Ciężar oczekiwań

Już za tydzień zacznie się kolejny sezon ligowy, który po imponującym w niektórych klubach okienku transferowym zapowiada się niezwykle ciekawie, a skończy zapewne jak zwykle w tym wieku – czyli wygraną Legii Warszawa.

Przed startem poprzednich rozgrywek napisałem na Twitterze, że transfery Igora Lewczuka, a zwłaszcza Valeriana Gvilii sprawiają, że będę bardzo zdziwiony, jeśli klub ze stolicy nie zdobędzie mistrzostwa. Dostało mi się od czytelników za „niesportowe podejście” do futbolu, odbieranie szans innym, za szybie oceny, choć przecież była to tylko trzeźwa ocena potencjału. W tym sezonie trochę poważniej wyglądają aspiracje świetnego na finiszu poprzednich rozgrywek Lecha Poznań, jak zwykle solidnie będzie się prezentował Piast Gliwice, ale to jednak zespół z Warszawy, dysponujący najmocniejszą i najbardziej wyrównaną kadrą, jest dla mnie faworytem. Pytanie tylko, jak uniesie ciężar oczekiwań – faworytom zawsze jest trudniej, każdy chce bić mistrza, a pierwszy rok po sukcesie bywa podobno najtrudniejszy.

Sezon zapowiada się jednak bardzo dobrze, bo wreszcie można wskazać drużyny, które spróbują rzucić Legii wyzwanie, wykorzystać jej ewentualną słabość. Mistrz potknął się sporo razy, ale i tak za mało, byśmy mieli emocje na koniec rozgrywek. Poważnych pretendentów w walce o tytuł zwyczajnie brakowało.

Świadomie nie napisałem jeszcze nic o Cracovii – głównie dlatego, że już na starcie ma 5 punktów straty do rywali. Trochę wody w Wiśle musi też upłynąć bym uwierzył, że zespół Michała Probierza będzie grał tak efektownie, jak w finale Pucharu Polski i w pełni wykorzysta ofensywny potencjał, który zapewnić mają zwłaszcza dwaj nowi piłkarze. Marcos Alvarez to napastnik, w którego przypadku aż trzeba zapytać: co może tu pójść nie tak? Gracz 28-letni, więc w doskonałym dla piłkarza wieku, skuteczny nie tylko w niemieckich niższych ligach, ale i w 2. Bundeslidze, imponujący charakterem, bez widocznych wad, także pozaboiskowych. A przecież do pomocy będzie miał gracza o nazwisku najcięższym z możliwych, syna wielkiego Rivaldo, który na boiskach Bułgarii i Rumunii pokazał, że z piętnem nazwiska mistrza świata z 2002 roku i zdobywcy Złotej Piłki w 1999 roku potrafi sobie poradzić. Oczywiście kariery na miarę wielkiego ojca nie zrobił i nawet się do niego nie zbliży, ale tym większą musi mieć odporność psychiczną, by sobie z tym faktem poradzić i go zaakceptować. Ostatnie lata w Europie zdają się wskazywać, że mu się to udało – idzie własną drogą, a jego solidność potwierdzają nie tylko rumuńscy dziennikarze, ale też zupełnie przyzwoite liczby. Dobre piłkarskie nazwisko pewnie pomaga na początku kariery, ale potem może łatwo zniszczyć, przytłoczyło już niejednego. W przypadku Rivaldinho zdaje się być inaczej.

We wrześniu w Chicago, przy okazji meczu oldbojów Polski i Brazylii, miałem okazję porozmawiać kilka minut sam na sam z byłym piłkarzem Barcelony, który z tym właśnie klubem zapewnił sobie fantastyczne skojarzenia z Krakowem. Hat-tricka na stadionie Wisły Rivaldo pamiętał, ale nawet przed kamerą Canal+ nie umiał przypomnieć sobie, z jakim polskim klubem negocjował w poprzednim sezonie jego syn.

– Dzwonili, rozmawiali, negocjowali. On chciał trafić do Polski, zabrakło niewiele. Ja też żałuję, bo chciałbym lepiej poznać wasz kraj, a na mecze bym czasem przyjeżdżał – mówił wielki Rivaldo, a nam szeroko otwierały się oczy ze zdziwienia. Dziś już wiadomo, że zainteresowany synem wielkiej gwiazdy był Raków Częstochowa, co na pierwsze strony gazet się wtedy nie przebiło. Wiadomo również, że możemy powiedzieć Rivaldo: „Sprawdzamy” i tylko czekać na tę chwilę, gdy pojawi się na stadionie przy ul. Józefa Kałuży.

– Mój syn odczuwa dodatkową odpowiedzialność ponieważ gra z moim imieniem. W Rumunii radził sobie naprawdę dobrze. Jest skutecznym napastnikiem, potrafi też grać dla zespołu – mówił o chłopcu Rivaldo, a zna go przecież także z boiska, bo jeszcze 5 lat temu występowali wspólnie – strzelali nawet gole w tych samych meczach! – na drugim poziomie w Brazylii, broniąc barw Mogi Mirim. Ojciec kończył wtedy bogatą karierę, syn zaczynał pisać własną historię, której kolejny rozdział stworzy w Krakowie.

Tak, 25-letni Rivaldo Jr to kolejny powód, by niecierpliwie wyczekiwać nowego sezonu. Wawel jeszcze większej reklamy na świecie wprawdzie nie potrzebuje, ale większe zainteresowanie brazylijskich mediów naszą Ekstraklasą na pewno nie zaszkodzi. Nowy napastnik Cracovii nie jest tylko kolejnym nazwiskiem, które pojawia się w tamtejszych gazetach w gigantycznej rubryce ze strzelcami bramek w ligach zagranicznych, jego dobra passa z pewnością sprawiłaby, że zacznie powstawać sporo artykułów o synu nie tak dawnej gwiazdy. I klub, i nasza liga może na tym sporo zyskać.

Kibice też zyskają, bo wielu dostanie szansę by zdobyć autograf ojca, który na pewno przyjedzie na jakiś mecz. Rivaldo nie ma w sobie nic z gwiazdora – nie odmawia podpisów, chętnie pozuje do wspólnych zdjęć i choć nie mówi po angielsku, cierpliwie czeka aż żona lub menedżer przetłumaczą mu, co rozmówca chce przekazać. Tłumaczem będzie mógł być też syn, choć w Krakowie wszyscy wierzą, że to jednak on i jego gra, a nie ojciec ze swoim nazwiskiem, będą przyciągać większą uwagę.

Pierwszy mecz Rivaldinho w Ekstraklasie już za 8 dni. Ja nie mogę się doczekać.

Żelisław Żyżyński, dziennikarz Canal+

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO