Lubomir Guldan: W Zagłębiu grałem długo, ale nie czuję się legendą

Lubomir Guldan na początku roku zaskoczył zarówno swoich kolegów z drużyny, jak i kibiców Zagłębia Lubin. Kapitan “Miedziowych” zakończył karierę piłkarską i podjął pracę w klubie w roli dyrektora sportowego. Przez prawie osiem lat występów w ekstraklasie Słowak stronił od mediów, aczkolwiek po objęciu nowej funkcji trochę zmieniło się jego podejście.

Nowy dyrektor sportowy Zagłębia w rozmowie dla “FutbolNews.pl” opowiedział o swoich piłkarskich losach – grze w Lidze Mistrzów przeciwko Chelsea w barwach Żiliny, trudnych warunkach treningowych w Bułgarii oraz spadku z ekstraklasy w barwach “Miedziowych”. Wyznał również, dlaczego przez lata w Polsce nie rozmawiał z mediami oraz opowiedział o kulisach podjęcia swojej ostatniej decyzji. Lubomir Guldan zdradził także, których piłkarzy chciałby zobaczyć w Zagłębiu i do jakich wzmocnień zespołu dojdzie w najbliższym czasie. (Rozmowa z 13.01.2021)

***

W tym sezonie wciąż pan grał regularnie, a jednak podjął pan decyzję o zakończeniu kariery. Głównym powodem było nowe wyzwanie – objęcie funkcji dyrektora sportowego czy decyzja była od tego niezależna?

Rozmowy na ten temat trwały już dłużej i miałem to wszystko z tyłu głowy. Zastanawiałem się, czy podjąć się nowej roli teraz czy latem. Doszedłem jednak do wniosku, że nie jestem już najmłodszy i nie gram już tak, jak mógłbym sobie wyobrazić. Dlatego podjąłem decyzję, że teraz jest dobry moment na zakończenie kariery i podjęcie nowego wyzwania.

W rundzie jesiennej wciąż pan występował regularnie, więc mogło się wydawać, że wciąż ma pan energię i zdrowie do gry.

Jak wyglądało to na boisku to jedno, ale inna sprawa – jak się czułem w środku tygodnia. Mój wiek dał o sobie poznać po długiej przerwie ze względu na covid w zespole, gdy w ciągu szesnastu dni rozegraliśmy pięć meczów, z czego jeden w Pucharze Polski, który trwał 120 minut. Nie ukrywam, że bardzo odczułem już tempo tych spotkań.

Zagłębie miało jedną z najdłuższych przerw spośród wszystkich zespołów. Słyszałem też od piłkarzy z innych drużyn, że potem trudno im było wrócić do gry na najwyższych obrotach.

Można powiedzieć, że przytrafiło się nam to w najgorszym możliwym momencie. Po przerwie graliśmy z beniaminkami i liczyliśmy na więcej punktów w tych meczach, a się nie udało. Po covidzie wyglądaliśmy jak zupełnie inna drużyna i było nam trudno wrócić, nawet na pierwszy trening. Było widać i czuć, że to nie jest to, czego można się po nas spodziewać.

Koniec końców, strata Zagłębia do czołowych miejsc na zakończenie roku nie była tak duża. Zresztą domyślam się, że zwycięstwo ze Śląskiem też mogło dodać trochę motywacji drużynie na to, co będzie po przerwie zimowej?

Zawsze derbowe mecze są specyficzne. Żałujemy tylko, że po tym spotkaniu nie mogliśmy się cieszyć ze zwycięstwa wraz z kibicami. Po strzelonym golu w doliczonym czasie radość na trybunach na pewno byłaby duża. Myślę, że zarówno dla nas zawodników, jak i dla kibiców byłoby to coś pięknego.

Wróćmy do objęcia przez pana funkcji dyrektora sportowego. Wspomniał pan o tym, że ta decyzja wymagała zastanowienia. Kiedy się pojawił ten temat?

