Łukasz Jarosiński: Chciałbym zagrać w pucharach przeciwko polskiej drużynie

Łukasz Jarosiński zadebiutował w ekstraklasie jako 18-latek, aczkolwiek od tamtej pory już nie miał okazji w niej zagrać. Ostatnie osiem lat spędził jednak w Norwegii, gdzie zdobył wicemistrzostwo kraju oraz kilka nagród indywidualnych. Ostatnio 31-letni bramkarz zdecydował się jednak na dość zaskakujący transfer – do Klaksvik – mistrza Wysp Owczych.

Co mu, jako nastolatkowi, powiedział Tomasz Wałdoch? Jak wspomina wspólne treningi z Jakubem Błaszczykowskim? Co zawdzięcza Adamowi Nawałce? Dlaczego zdecydował się na transfer do Norwegii i czy chciałby osiedlić się tam na stałe? Więcej w rozmowie “Futbol News”.

***

Zarówno ty, jak i twój brat zostaliście bramkarzami. Jesteś ze sportowej rodziny i piłka towarzyszyła ci od dziecka?

Poza nami nikt w stronę piłki nie poszedł, jedynie nasi kuzyni od strony mamy trenowali zapasy. Nie pochodzę więc ze zbyt usportowionej rodziny, więc to w sumie pewne zaskoczenie. Na podwórku jednak grało się we wszystko – w piłkę, w kosza, w siatkę. Zresztą wtedy dużo czasu przesiadywaliśmy na dworze, nie było komputerów tak jak teraz. W weekendy to już w ogóle wychodziło się wcześnie rano, a wracało na wieczór, gdy rodzice wołali. A gdy była szkoła – po powrocie od razu rzucałem plecak i szedłem na dwór, a lekcje się zostawiało na później. Mama mnie jednak goniła do nauki. Nie było tak, że tylko sport przez cały czas!

A mój brat poszedł w moje ślady. Chociaż on na początku grał w polu, a ja od razu zacząłem na bramce. Gdy byliśmy młodsi, tata kolegi organizował turnieje halowe, do których można było się zgłaszać. Brały w nim udział również drużyny z wałbrzyskich klubów, ale także zespoły osiedlowe, można powiedzieć – uliczne. Mieliśmy wtedy paczkę kolegów i z lepszym i gorszym skutkiem nam czasami szło. Najważniejsza była dla nas jednak pasja, kochaliśmy to, co robiliśmy. Zresztą dla nas taki turniej to było coś wielkiego. Mogliśmy zmierzyć się z chłopakami, którzy codziennie trenowali. A my tylko na asfalcie.

Ile miałeś lat, gdy zacząłeś poważne treningi?

Chyba czternaście. Poszedłem wtedy do klubu Sudety Dziećmorowice, który występował w A-Klasie i miał drużynę juniorów. Kolega mi powiedział: “Słuchaj, nie ma tam bramkarza, może byś przyszedł na trening, zobaczysz jak to wygląda”. Powiedziałem, że pewnie, skoro nie ma bramkarza, z chęcią się sprawdzę. Przyszedłem, a tam było trzech bramkarzy (śmiech).

Czyli nie było łatwo, musiałeś się przebić.

Trener mnie wpuścił na boisko, ale to była drużyna do lat 19, więc rywalizowałem ze starszymi chłopakami. Co zapamiętałem z pierwszego treningu? Głównie to, że tak naprawdę byłem najsłabszy. Mówiłem wtedy: “Nie przychodzę już więcej, nie pasuję tutaj”. Kolega jednak mi mówił, że to dopiero mój pierwszy trening. Od tamtej pory nie opuszczałem treningów i nadrobiłem trochę swoją systematycznością. To sprawiło, że potem trafiłem do Górnika Wałbrzych.

Wspomniałeś wcześniej, że mama trochę cię goniła do nauki. Jak reagowała na to, gdy zacząłeś już trenować regularnie?

Mama mówiła: “Łukasz, ile tych treningów jeszcze będziesz miał? Cały czas mi przynosisz rzeczy z błota i kiedyś pralka mi się zepsuje!”. Bo naprawdę po treningach miałem zawsze ubłocone wszystko, trawy to nawet nie widziałem, gdy byłem młodszy i mama miała trochę prania.

A tak poważnie – mama bardzo mnie wspierała i była dumna z tego, że nie stoję gdzieś tam w bramie, tak jak wielu chłopaków w moim wieku, tylko na bramce.

Teraz jest inne podejście – trzeba dziecko zawieźć na trening, przywieźć z niego. A ja brałem często torbę z rzeczami do gry do szkoły. Gdy jednak miałem trochę czasu, mama czekała z obiadem. Wtedy jednak nie patrzyło się szczególnie na żywienie, po prostu zjadło się kanapki.

Opowiedz trochę o Górniku Wałbrzych. To klub z dość bogatą historią, grał w najwyższej lidze w latach 80. i 90., jednak od lat nie ma go na szczeblu centralnym. Trafiłeś tam już, gdy zespół grał w niższych ligach. Ludzie żyli tam głównie historią?

Bardzo mi się podobało, że trafiłem do klubu z historią. Grał w tym zespole m.in. Włodzimierz Ciołek, któremu chciałbym bardzo podziękować za pomoc, ale o tym powiem trochę później.

Gdy przychodziłem do Górnika Wałbrzych, drużyna grała w starej czwartej lidze. Ludzie wciąż wspominali, że w latach 80. zespół był mistrzem jesieni i mieli szansę na mistrzostwo, ale na wiosnę nie szło im tak dobrze. Kibice znali wtedy każdego zawodnika. Zresztą pamiętali również czasy, gdy Górnik grał na zapleczu ekstraklasy, wspominali wyjazdy. Oczywiście w kartach historii nie możemy też pominąć drugiego klubu z Wałbrzycha, Zagłębia, w którym grał kiedyś bramkarz reprezentacji Polski, Marian Szeja.

Przez jakiś czas dwie drużyny z miasta grały w najwyższej lidze. Tak naprawdę wszystko dzięki kopalniom i nacisk był kładziony nie tylko na piłkę, ale także na koszykówkę, lekkoatletykę. Sport stał na wysokim poziomie, ale były na to pieniądze. A teraz w Wałbrzychu nie ma takich sponsorów, a miasto nie wspierało drużyn, które teraz grają w A-Klasie.

Dużo ci zajęło przystosowanie się do nowego miejsca?

Na początku byłem bardzo sztywny. Można było powiedzieć, że mam talent, ale poza tym nie miałem nic. Trener bramkarzy Janusz Wodzyński musiał tak naprawdę wszystko przerabiać ze mną od początku, przede wszystkim od strony technicznej. Robiłem setki, tysiące powtórzeń. Przyznaję, że zaszedłem trochę dalej nie dlatego, że miałem jakiś super talent, ale po prostu byłem systematyczny. A gdy trzeba było na coś poświęcić więcej czasu, nie poddawałem się i robiłem swoje.

Nigdy nie odpuszczałem treningu, czy choroba mnie brała, czy miałem gorączkę. Tak naprawdę tylko raz miałem sytuację, że nie dałem rady – trenowaliśmy zimą i podczas rozgrzewki zaczęło mi się kręcić w głowie.

Wracając do trenera Wodzyńskiego, zawdzięczam mu bardzo dużo, to świetny fachowiec. Teraz jednak nie pracuje w swoim zawodzie, gdyż klub się rozsypał. Dzięki treningom pod jego okiem przyszło powołanie na kadrę Wałbrzycha z OZPN-u. Pojechaliśmy do niemieckiego Bochum na turniej. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, które miejsce wtedy zajęliśmy. Zapamiętałem jednak spotkanie z Tomaszem Wałdochem. Powiedział nam: “Słuchajcie chłopaki, nie będę wam ściemniał. Tylko jeden z was może zajdzie do profesjonalnej piłki”. No i wypadło na mnie.

Później jeszcze grałem w reprezentacji Dolnego Śląska, byłem na konsultacjach polskiej kadry U-17 i U-18. Skończyło się jednak na konsultacjach, ponieważ bronił wtedy Michał Gliwa, poza tym grał też wtedy Dawid Pietrzkiewicz. W sumie do dziś się znamy. Powiem tak – każdy dawał z siebie wszystko, ale Michał Gliwa bił nas techniką, talentem. Dla mnie to był wzór bramkarza – gibki, silny, skoczny. Gdy go zobaczyłem w akcji, czułem się słaby.

Miałeś kompleksy?

Nie, chociaż Michał wtedy naprawdę robił na mnie wrażenie. Ja mam mentalność zwycięzcy, zawsze chcę wygrać. Ale nie w taki sposób, że ktoś złapie kontuzję albo dostanie czerwoną kartkę. Po prostu chcę czuć, że wywalczyłem sobie grę dobrą postawą na treningach i w meczach kontrolnych. Nigdy nie liczyłem na to, że coś się stanie innym bramkarzom, chociaż miałem taki czas, że długo siedziałem na ławce.

Pamiętam, że przez długi czas byłeś rezerwowym bramkarzem Wisły Kraków. Zanim jednak przejdziemy do tego czasu, chciałbym cię zapytać, jak to się stało, że z czwartoligowego zespołu trafiłeś do czołowej drużyny w Polsce?

W Górniku Wałbrzych zagrałem kilka meczów w czwartej lidze, częściej występowałem w rezerwach i juniorach. I pewnego dnia Włodzimierz Ciołek zapytał mnie, czy chciałbym spróbować swoich sił na testach w Wiśle Kraków. Przyglądał mi się wtedy najpierw dyrektor sportowy potem trener zespołu. Zgadnij kto.

Adam Nawałka?

Tak, on ujrzał we mnie potencjał. Oczywiście nie do tego, żeby od razu walczyć o bluzę z numerem jeden, ale trener Nawałka zobaczył we mnie talent. Niestety to wszystko nie ułożyło się tak, jak chciałbym. Do końca życia będę jednak będę wdzięczny trenerowi, że dał mi szansę.

Trafiłeś do Wisły tak naprawdę w dość trudnym momencie, odeszło kilku ważnych doświadczonych zawodników. Drużyna w tamtym sezonie w pewnym momencie wypadła z walki o europejskie puchary i zakończyła sezon w środku tabeli. Jak się czułeś, wchodząc do tej drużyny?

Dla mnie to było coś naturalnego, gdyż u mnie wszystko szybko się toczyło. Najpierw trafiłem z A-Klasy do czwartej ligi, potem były kolejne reprezentacje – Wałbrzycha, Dolnego Śląska, konsultacje młodzieżowych kadr Polski i w końcu testy w Wiśle, które przeszedłem. Zanim jednak podpisałem kontrakt z Wisłą, po testach chciały mnie ściągnąć jeszcze inne kluby ekstraklasy.

Zdradzisz ich nazwy?

Nie chcę zdradzać, ale to były bardzo dobre drużyny z czołówki. Powiem tylko tyle, że wśród nich nie było Legii Warszawa. To jednak Wisła wtedy pierwsza przedstawiła mi ofertę, zresztą była najlepszym klubem w Polsce. I Kraków to piękne miasto, chociaż Warszawa w ostatnich latach się zmieniła i też mi się bardzo podoba.

Z kim najbardziej trzymałeś w szatni Wisły?

Byłem młody, a wtedy tak to wyglądało, że starsi zawodnicy trzymali ze sobą, a młodsi ze sobą. Kiedy starsi wychodzili gdzieś na kolację to wiadomo, że nie będą brali osiemnastolatka. Wiadomo, że jest w drużyna, ale w niej zawsze będą mniejsze grupki, co jest nieuniknione. W Wiśle oczywiście każdy każdego szanował, ale mieliśmy inne zainteresowania. Najlepiej znałem Patryka Małeckiego, z którym znaliśmy się z młodzieżowej reprezentacji.

A z czego zapamiętałeś Jakuba Błaszczykowskiego?

Od razu przypomina mi się pierwszy wspólny trening. Pojechaliśmy na obóz przygotowawczy i zobaczyłem jego duże łydki – z tego go najlepiej zapamiętałem. Zarówno na treningach, jak i na boisku było widać, że zrobi karierę. Już wtedy mówiło się, że szykuje się na zagraniczny transfer i ostatecznie trafił do Borussii Dortmund.

Wszyscy wiemy, jaka tragedia do spotkała. Wyrósł jednak na wspaniałego, ale przy tym skromnego człowieka i przede wszystkim na fantastycznego piłkarza. Można o nim mówić o nim wyłącznie w superlatywach, nie było żadnych skandali z jego udziałem.

Trochę porozmawialiśmy podczas naszego wspólnego pobytu w Wiśle i naprawdę mogę powiedzieć, że jest dobrym człowiekiem. Pamiętam, że nie miałem wtedy auta i zwykle jeździłem busami. Mieszkaliśmy z Kubą blisko siebie i czasami mnie zabierał. Nie umawialiśmy się na konkretną godzinę, ale gdy mnie zobaczył na przystanku, zawsze chętnie mnie podrzucił.

W Wiśle mieliśmy fajny zespół. Kuba Błaszczykowski, Baszczyński, Dudka, Stolarczyk, Mauro Cantoro…

A jak wyglądały twoje relacje z innymi bramkarzami?

Od kiedy przyszedłem do Wisły, Mariusz Pawełek zawsze mnie wspierał, zresztą na Emiliana Dolhę też mogłem liczyć. Gdy jednak przychodził trening, oni walczyli o miejsce w bramce. Mogę powiedzieć, że obaj ciężko trenowali i walka między nimi była zacięta. Myślę, że lepszy był jednak Emilian Dolha, nie ujmując nic Mariuszowi, bo to też była maszyna. To jednak Emilian zrobił na mnie większe wrażenie.

Czym zrobił na tobie wrażenie, grą, podejściem do treningów czy charakterem?

Brał sto dwadzieścia na nogi, potem na klatę. A potem gdy wychodził na boisko to i tak był szybki.

Ale pod koniec sezonu 2006/2007 przebiłeś się do pierwszego składu i zadebiutowałeś w ekstraklasie.

Nie mogę powiedzieć, że dostałem wtedy szansę. Po prostu Mariusz Pawełek już wcześniej był kontuzjowany, a Emilian Dolha naciągnął mięśnie brzucha.

Zachowałeś z tego meczu dobre wspomnienia, mimo że przegraliście 0:4?

Po meczu dokładnie przeanalizowałem wszystkie bramki, które wpuściłem. W telewizji mówili, że Lato mnie posadził na tyłku. Tylko, że zanim to zrobił, najpierw ograł dwóch albo trzech naszych zawodników i nie byłem już w stanie nic zrobić.

Tak samo nie mogłem zareagować również przy dwóch następnych bramkach. Przy obu piłkarze Groclinu jechali już od połowy na sam na sam. Przyznam się jednak, że czwartego gola faktycznie zawaliłem. Piotr Świerczewski wrzucił piłkę w pole karne, a ta odbiła mi się od rąk. Teraz uważam jednak, że piłka wtedy nie przekroczyła linii. Z technicznego punktu widzenia, to jednak była szmata.

Krytyka po tym meczu skupiła się na tobie?

Gdzieś tam w gazetach mnie skrytykowali. Bardziej jednak zapadło mi w pamięć, że po meczu kibice Wisły skandowali moje nazwisko. Potem jeden z chłopaków mi powiedział, że gra już w Wiśle kilka lat i nigdy jego nazwiska nie skandowali, a mi w pierwszym meczu, gdy wpuściłem cztery bramki. Trochę śmiechu było, oczywiście już kilka dni po meczu, bo wtedy każdy z nas był wściekły.

Nie zachowałem koszulki z debiutu, rzuciłem ją kibicom. Nie pamiętam czy autograf dawałem, ale to już dawno było, stary jestem (śmiech). Zresztą graliśmy wtedy z Groclinem, który od dwunastu lat nie istnieje.

Spędziłeś w Wiśle kilka lat, ale twój ligowy licznik zatrzymał się na jednym meczu. Dlaczego?

W tamtym momencie byłem po prostu za słaby. Zadebiutowałem w wieku 18. lat, później posiedziałem na ławce, przyszły wypożyczenia. Gdy skończył mi się kontrakt z Wisłą, postanowiłem coś zmienić.

Łukasz Jarosiński
Fot. prywatne archiwum Łukasza Jarosińskiego

Wyjazd do Norwegii to była twoja decyzja czy twój menedżer cię na to namówił?

Żaden agent w tym nie uczestniczył. Kolega powiedział mi, że załatwi mi bilety i żebym przyleciał. Na początku myślałem, że żartuje, ale powiedział mi, że ogarniemy klub i dałem się namówić. Gdy przyleciałem, przyszedłem na trening klubu, który grał na trzecim poziomie i od razu chcieli ze mną podpisywać kontrakt. Kolega jednak mi nagrał inny zespół, Altę z drugiej ligi norweskiej. I tam podpisałem umowę na dwa lata.

Pierwszy sezon miałem bardzo dobry. Zostałem nawet doceniony przez lokalną gazetę, która wybrała mnie najlepszym zawodnikiem sezonu w lidze. Poza tym kibice klubu również mnie wyróżnili, jako najlepszego piłkarza sezonu. Miałem naprawdę dobry sezon, jednak niestety spadliśmy.

Czym się różniły treningi w Polsce i Norwegii, zaskoczyło cię coś szczególnie w nowym otoczeniu?

Wiedziałem, że zimą będziemy trenować na hali. Przyszedł sezon i okazało się, że na hali będziemy musieli rozgrywać mecze.

W Polsce zawsze mi mówili: “Nie graj do środka, nie graj do środka”. A w Norwegii, było wręcz przeciwnie – trenerzy kazali mi zagrywać do środka. W Alcie szkoleniowiec wymagał tego, żeby jeden zawodnik brał drugiego na plecy, dlatego wymagał piłek do pomocników.

A miałeś jakieś problemy z aklimatyzacją?

Podczas pierwszego roku w Norwegii zapisałem się na kurs językowy. jednak wszystko zorganizował i opłacał. Gdy podpisywałem kontrakt z Altą, od razu powiedziałem, że muszę mieszkać z dziewczyną, nie ma innej opcji. Po podpisaniu kontraktu klub miał mi opłacić mieszkanie w hotelu, ale musiałbym mieszkać sam. Wtedy powiedziałem, że jeśli nie będę mógł tam mieszkać z dziewczyną to od razu rozwiązuję umowę. Minuta minęła i ostatecznie przystali na moje warunki. Mieszkaliśmy tam dwa miesiące – mieliśmy dobre warunki, pokój z kuchnią. A potem wynajęliśmy mieszkanie.

Twoja dziewczyna, obecnie żona, od razu zaakceptowała twój wyjazd do Norwegii?

Tak, byłem wtedy bez klubu po wygaśnięciu umowy z Wisłą. Zrozumiała, że muszę szukać nowego klubu i zaakceptowała pomysł wyjazdu do Norwegii na stałe.

A rodzina jak zareagowała?

Wiadomo, mama zawsze chce być jak najbliżej dziecka. Chciałem jednak rozwijać swoją pasję i dalej robić to, co kocham.

Widziałem, że twój brat też grał przez jakiś czas w Norwegii. Ściągnąłeś go tam?

Tak, załatwiłem mu wtedy pracę, ale klubu mu nie załatwiałem. W pracy zapytali go, co robił w Polsce, a on odpowiedział, że grał w piłkę w Górniku Wałbrzych. Powiedzieli mu, że mógłby grać w lokalnym zespole występującym w czwartej lidze.

Przez moment śmiałem się, że w gazetach częściej o nim piszą niż o mnie. Pokazywał mi co jakiś czas zdjęcia i wywiady z lokalnych gazet i trochę tego było. Do dzisiaj zresztą ma znajomych z tamtej miejscowości. Potem zresztą odwiedzili go w Wałbrzychu, bardzo im się spodobał zamek Książ.

Wróćmy jednak do twojej piłkarskiej kariery. Co się działo po spadku Alty do niższej ligi?

Spadliśmy do drugiej dywizji, ale potem od razu awansowaliśmy do pierwszej. Wtedy otrzymałem nagrodę dla najlepszego piłkarza przyznaną przez zawodników i uważam, że właśnie to wyróżnienie było moim najważniejszym. Bardzo mnie to podbudowało. Poza tym kibice również przyznali mi nagrodę, ale kibice już nie. Kolega w 25 meczach zdobył 26 bramek, dlatego trudno, żeby mnie wybrali zawodnikiem sezonu.

Po dwóch latach stamtąd odszedłem do Honefoss, z którym podpisałem kontrakt na trzy lata. Ostatecznie byłem tam jednak półtora roku. To wyglądało tak, że ten zespół spadł z norweskiej ekstraklasy i miał plany, żeby do niej od razu wrócić. Początek sezonu okazał się kiepski, na jakiś mecz zostałem nawet odstawiony od składu. Wyszło, że zamiast starać się o awans, musieliśmy walczyć o utrzymanie.

Po pierwszym sezonie powiedziałem agentowi, że nie widzę tego awansu i perpsektyw w tej drużynie. Odpowiedział mi: “Masz jeszcze dwuletni kontrakt, poczekaj aż się sezon rozpocznie”. Zaczął się też kiepsko i zwróciłem się do agenta: “Słuchaj, mnie to nie satysfakcjonuje. Grałem tutaj dobre mecze, dlatego chciałbym znaleźć coś lepszego”.

W 2015 roku trafiłem do Strømsgodset, gdzie siedziałem na ławce, ale nie dziwię się, bo w bramce stał reprezentant Norwegii. Szło nam bardzo dobrze i zajęliśmy drugie miejsce i zagraliśmy w pucharach.

Pogodziłeś się tak łatwo z ławką rezerwowych?

Walczyliśmy o skład, ale wciąż słyszałem deklaracje, że wciąż będzie bronić ten bramkarz, co dotychczas. Powiedziałem: “Okej, nie ma problemu, będę walczyć o swoje.” Przyszedł jednak taki moment, że w 10 meczów zdobyliśmy dwa punkty i nie otrzymałem szansy. Wtedy powiedziałem, że odchodzę. Mówili, że w końcu przyjdzie mój czas i zaproponowali mi podpisanie nowego kontraktu. Powiedziałem, że dziękuję za propozycję, ale bardziej mi zależy na regularnej grze.

Przez ten czas mogłeś jednak poczuć smak europejskich pucharów, chociaż z ławki rezerwowych. Mogliśmy zagrać z Zagłębiem Lubin, które ostatecznie odpadło z SonderjyskE, z którym potem się zmierzyliśmy. Miałem jednak okazję zagrać przeciwko polskiej drużynie. W meczu towarzyskim w 2016 roku graliśmy z Piastem Gliwice. Wygraliśmy 2:1, ja zagrałem pierwszą połowę, a w Piaście w bramce wystąpił Jakub Szmatuła, który zdobył nagrodę dla najlepszego bramkarza sezonu ekstraklasy.

Bramkarz Strømsgodset spytał się mnie potem, czy go znam. Powiedział mi, że to super bramkarz i widać, że w Polsce są bardzo dobrzy bramkarze.

Podczas gry w Norwegii miałeś możliwość powrotu do Polski, jakieś kluby składały ci propozycje?

Nie. Przede wszystkim w Polsce nie szanuje się lig skandynawskich. Niby się mówi, że zespoły z tych lig są słabsze niż polskie, ale to z Polski od trzech sezonów nikt nie awansował do fazy grupowej Ligi Europy.

Może niedługo będę miał okazję zmierzyć się z polskim klubem w pucharach, bo trafiłem do zespołu, który zagra w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Czekam tylko na papiery.

Przez ostatnie pół roku pozostawałeś jednak bez klubu. Co robiłeś w tym czasie?

Odszedłem z Ham Kam po zakończeniu sezonu. Zmienił się dyrektor sportowy i nowa wizja klubu mnie jakoś nie przekonywała. W pewnym momencie porozmawiałem z żoną o tym, co dalej. Mamy tam przecież mieszkanie, żona pracuje, dziecko chodzi do przedszkola. Doszliśmy jednak wspólnie do wniosku, żeby spróbować czegoś nowego.

Mój agent znalazł mi najpierw klub z dolnej części tabeli szwedzkiej ekstraklasy. Wypłatę miałbym taką samą jak na zapleczu ligi norweskiej. W dodatku wiązałoby się to wyprowadzką, dodatkowymi kosztami. Kocham piłkę, ale gram również dla pieniędzy, gdyż muszę zapewnić byt swojej rodzinie. Ostatecznie zdecydował się odmówić temu klubowi.

Potem pojawiła się oferta z Islandii, za fajne pieniądze. Dzień przed wyjazdem pojawiło się jednak zainteresowanie z klubu norweskiej ekstraklasy. Pojechałem z nimi nawet na dwa tygodnie na obóz, ale już wiedziałem kilka dni przed końcem, że nie podpiszę z nimi kontraktu. Trener bramkarzy mnie chciał, ale wyszło kilka dziwnych rzeczy, o których nie chciałbym opowiadać.

Wrócił jednak temat Islandii. Byłem już gotowy na wyjazd, kupiłem bilety, spakowałem się prawie do końca. W ostatni dzień przed wylotem powiedzieli mi, że ich dotychczasowy bramkarz jednak zostaje i temat upadł.

Prowadziłem też rozmowy ze Strømsgodset, żeby wrócić. Mieli jednak zamieszanie z inwestorami, musieli jednego bramkarza wypożyczyć albo rozwiązać z nim umowę, do ostatecznie nie doszło. Potem agent zadzwonił do mnie z propozycją z klubu duńskiej pierwszej ligi.

W międzyczasie jednak pojawił się temat Wysp Owczych i Klaksvik z miejsca chciał podpisać ze mną kontrakt. Otrzymałem umowę, ale nie miałem kiedy jej wydrukować. W tamtym czasie odeszła moja mama, załatwiałem też różne urzędowe sprawy. Agent mnie już naciskał, z klubu wydzwaniali. W końcu znalazłem wolną chwilę, wydrukowałem, podpisałem i jestem ich zawodnikiem na dwa i pół roku.

Czy wypełnię cały ten kontrakt? Życie pokaże. W piłce niczego nie można być pewnym, wszystko się zmienia.

Masz już plany na to, co będziesz robić po zakończeniu kariery?

Nie chcę na razie niczego zdradzać, ale wciąż chciałbym być przy piłce.

Zdradź tylko, czy w Norwegii, czy w Polsce.

W Norwegii, przez te wszystkie lata zdobyłem trochę kontaktów w tym kraju. Zresztą zdobyłem ze Strømsgodset drugie miejsce, mecze z zaplecza Eliteserien też ludzie oglądali, więc jestem tam znany.

A masz jeszcze jakieś sportowe marzenie?

Może trudno nazwać to marzeniem, ale bardzo chciałbym zagrać przeciwko polskiemu zespołowi w europejskich pucharach. Może w tym sezonie to się uda.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

Fot. prywatne archiwum Łukasza Jarosińskiego

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO