Odrodzenie Dumy Lubelszczyzny – czy Górnik pasuje do Ekstraklasy?
04.01.2022

Jeszcze w listopadzie, a może nawet na początku grudnia, mało kto sądził, że Górnik Łęczna zimową przerwę spędzi ponad kreską. Seria zwycięstw w ostatnich trzech meczach pozwoliła ekipie Kamila Kieresia nie tylko wydostać się z dna tabeli, ale również uwierzyć, że Duma Lubelszczyzny może pasować do ekstraklasowego towarzystwa na dłużej.

Awans po awansie

Kiedy w lipcu 2019 roku Kamil Kiereś obejmował stanowisko trenera w wówczas drugoligowym Górniku Łęczna, wszyscy wiedzieli, że celem jest powrót na zaplecze Ekstraklasy. Jednocześnie nikt nie sądził, że trener dokona dwóch awansów z rzędu i już dwa lata później wyląduje w Ekstraklasie. Duma Lubelszczyzny rozegrała bardzo dobrą rundę jesienną w 1. Lidze, ale niemal wszyscy byli pewni co do jednego. Prędzej czy później Górnik nie wytrzyma tego tempa i odpadnie z czołówki. I były to głosy poparte argumentami. Przede wszystkim dlatego, że przecież mieliśmy do czynienia z być może najmocniejszą 1. Ligą od lat. ŁKS Łódź, Arka Gdynia, GKS Tychy, Miedź Legnica, Widzew Łódź, Korona Kielce – to tylko kilka zespołów, które musiały ostatecznie obejść się smakiem awansu.

Górnik rzeczywiście wiosną na chwilę “spuchł”. Od kwietnia do początku czerwca piłkarze z Lubelszczyzny zanotowali serię aż 9 meczów bez wygranej. Na koniec udało się obronić 6. miejsce w tabeli, mimo, że do ostatniej kolejki naciskała Miedź Legnica.

To był czas, w którym ze składu wypadło nam kilku ważnych zawodników. Wiedzieliśmy, że mamy szansę i szykowaliśmy swoją dyspozycję na końcówkę ligi i baraże – przyznał Kamil Kiereś w niedawnym wywiadzie na klubowego kanału na YouTube.

I wyszło na jego. W barażach zespół najpierw po dramatycznym meczu i serii rzutów karnych ograł GKS Tychy, a cztery dni później pojechał do Łodzi po awans wygrywając 1:0 z ŁKS-em.

Kalendarz nie pomagał

Finałowy mecz barażowy w Łodzi odbywał się dokładnie 20. czerwca, a więc wtedy, gdy… reprezentacja Polski rozgrywała swój drugi mecz na Mistrzostwach Europy przeciwko Hiszpanii. Wszystkie zespoły, które utrzymały się w Ekstraklasie w zasadzie rozpoczęły już przygotowania do nowych rozgrywek, tymczasem Górnik dopiero kończył sezon. Do pierwszego spotkania na szczeblu Ekstraklasy pozostawało raptem 34 dni, a przecież piłkarze potrzebowali chociaż na chwilę odpocząć.

Druga sprawa to budowanie kadry zespołu na nowy sezon. Nikt w Łęcznej nie chciał działać “na wariata” i pozyskiwać piłkarzy z pensjami na Ekstraklasę, kiedy zespół dopiero walczył, by do niej awansować. Ewentualny brak promocji do elity i utrzymywanie zawodników na wysokich kontraktach w 1. Lidze nie wchodziło w grę, wszak to pierwszy krok w kierunku ogromnych kłopotów dla całego klubu.

Po awansie niektórym piłkarzom kończyły się umowy. Na pierwszym treningu w nowym sezonie mieliśmy tylko 14 zawodników – wspominał Kiereś.

Veljko Nikitović, dyrektor sportowy Górnika nie miał łatwego zadania. Tak naprawdę przyszło mu budować drużynę w trakcie sezonu. Dość powiedzieć, że dopiero po sześciu kolejkach do zespołu dołączyli Alex Serrano, Jason Lokilo, Marcel Wędrychowski i Łukasz Szramowski. Nieco wcześniej udało się sięgnąć po Damiana Gąskę. Zresztą ci dwaj pierwsi tak naprawdę do beniaminka naszej ligi trafiali z tzw. “łapanki”. Zarówno Hiszpan, jak i Belg od lipca pozostawali bezrobotni i trudno było mieć nadzieję na to, że prędko pomogą Górnikowi, o ile w ogóle będą w stanie to zrobić. Z poziomu trudności całej sytuacji Nikitović doskonale zdawał sobie sprawę i obdarzył zaufaniem szkoleniowca publicznie deklarując: – Cokolwiek się nie stanie Kamil Kiereś będzie trenerem Górnika przez cały sezon.

Kluczowy listopad i grudzień

Sierpień i wrzesień były niezwykle wymagające dla Górnika Łęczna. Sama gra i wyniki powoli zaczęły poprawiać się w październiku. To właśnie na przełomie tego miesiąca oraz listopada piłkarze Kamila Kieresia wywalczyli trzy remisy przed własną publicznością kolejno z Piastem Gliwice, Rakowem Częstochowa oraz Lechem Poznań. Każdy z tych meczów był inny, ale zawsze pokazywał charakter zespołu. Z Piastem łęcznianie przegrywali, potem doprowadzili do remisu i gdyby nie Frantisek Plach pomiędzy słupkami bramki przeciwnika, to zgarnęliby trzy oczka. Przeciwko Rakowowi dopisało szczęście, kiedy Fran Tudor trafił w słupek z jedenastu metrów, ale przecież szczęściu trzeba pomóc. I wreszcie starcie z Lechem, któremu udało się wyrwać punkt w końcówce po główce Janusza Gola. Oczko z rozpędzonym liderem tabeli smakowało, jak zwycięstwo.

Przy tym wszystkim Górnik runda za rundą przechodził przez kolejne szczeble Pucharu Polski, chociaż nie bez problemów. Do wyeliminowania Miedzi Legnica potrzebne były rzuty karne, a w Polkowicach i Kielcach trzeba było odrabiać straty. Tymczasem w lidze, na trzy kolejki przed zimową przerwą, Górnik miał na koncie 9 punktów, i tyle samo pozostawało jeszcze do zdobycia.

Plan to komplet zwycięstw – mówił Maciej Gostomski, którego słowa zdawały się być jedynie życzeniowe. Odpowiednia postawa na boisku sprawiła jednak, że Górnicy swój plan wykonali. Do Białegostoku pojechali, jak po swoje i ograli 2:1 Jagiellonię zdobywając dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie. Wyjazd do Krakowa to pewny triumf nad Pasami 2:0. I na koniec domowy mecz z Zagłębiem Lubin, w którym kolejny raz udało się odrobić straty i pokonać Miedziowych 2:1.

Im dalej w las, tym wszystko w Łęcznej wyglądało lepiej. Nieocenione były trafienia Bartosza Śpiączki (9 goli), który wespół z Karolem Angielskim jest najskuteczniejszym Polakiem w lidze. Z czasem odpaliły transfery – jedni wcześniej, jak Marcel Wędrychowski oraz Damian Gąska; inni później, jak Jason Lokilo czy Alex Serrano. Udało się poukładać defensywę i egzamin zdała gra trójką stoperów, w tym z Bartoszem Rymaniakiem w centrum. To wszystko podsumował wynik, który ostatecznie jest taki, że Górnik Łęczna rzutem na taśmę wydostał się spod kreski i na wiosnę wcale nie musi być głównym kandydatem do spadku.

Czy Górnik pasuje do Ekstraklasy?

Końcówka rundy pokazała, że jak najbardziej tak. Po pierwsze można być przekonanym, że w klubie na stanowisku trenera pracuje fachowiec, który z dość przeciętną kadrą potrafi wykręcić bardzo dobry rezultat, ale potrzebuje czasu, bo nikt nie jest cudotwórcą. Po drugie – co też jest zasługą szkoleniowca – piłkarze Górnika mają charakter. Poddawanie się po kolejnych przegranych? Skądże. Zwieszone głowy po stracie bramek? Nie ma szans. Być może brzmi to wyświechtanie, ale ten zespół zawsze walczy do ostatniej minuty o czym świadczy liczba meczów, w których Górnik przegrywał, a ostatecznie kończył remisem lub wygraną. Takich przypadków było aż osiem! Najbardziej w pamięć zapadła chyba konfrontacja z września przeciwko Wiśle Płock, kiedy Nafciarze jeszcze do 69. minuty prowadzili 2:0, ale to Górnik koniec końców triumfował 3:2.

Oczywiście wiosną Górnik będzie musiał to wszystko jeszcze potwierdzić i szybciej zacząć punktować. Jednak pamiętajmy, że teraz przygotowania do rundy powinny być dla Kamila Kieresia i jego sztabu już znacznie dogodniejsze, niż te ostatnie. Wreszcie piłkarze mogli normalnie udać się na urlopy i we wtorek rozpocząć zajęcia. Sam start ligi w lutym będzie dla Górnika bardzo istotny. Duma Lubelszczyzny już w pierwszej wiosennej kolejce zagra z Wartą Poznań, która ma na swoim koncie o dwa punkty mniej i zajmuje pierwszą spadkową lokatę.