Pierwsze sygnały z otoczenia, że może to czas, aby pójść w tym kierunku, pojawiły się pod koniec 2019 roku i od tamtej pory miałem to z tyłu głowy. Nie chciałem jednak kończyć kariery już po rundzie jesiennej rok temu, gdyż nie był to odpowiedni moment dla zespołu. Martin Sevela miał za sobą dopiero pierwsze miesiące w Zagłębiu, a ja – jako kapitan zespołu – chciałem mu pomóc w jego początkach. W końcu obaj jesteśmy Słowakami, dlatego chciałem żeby było mu trochę raźniej.

Jeszcze przed rozmowami spodziewał się pan przyszłej pracy w tej roli czy może rozważał pan po zakończeniu kariery pójść w innym kierunku – na przykład w stronę pracy trenerskiej?

Minęło dwadzieścia lat od kiedy podpisałem swój pierwszy profesjonalny kontrakt. Grałem długo, spotykałem różnych ludzi – mam kolegów z różnych państw. Część z nich pracuje teraz właśnie w roli dyrektorów w klubach. Chciałem wykorzystać swoje kontakty.

A w trenerce jakoś siebie nie widzę. Rok temu pojawił się nawet temat z Łudogorca, gdzie grałem przed Zagłębiem. Zarówno właściciel, jak i pierwszy trener chcieli, żebym został asystentem przy zespole. Musiałem jednak odmówić – w tej chwili nie widzę siebie w tej roli.

Dlaczego? Na boisku zawsze pan słynął z charakteru, a mentalność w prowadzeniu zespołu jest ważna.

Nigdy nie mów nigdy, ale na razie mnie do tego nie ciągnie. Na razie nie wyrabiałem papierów trenerskich. Może za rok czy dwa się to zmieni – niczego nie wykluczam.

Jak koledzy z zespołu zareagowali na pana decyzję o zakończeniu kariery i związaniu się z Zagłębiem w innej roli?

Była to ściśle strzeżona tajemnica, nikomu o niej nie mówiłem. Dlatego dla kolegów z zespołu na pewno to był szok.

***

Spędził pan w Zagłębiu siedem i pół roku, co szczególnie jak na obcokrajowca grającego w Polsce jest dobrym wynikiem. Można powiedzieć, że został pan legendą Zagłębia?

Nie czuję się jak legenda – zawsze chciałem na boisku dawać z siebie wszystko, wygrywać. Myślę, że Zagłębie ma już swoje legendy. Grałem tu przez długi czas, ale nie mogę stwierdzić, że jestem jedną z nich.

Powiedzmy sobie szczerze, początki nie były zbyt udane – Zagłębie wtedy dość sensacyjnie spadło z ekstraklasy. Zresztą pan we wcześniejszych sezonach zdobywał mistrzostwa Bułgarii i Słowacji, a tutaj nagle przyszedł spadek. Jak pan to odczuł?

Szczerze powiem, że było mi z tym trudno i to był dla mnie najgorszy czas w Zagłębiu. Sezon wcześniej zdobyłem mistrzostwo Bułgarii, zadebiutowałem w reprezentacji Słowacji, a rok później spadłem z ligi. Wtedy nam wszystkim nie było łatwo, ale potrafiliśmy się zgrać. Zbudować kolektyw, który potem wrócił do ekstraklasy i zajął w niej trzecie miejsce.

Po spadku z Zagłębia miał pan oferty z innych klubów?

Pojawiły się dwie-trzy propozycje. Doszliśmy jednak wtedy do wniosku – wraz z Michalem Papadopulosem, Djordje Cotrą i Borisem Godalem, że chcemy zostać i pomóc Zagłębiu w szybkim powrocie do najwyższej ligi. Zresztą czułem się winny tej sytuacji, dlatego odejście nie wchodziło wtedy w grę. Uznałem, że najwyżej podejmę decyzję już po sezonie, ale na razie byłem zobligowany do tego, żeby pomóc kolegom w awansie.

Z mojej perspektywy zespół po spadku, ale także po ponownym awansie wyglądał nieco lepiej mentalnie. Zresztą rzadko jesteśmy świadkami sytuacji, gdy beniaminek ekstraklasy kończy sezon na podium. Co było przyczyną tego dość szybkiego postępu?

Myślę, że temu trzeciemu miejscu ten spadek, wbrew pozorom, bardzo pomógł. Wtedy do pierwszego zespołu dołączyło kilku chłopaków z akademii – Krzysztof Piątek, Jarek Jach i Jarek Kubicki. Gdyby nie spadek, raczej nie dostaliby tej szansy. Razem z Maćkiem Dąbrowskim, Aleksandrem Todorovskim dobrze się z nimi dopełnialiśmy. Przez rok w pierwszej lidze nie tylko wywalczyliśmy awans, ale przede wszystkim drużyna się rozwijała i budowała.

Jaka była w tym rola trenera Stokowca?

Trener stworzył w Zagłębiu fajny kolektyw. Wytworzyła się w zespole fajna atmosfera, trzymaliśmy się razem. To był naprawdę piękny czas.

Po trzecim miejscu przyszły eliminacje do Ligi Europy, w których zresztą zdobył pan dwie bramki. Zagłębie wtedy wyeliminowało Sławię Sofia i Partizana Belgrad – co było szczególnie dobrym wynikiem. 

Można powiedzieć, że to był mój najpiękniejszy mecz w Zagłębiu. Na to spotkanie przyszło dużo kibiców, którzy cieszyli się potem długo z nami po zwycięstwie w rzutach karnych. Wydawało się, że doda nam to pewności siebie i będziemy w stanie wyeliminować SonderjyskE. Niestety nam to nie wyszło.

Z perspektywy czasu uważa pan, że można było wygrać z Duńczykami?

Uważam, że byliśmy lepsi, ale przespaliśmy pierwsze dwadzieścia minut meczu u siebie. Straciliśmy dwie bramki, a potem jeszcze nie wykorzystaliśmy rzutu karnego. Myślę, że gdyby nie to – na pewno awansowalibyśmy do kolejnej rundy.

To właśnie po tamtym sezonie został pan kapitanem zespołu na stałe, chociaż już wcześniej zdarzało się panu w Zagłębiu grać z opaską na ramieniu.

Już po spadku proponowano mi opaskę kapitana, ale odmówiłem – do tamtej pory nie zależało mi na tym. Nie musiałem mieć opaski, żeby coś powiedzieć drużynie albo pomóc, gdy wymagała tego sytuacja. Oczywiście, to był zaszczyt grać z opaską w Zagłębiu. Wciąż jednak byłem tym samym piłkarzem, co bez niej.

Bartłomiej Pawłowski w rozmowie dla “Łączy nas piłka” przyznał, że w “trudnych momentach zawsze był pan w stanie podnieść zespół”. Jakieś takie chwile szczególnie pan zapamiętał, już w późniejszym czasie?

Poza spadkiem z ligi, nie mieliśmy wewnątrz zespołu żadnych trudnych momentów.

Nawet w czasie, gdy Zagłębie odpadło z Pucharu Polski z Huraganem Morąg albo po trudnym początku sezonu pod wodzą Bena van Daela?

Byliśmy wciąż świadomi naszej jakości. Czasami brakowało szczęścia, ale umiejętności i ambicji od czasu spadku już nigdy nam nie zabrakło. Po prostu nie zawsze to miało odzwierciedlenie w tabeli ekstraklasy.

Jaki wpływ na drużynę miał Martin Sevela?

Po tej zmianie w zespole pojawiła się nowa motywacja. Nowy trener sprawił, że nawet ci, którzy do tamtej pory nie grali, zaczęli się bardziej angażować. Zrozumieli, że też mogą dostać swoją szansę. Myślę, że dzięki temu powoli zaczęło się to wszystko układać.

Fakt, że Zagłębie pod wodzą trenera Seveli grało pierwszy mecz ze Śląskiem mógł mieć na to wpływ?

Padło wtedy osiem bramek i dla kibiców był to szalony, a zarazem piękny mecz. Ale myślę, że pomógłby bardziej, gdybyśmy wtedy wygrali.

Podsumowując te osiem lat w Zagłębiu – co najbardziej zmieniło się w klubie na przestrzeni tych siedmiu i pół lat?

Gdy przychodziłem do klubu, jego filozofia była zdecydowanie inna – głównie sprowadzano nowych, ale doświadczonych piłkarzy z innych polskich i zagranicznych klubów. A teraz bardziej patrzymy na akademię, dajemy więcej szans wychowankom, staramy się ich wprowadzać do pierwszej drużyny. Kiedyś tego nie było.

A propos Akademii Zagłębia, w rozmowie dla klubowych mediów po objęciu funkcji dyrektora sportowego przyznał pan, że akademia jest dla pana ważna. Jak będzie w najbliższym czasie wyglądać ta współpraca?

Będzie mi zależało na tym, żeby regularnie obserwować treningi i mecze naszych zespołów młodzieżowych i rezerw. Chciałbym, żeby pierwszy zespół mógł korzystać jak najczęściej z naszych wychowanków i jako dyrektor sportowy, będę ich uwzględniać w swoich planach dotyczących pierwszej drużyny. Wierzę w naszą młodzież i uważam, że powinna mieć możliwość awansu do dorosłego zespołu na stałe. Zresztą chciałbym być teraz takim łącznikiem – między zarządem, pierwszą drużyną i akademią.

Można powiedzieć, że dobry kontakt z zespołem ułatwi panu zadanie. Zresztą wspomniał pan o młodzieżowcach – z częścią z nich również miał pan okazję trenować jako piłkarz, dlatego zna ich pan lepiej niż osoba z zewnątrz, która objęłaby funkcję dyrektora sportowego.

Chciałbym wciąż im pomagać i wspierać ich, żeby dostali swoje szanse. Przez te siedem i pół roku zobaczyłem, jak rozpoczynają swoją karierę Krzysztof Piątek, Filip Jagiełło, Jarek Jach, Jarek Kubicki, Bartosz Slisz, Bartek Białek, Łukasz Poręba i inni. Zależy mi na tym, żeby nasi młodzi piłkarze tak jak oni, mieli okazję do wykorzystania swojej szansy w Zagłębiu.

Teraz na zgrupowaniu w Turcji przebywa kilku młodych chłopaków z zespołu rezerw i juniorów. Chcemy ich zobaczyć w sparingach, zobaczyć czy już teraz mogą powalczyć o pierwszy skład. W końcu po moim odejściu jedno miejsce się zwolniło (śmiech).

Miał pan już pożegnanie od kolegów z zespołu czy na razie są tylko plany?

Po powrocie z Turcji coś zorganizuję dla chłopaków. Ale będzie raczej skromnie (śmiech).

***

Kończy pan karierę piłkarską w wieku 37 lat, co jest dość dobrym wynikiem dla piłkarza, patrząc że wciąż pan grał regularnie. Gdy jednak pan spojrzy na te wszystkie lata gry, czuje się pan spełniony?

Gdy zaczynałem grać, miałem marzenie, żeby cieszyć się z tego co robię i móc się w ten sposób utrzymać. Po tym, jak mój pierwszy krok się spełnił, chciałem zagrać w pucharach i udało się – wystąpiłem z Żiliną w Lidze Mistrzów. Potem pragnąłem zagrać w słowackiej kadrze – też się spełniło. Potem grałem w zagranicznych klubach. Może mogłoby być lepiej, ale jestem zadowolony z tych wszystkich lat.

Zdobyłem mistrzostwo z Żiliną i Łudogorcem, puchar Słowacji i Bułgarii, strzeliłem gola w reprezentacji. Szkoda mi tylko spadku z Zagłębiem.

Chciałbym właśnie zapytać o pana występy, zanim pan trafił do Zagłębia. Wspomniał pan o grze z Żiliną w Lidze Mistrzów – wtedy zespół przegrał wszystkie mecze, ale chyba sam awans był traktowany jako duży sukces?

Nasz mały klub awansował do Ligi Mistrzów – to była dla nas niezwykła sytuacja. W ostatniej rundzie eliminacji wyeliminowaliśmy wtedy Spartę Praga – klub z trzy razy większym budżetem. Ale to my byliśmy trzy razy bardziej zmotywowani i znaleźliśmy się wśród najlepszych.

Jak pan wspomina występy przeciwko Chelsea, Spartakowi i Olympique Marsylia?

To było coś cudownego. Móc wyjść na boisko przy pełnych trybunach i usłyszeć hymn Ligi Mistrzów – życzę tego każdemu piłkarzowi. Nie ma porównywalnego uczucia – kto grał, wie o czym mówię. Tym bardziej, że naprzeciwko nas stali piłkarze, których wcześniej mogliśmy co najwyżej oglądać w telewizji.

Zapytam teraz o ligę słowacką, która jest na dość podobnym poziomie do polskiej, co pokazują europejskie rankingi. Jakie według pana są różnice i która jest lepsza?

Kluby ligi słowackiej bardziej stawiają na młodych zawodników, ale głównie po to, żeby ich sprzedać. Większość z nich należy do prywatnych właścicieli, od których wszystko zależy. Nie ma tam dużych pieniędzy z praw telewizyjnych, co również trochę ogranicza możliwości finansowe.

Przekonała się o tym choćby Żilina, która w ubiegłym roku była bliska całkowitego upadku. 

Właściciel Żiliny ma własną fabrykę, a pieniądze z niej inwestuje w piłkę. Priorytetem dla niego było utrzymać fabrykę i jej pracowników. Gdy pojawił się Covid – musiał coś zrobić, podjąć jakieś decyzje i postanowił zaoszczędzić na klubie. Wyszło jednak na to, że Żilina nie upadła i wciąż się liczy w lidze słowackiej.

I grają w niej dwaj Polacy – Jakub Kiwior i Dawid Kurminowski.

W tej chwili są już gwiazdami słowackiej ligi. Chętnie zobaczyłbym tę dwójkę w Zagłębiu (śmiech).

Czyli najbliższe plany transferowe Zagłębia ujawnione! (śmiech)

Tak całkiem poważnie to myślę, że niestety w tej chwili trudno byłoby nam ich pozyskać.

Chciałbym zapytać też o kolejny klub w pana karierze, czyli Łudogorec. Trafił pan do tego zespołu, kiedy dopiero się rozwijał i awansował do najwyższej ligi. Co sprawiło, że tak szybko stał się potentatem ligi bułgarskiej?

Właściciel jest jednym z najbogatszych Bułgarów – posiada dużą firmę farmaceutyczną w Razgradzie i chciał coś zrobić dla ludzi w tym regionie. Łudogorec występował wtedy w trzeciej lidze, a potem w dwa lata awansował do ekstraklasy. Można stwierdzić, że właściciel był piłkarskim freakiem – po awansie od razu pozyskał pięciu-sześciu reprezentantów Bułgarii, z których dwóch występowało za granicą, a także trzech jakościowych Brazylijczyków. Nie polegało to jednak tylko na wydaniu pieniędzy – ruchy były przemyślane i miały wpływ na zespół i rozwój klubu w kolejnych latach.

Ale pewnie nie było idealnie pod wszystkimi względami? Wiem o tym, że Łudogorec w pucharach nie mógł grać u siebie ze względu na brak infrastruktury.

Dopiero potem wybudowano tam stadion i centrum treningowe. Pamiętam, że przez pierwsze miesiące trenowaliśmy na jakichś polach, czasami rezerwowaliśmy sobie okoliczne obiekty na treningi. Poza tym Razgrad to małe miasto – nie było nawet gdzie wyjść na kawę. I zainteresowanie sportem też do tamtej pory było tam niewielkie. Od samego początku też byliśmy bardzo zgrani. Jak wspomniałem, nie mieliśmy za bardzo gdzie się spotykać, ale spędzaliśmy dużo czasu razem – przychodziliśmy długo przed treningami, zostawaliśmy po nich.

Z czasem jednak coś tam udało się wybudować. Rok czy dwa później to, co było na początku wydawało nam się wręcz niewyobrażalne. Potem już jednak nic nam nie brakowało – pozostało nam tylko grać i robić jak najlepsze wyniki. Oczywiście, właściciel też nam dawał do zrozumienia, że ma co do nas duże wymagania. Najważniejsze było jednak, że wszyscy mieliśmy do siebie szacunek.

Myślę, że były to moje dwa najbardziej udane lata w całej piłkarskiej karierze. Zresztą dzięki Łudogorcowi trafiłem do reprezentacji. Wciąż mam kontakt z kolegami z tamtego zespołu, zresztą nauczyłem się tam języka bułgarskiego.

A jakby pan porównał ligę polską do bułgarskiej – która jest silniejsza?

W Bułgarii jest tylko Łudogorec, który od lat wygrywa prawie wszystko. Oczywiście CSKA Sofia i Lewski się starają, raz na jakiś czas potrafią coś osiągnąć, ale nie są w stanie dogonić Łudogorca. A drużyny z niższych miejsc są już zdecydowanie słabsze. Polska liga jest bardziej wyrównana i zespoły mają większą jakość – dlatego jest lepsza.

To jednak Łudogorec gra niemal regularnie w europejskich pucharach, nie polskie drużyny.

To bardzo dobrze zbudowany klub, który może sobie pozwolić na to, żeby ściągać dobrych obcokrajowców.

Między innymi Jakuba Świerczoka, z którym grał pan w Zagłębiu.

To dowód na to, że kogo chcą, to ściągną.

Wspomniał pan wcześniej, że podczas gry w Łudogorcu trafił pan do reprezentacji. Z tego, co widziałem, zdobył pan bramkę w debiucie.

Tak naprawdę to był już mój drugi mecz w kadrze, wcześniej wystąpiłem w jednym nieoficjalnym spotkaniu, gdzie zagrałem dwadzieścia minut. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłem z tego gola! Dla każdego piłkarza sam debiut w kadrze jest marzeniem, a co dopiero zdobycie bramki w barwach narodowych.

***

W czasie piłkarskiej kariery rzadko pan rozmawiał z mediami. Przygotowując się do rozmowy z panem, trudno były znaleźć dłuższe wywiady z panem poza rozmowami dla klubowych mediów. Dlaczego unikał pan mediów?

Nigdy nie szukałem jakiegoś kontaktu z nimi. Zawsze chciałem, żeby kibice zapamiętali mnie przede wszystkim z boiska, a nie z mediów czy jakichś wypowiedzi.

Niektórzy piłkarze rzadko pojawiają się w mediach, bo twierdzą, że mogliby powiedzieć za dużo. Jak jest w pana przypadku?

Myślę, że po dwudziestu latach w piłce nauczyłem się obycia i wiem jak funkcjonować w tym środowisku. Dlatego myślę, że raczej nie powiedziałbym nic, co mogłoby zaszkodzić mi albo komuś innemu. Po prostu to, co się działo na boisku było dla mnie najważniejsze.

Jako dyrektor sportowy będzie pan teraz musiał czasami zabierać głos.

Teraz tak, to prawda.

Dlatego teraz przejdźmy do tego, co czeka Zagłębie w najbliższym czasie. Na jakich pozycjach wkrótce dojdzie do wzmocnień?

Na pewno podejmiemy kroki w celu wzmocnienia środka obrony, ponieważ zakończyłem karierę, a Lorenco Simić jest teraz kontuzjowany. Spędzamy jednak teraz dwa tygodnie w Turcji – młodzi chłopcy dostanę szansę – niech się pokażą, powalczą o miejsce w składzie. Nie będę jednak ukrywać, że ktoś nowy na tej pozycji mógłby się nam przydać.

A wśród napastników można się spodziewać zmian? Rok Sirk i Samuel Mraz w tym sezonie zdobyli łącznie tylko cztery bramki, co raczej nikogo nie zadowala.

Nie będę ukrywać, brakuje nam goli ze strony napastników i rozglądamy się za wzmocnieniami na tej pozycji. W tym oknie nie będzie nam łatwo pozyskać wartościowego napastnika. Zobaczymy też, jak potoczą się nasze kolejne mecze podczas obozu. Liczę tutaj na Samuela Mraza, który walczy o wyjazd na Euro z reprezentacją Słowacji.

W którym kierunku pan pójdzie, szukając wzmocnień składu – Polska czy zagraniczne ligi, jak choćby słowacka, która jest panu bliska?

Przede wszystkim chciałbym, że otrzymali szansę piłkarze naszej akademii. Jeśli jednak uznamy, że młodzi potrzebują jeszcze trochę czasu, będziemy się starać o jakościowych zawodników. Chcemy mieć skutecznego napastnika, który będzie zdobywać dla nas punkty. Skąd? Na razie bierzemy pod uwagę różne opcje.

Czy aktualnie Zagłębie stać na duże transfery – oczywiście jak na polskie realia?

W tym kierunku raczej nie chcemy iść. Nie zawsze wielki transfer okazuje się lepszy niż ten przeprowadzony niższym kosztem. Oczywiście, każdy kibic chciałby dużych transferów, ale nie zawsze one gwarantują jakość. Nie zawsze też piłkarze od razu potrafią się wpasować w zespół. Jeśli będziemy chcieli wydać duże pieniądze, musimy być w stu procentach pewni nie tylko, że będzie grał regularnie, ale że będzie liderem tego zespołu.

Chciałbym teraz zadać kilka pytań o piłkarzy, którzy obecnie występują w Zagłębiu. Co z przyszłością Dejana Drazicia – po wypożyczeniu do końca sezonu odejdzie czy zostanie w zespole na stałe?

Dejan w Zagłębiu udowodnił, że jest dobrym piłkarzem. Nie ukrywam, że będziemy chcieli go zatrzymać u nas na dłużej.

Niejasna w tej chwili jest także przyszłość Dominika Jończego, któremu z końcem sezonu wygasa kontrakt, a w ostatnich grudniowych meczach prezentował solidną formę. Można się spodziewać, że wkrótce podpisze z klubem nową umowę?

Z Dominikiem będziemy rozmawiać w Turcji. W ostatnich trzech meczach pokazał swoją jakość i potencjał. Zresztą jest w dobrym wieku. Chcemy się też dowiedzieć, jak on widzi swoją perspektywę gry w Zagłębiu – to też jest bardzo ważne.

Ostatnio można powiedzieć, że Zagłębie się wzmocniło, podpisując nowy kontrakt z Dominikiem Hładunem.

Domin jest naszym podstawowym bramkarzem, wychowankiem naszego klubu. Chcieliśmy pokazać, że szanujemy człowieka, który Zagłębie ma w sercu – jest z Lubina i myślę, że na razie chce się rozwijać. Jako klub będziemy szukać podobnych piłkarzy, dla których Domin będzie przykładem.

W ostatniej rozmowie dla mediów klubowych, jak i przed chwilą wspomniał pan o znajomościach. Wykorzysta je pan do pozyskiwania nowych piłkarzy i podejmowania decyzji w roli dyrektora sportowego?

Czasami o piłkarzu trzeba wiedzieć więcej niż tylko to, jak gra. Ktoś może nam się spodobać w telewizji, a prywatnie nie będzie pasować do drużyny. Czy dobrze się czuje w kolektywie albo zmaga się z jakimiś problemami. To wszystko jest bardzo ważne. Na pewno chciałbym swoje znajomości wykorzystać do tego, żeby ustalić, jakim dany piłkarz jest człowiekiem. To dla nas ważne, żeby każdy z zawodników patrzył nie tylko na siebie, ale też na całe Zagłębie.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

200PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO