ronaldinho – znaczy się Haalanda

Kilka dni temu madrycki AS poinformował, iż Joan Laporta chce sprowadzić do Katalonii snajpera Borussi Dortmund, Erlinga Haalanda. Norweg miałby być impulsem i największą gwiazdą w Barcelonie, jak niegdyś Ronaldinho podczas pierwszej kadencji prezydenta Blaugrany. Laporta ma nadzieję, że taki transfer pozwoliłby drużynie wyjść ze sportowego kryzysu, tak jak przybycie uśmiechniętego Brazylijczyka w 2003 roku. Ściągnięcie na Camp Nou 21-letniego napastnika będzie bardzo trudne, ale według hiszpańskich mediów jest na to cień nadziei. Barcelona ma ogromne problemy finansowe, ale mówi się, że Laporta znajdzie pieniądze na Norwega i przekona do tej operacji Mino Raiolę, który jest agentem zawodnika i… dobrym znajomym włodarza Barcelony. Czas pokaże, kto ostatecznie trafi w lecie do „Dumy Katalonii”. W 2003 roku prezydent Barcy obiecywał Beckhama, a kibice dostali Ronaldinho. Po czasie klubowi wyszło to oczywiście na dobre, ale to tylko pokazuje, jak to czasami bywa z tymi transferowymi obietnicami u Laporty.

Nowe Camp Nou

Końcówka roku przyniosła w Barcelonie jeszcze jeden bardzo ważny temat. 19 grudnia socios dali zielone światło na przebudowę Camp Nou. Inwestycja ma pochłonąć prawie 1,5 miliarda euro, a kolejne zadłużenie ma być spłacane przez 35 lat. W projekcie „Espai Barca” zawarto rozbudowę słynnego stadionu Barcelony (do ponad 100tys. widzów) i jego modernizacja, budowę nowej hali, stworzenie campusu, a także renowację Estadi Johan Cruyff, czyli stadionu treningowego. Prace mają ruszyć w 2022 roku i zakończyć się pod koniec roku 2025. – To historyczny dzień. Socios, którzy zagłosowali za przyjęciem projektu wyznaczyli nam kierunek na przyszłość. Będziemy działać efektywnie i bierzemy na siebie pełną odpowiedzialność za ten projekt – po ogłoszeniu wyników głosowania Laporta nie ukrywał swojej radości. Wreszcie jakiś pozytyw na koniec roku.

Widać światełko w tunelu?

Bez dwóch zdań Barcelona znajduje się w trudnym położeniu. Problemy finansowe są największą bolączką „Dumy Katalonii”, a słabe wyniki sportowe w ostatnim czasie nie pomagają w odbudowaniu dobrej atmosfery. Trzeba jednak przyznać, że w stolicy Katalonii coś drgnęło. Laporta, mimo błędów, które popełnił w tym roku, wciąż potrafi przekonać kibiców do swojej wizji. Ściągnięcie do klubu Xaviego wlało w serca fanów Blaugrany optymizm. Coraz lepiej radzą sobie także młodzi „canteranos”, którzy decydują już właściwie o losach poszczególnych meczów. Prezydent Barcelony snuje wielkie plany o odbudowie potęgi Barcelony. Mierzy wysoko i chce ściągać najlepszych graczy, z Erlingiem Haalandem na czele. Inwestycja „Espai Barca” także działa na wyobraźnię socios. Przed Barceloną zapewne jeszcze niejedna przeszkoda, ale przyszłość klubu nie musi być aż tak tragiczna, jak mogłoby się wydawać. Laporta to wizjoner, którego Barca potrzebuje. Z pewnością przybędzie mu jeszcze więcej siwych włosów, ale kto wie, być może przy odrobinie szczęścia uda mu się wyprowadzić klub na prostą. Kto, jak nie on?