Mówisz: „Kuchy” – myślisz: „King”, media społecznościowe skutecznie wyryły to każdemu kibicowi w głowie. Nic więc dziwnego, że Pogoń transferem się chwali i dużo sobie obiecuje po powrocie do Ekstraklasy piłkarza, który aż 67 razy zagrał w europejskich pucharach. Taka umowa to jasny sygnał, że dla szczecinian celem w tym sezonie będą właśnie puchary.

Tydzień temu pisałem, że transferowe okienko powie nam niemal wszystko o planach poszczególnych drużyn na nadchodzący sezon i już jego początek wskazuje jasno, kto będzie się w lidze liczył, a kto liczy tylko na to, że spadek go nie dotknie. Pogoń Szczecin sprowadzając dyskretnie (że to w ogóle możliwe w dzisiejszych czasach?!) Michała Kucharczyka pokazała, że chciałaby wreszcie mieć szansę na poprawę wyjątkowo mizernego pucharowego dorobku. Pod flagą UEFA, tak doskonale znaną Kucharczykowi, grali wszak szczecinianie mniej razy od swojego nowego piłkarza i to nawet, gdy doliczymy 54 mecze w Pucharze Intertoto. W poważnych rozgrywkach zagrali 6 meczów, nie wygrywając ani razu, więc wspaniałe byłoby to zmienić na rosnącym w błyskawicznym tempie nowym obiekcie. Czy jest to możliwe? Patrząc na takie transfery, jak ten Kucharczyka i co najmniej solidnego Alexandra Gorgona, trudno w to nie uwierzyć. Tym bardziej, że nadchodząca runda może być rundą – jestem o tym przekonany, możecie mi wytknąć tę tezę już za kilka miesięcy – Pawła Cibickiego, który na razie pokazał niewiele ze swojego ogromnego potencjału. Tak, kibice Pogoni mają powody do optymizmu.

Lato i czas przed pierwszymi meczami to jednak moment, gdy takie powody mają – lub przynajmniej starają się je odnaleźć – niemal wszyscy fani pod każdą szerokością geograficzną. Jeśli gracie w Fantasy (polecam, fenomenalna rozrywka i sposób na przeżywanie ligi z dodatkowymi emocjami oraz jeszcze większe nią zainteresowanie), znacie to doskonale – budujecie skład, który na ekranie komputera wygląda pod każdym względem doskonale, czekacie niecierpliwie na początek sezonu, a już po kilkunastu minutach pierwszego meczu wyrzucacie sobie popełnienie elementarnych błędów. W kilku klubach będzie podobnie, kibice komentujący dziś euforycznie transfery zaczną wieszać psy na zarządzie i dyrektorach sportowych już w piątek za dwa tygodnie. Ale na razie w wielu drużynach jest dobrze. I mam wrażenie, że może tak pozostać, bo takiego okienka, jak to obecne nie pamiętam.

O powrocie Króla Artura do Warszawy napisano już wszystko (także na futbolews.pl, polecam felietony moich kolegów), dlatego skupiam się na powrocie z Rosji Kuchego. W Premier Lidze strzelił ledwie jednego gola dla Uralu, Wschodu nie podbił, ale na zachodzie Polski ma szansę spiąć klamrą bogatą ekstraklasową karierę. Tym bardziej, że w Jekaterynburgu wcale nie oceniają go tak źle, jak kibice patrzący tylko na liczby. Gdyby nie kontuzje, mógł tam sobie poradzić.

Oprócz Pogoni, której jednak potrzeba także wzmocnień w defensywie, rozsądnie budowana jest Cracovia (Michał Probierz na pewno zapowie, że walczy o mistrzostwo Polski – tak jak 15 pozostałych drużyn), pucharowe aspiracje Śląska potwierdza transfer Waldemara Soboty, ale ja z ciekawością patrzę na Gliwice. Tam właśnie konsekwentnie, rok po roku i krok po kroku na królewskie miejsce w ligowej hierarchii wraca Waldemar Fornalik. Javier Ajenjo Hyjek naprawdę ma papiery, by pociągnąć zespół byłego mistrza Polski, ale wierzę też, że pod okiem Waldka Kinga wrócą na wysoki ekstraklasowy poziom Patryk Lipski (kolejna śmiałą teza, prawda?) i Michał Żyro, świetnie grający wiosną w Mielcu. Osoba takiego trenera może przekonywać piłkarzy bardziej niż widok oświetlonego masztu antenowego gliwickiej radiostacji – odpowiednio sfotografowany wygląda trochę jak Wieża Eiffla, co paru piłkarzy zresztą w żartach wykorzystywało. Chcesz się odbudować i solidnie popracować, to wybierasz Fornalika, sprawa jest prosta.

W Polsce emocji transferowych nie brakuje, ale wielkich rzeczy dokonał też w tym okienku polski napastnik związany z Gliwicami parę lat temu. Kamil Wilczek zaszokował Danię wracając do Kopenhagi – tyle że nie do Brøndby, którego jest najlepszym strzelcem w ligowej historii, ale do lokalnego wroga. Dla kibiców historycznego rywala Widzewa był królem, teraz mogą go znienawidzić, ale były król strzelców Ekstraklasy pisze odważnie swoją historię na północy Europy. Legendarny Peter Møller (strzelił nawet gola łodzianom w przegranej walce o Ligę Mistrzów) poradził sobie w obu klubach w stolicy Danii, trzeba więc wierzyć, że Polak też będzie potrafił. Polak bardzo zresztą u nas niedoceniany – mało kto pamięta jego 4 gole strzelone GKS-owi Bełchatów w jednym meczu, większość wytknie raczej nieudane epizody w kadrze Adama Nawałki. A doceniać Wilczka warto, bo liczby w Danii ma wręcz kosmiczne (92 gole w 163 meczach), podobnie jak prognozowane przez duńskich dziennikarzy zarobki po powrocie z Turcji.

Wilczek to przedostatni polski król strzelców Ekstraklasy, ten ostatni też wraca do większej piłki. Marcin Robak sam ciężkiego widzewskiego wozu nie uciągnął, ale dał z siebie wystarczająco, by jego ukochany klub nie stracił szans na awans do I ligi i by wszyscy uwierzyli, że wiek piłkarza (ha, miało nic nie być o Arturze Borucu!) wcale nie musi być poważnym ograniczeniem. Zbliżający się do trzydziestki Michał Kucharczyk też tak zapewne uważa, podobnie jak 33-letni Waldemar Sobota i szefowie klubów zapewniający im godne umowy. Nie narzekajmy więc na ich wiek, cieszmy się, że wrócili. Królowie wszak rzadko bywają młodzi.

Żelisław Żyżyński, dziennikarz Canal+

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO