Mistrzostwa świata bez prestiżu
11.12.2019

Turniej budzący emocje, ale nie pod względem prestiżu, a bardziej zasadności jego rozgrywania. Co roku wszyscy się głowa, jaki mają sens spotkania drużyn ze światowego topu przeciwko egzotycznym drużynom. Tak wszystko wygląda z perspektywy Europy, bo reszta świata oczekuje na grudniowe Klubowe Mistrzostwa Świata, by w końcu pokonać Europę. Dzisiaj rusza jedna, przedostatnia według planów, edycja w obecnej konfiguracji i już wiadomo, że będzie nowy zwycięzca!

Nowy, bo żaden z uczestników nie ma na swoim koncie wygranej w Klubowych Mistrzostwach Świata. Zresztą, tylko jedna z nich wygrała poprzednika KMŚ, a więc Puchar Interkontynentalny. I nie mamy tutaj na myśli Liverpoolu! Mimo że The Reds wygrali w maju swój szósty Puchar Europy, to jeszcze nie byli ani razu triumfatorem ani KMŚ, ani Pucharu Interkontynentalnego. Pod koniec lat 70. XX wieku dwukrotnie odmówili występu. Raz zastąpił ich finalista – Borussia Monchengladbach – a raz… mecz się po prostu nie odbył, bo z udziału zrezygnował i Liverpool, i Boca Juniors. W latach 80. lepsi dwukrotnie okazywali się przedstawiciele Ameryki Południowej, podobnie jak miało to miejsce w XXI wieku, gdy w 2005 roku Sao Paulo ograło angielską ekipę. Teraz szósta okazja i być może Juergenowi Kloppowi uda się uzupełnić klubową gablotę brakującym pucharem!

Beach Soccer u kopciuszka

Faworytem numer jeden będzie rzecz jasna Liverpool, jako przedstawiciel Europy, zaś kopciuszkiem i ciekawostką będzie… Hinghene Sport, czyli zwycięzca Ligi Mistrzów Oceanii z Nowej Kaledonii! To będzie drugi przypadek w historii, gdy drużyna spoza Australii lub Nowej Zelandii będzie reprezentować Oceanie podczas Klubowych Mistrzostw Świata.

Zespół niezwykle egzotyczny, w którym jedną z gwiazd jest m.in. Bertrand Kai, czyli reprezentant kraju na trawie i beach soccerze, ale to nie jedyne zajęcia Kaia, bo zarządza również szkołą z internatem. 36-latek zapewne jest popularny w swoim kraju, ale raczej trudno będzie mu przebić najlepszego w historii piłkarza urodzonego w Nowej Kaledonii, bo takowym jest, i pewnie na długo pozostanie, Christian Karambeu! Tak jest, były reprezentant Francji urodził się na tej niewielkiej wyspie na Oceanie Spokojnym, ale tuż przed osiągnięciem pełnoletności przeniósł się nad Sekwanę. Trzeba jednak wiedzieć, że Nowa Kaledonia to terytorium zamorskie Francji.

Ciekawym przypadkiem jest Roy Kayara będący w składzie Hinghene. Tuż przed sezonem 2013/14 był testowany przez Sheffield United, które m.in. grało sparingowy trójmecz. Kayara był w jednym składzie, zaś w drugim… Harry Maguire, który po sześciu latach był wart kilkadziesiąt milionów funtów. Z kolei zawodnikiem, który zapewnił udział w Klubowych Mistrzostwach Świata jest Amy Antoine Roine, którego gola można zobaczyć na poniższym skrócie(od 4:52).

Przed nimi, w pierwszym spotkaniu turnieju, staje gospodarz turnieju, katarski Al-Sadd. Dla Al-Sadd to będzie drugi występ w turnieju i drugi raz w roli gospodarza. Debiutowali w 2011 roku i zajęli trzecie miejsce, a zwycięzcą okazała się Barcelona, w której grał m.in. Xavi, a więc obecny… trener Al-Sadd! Dla Katarczyków zapewne celem jest powtórzenie wyczynów innych gospodarzy, którzy w ostatnich latach potrafili zawstydzić ekipy z obu Ameryk. Tak było w 2013, gdy Raja Casablanca ograła Atletico Mineiro, tak było w 2016 w Japonii, gdy Kashmia Antlers okazała się lepsza od Atletico Nacional. Tamto spotkanie przeszło do historii z innego powodu – po raz pierwszy w dorosłym futbolu użyta została technologia VAR. Z kolei rok temu Al Ain pokonało River Plate. Teraz o finał łatwo nie będzie, bo, żeby do niego dojść trzeba pokonać najpierw ekipę z Oceanii, później poprzeczkę zdecydowanie podniesie meksykański Monterrey, a zwycięzca tego pojedynku trafi w półfinale na Liverpool.

Skoro dotarliśmy do Meksyku, więc pora przedstawić najbardziej doświadczoną ekipę na turnieju, czyli Monterrey, dla którego będzie to czwarty występ! O ile w ostatnich latach zwycięzcy Copa Libertadores zaliczali wpadki, o tyle najlepsze drużyny z północy, po prostu regularnie się kompromitowały. Drużyny, na które były wykładane gigantyczne pieniądze często przegrywały z ekipami, o których świat pierwszy raz słyszał właśnie przy okazji KMŚ. Tym razem na turniej przyjeżdża Monterrey, a więc jedna z ekip od wielu lat będąca w czołówce Liga MX oraz Ligi Mistrzów CONCACAF. Na papierze naprawdę ciekawy skład. W ataku Vincent Janssen, który co prawda CV ma dużo gorsze od Andre-Pierre’a Gignaca, to jednak poszedł w ślady starszego kolegi z Europy. Poza tym są byli i obecni reprezentanci Argentyny – Maxi Meza czy Jose Basanta. Tradycyjnie nie brakuje Kolumbijczyków, którzy byli jedną z najliczniej reprezentowanych nacji w Rayados i całym Meksyku. Tym razem są to Stefan Medina oraz Dorlan Pabon, a więc zawodnik znany z Europy, choćby przy okazji występów w LaLiga. Do tego Miguel Layun, który ostatnie lata spędził w FC Porto. Na ławce trenerskiej Antonio Mohamed. “Turco” wrócił z Europy jeszcze szybciej niż do niej wyjechał, po nieudanej przygodzie w Vigo, ale w obu Amerykach to nadal ceniony szkoleniowiec.

Polski wątek na Czarnym Lądzie

Druga strona drabinki to świat arabski, ale także starcie Afryka kontra Azja. Tych pierwszych będzie reprezentować Esperance Tunis. Klub, który w swojej historii ma kilku Polaków w roli trenerów. Władysław Żmuda, Zygmunt Podedworny czy, dwukrotnie, Antoni Piechniczek mieli okazje w latach 80. i 90. ubiegłego wieku kierować klubem z Tunisu. O ile w drużynach z Bliskiego Wschodu zawsze można znaleźć zaciąg z Europy, o tyle Afryka stawia na swoich. Najlepszym przykładem właśnie hegemon z Tunezji. Hegemon nie jest przesadą, wszak w ostatnich trzech latach Esperance sięgało po mistrzostwo kraju, a teraz drugi rok z rzędu zgarnia tytuł najlepszej drużyny Czarnego Lądu. Co ciekawe aż trzy miesiące od finału Esperance czekało na oficjalne potwierdzenie swojego zwycięstwa… W Maroku remis 1:1, a w rewanżu gospodarze prowadzili 1:0 i przy takim wyniku zakończono przedwcześnie mecz. Powodem były protesty drużyny gości, którzy domagali się uznania, prawidłowej, bramki dla Wydadu. Błąd sędziego i późniejsze zakończenie meczu przed czasem zdecydowało, że to Esperance mogli cieszyć się z tytułu, choć CAF, czyli afrykański odpowiednik UEFA, dopiero po kilku miesiącach przyznał tytuł Tunezyjczykom i w tej kwestii nie ma nadużycia, wszak zdecydowaną większość składu stanowią własnie rodzimi zawodnicy, którzy już osiągnęli gigantyczne sukcesy na 100-lecie klubu.

Kolejnym debiutantem będzie mistrz Azji. Drużyna z Arabii Saudyjskiej, Al Hilal, budowana jest jak przystało na najlepsze ekipy z Bliskiego Wschodu. Największymi gwiazdami są zawodnicy, którzy albo najlepsze lata mają już za sobą, albo wielkie pieniądze skusiły ich, by opuścić Europę. Sebastian Giovinco, Andre Carrillo, Carlos Eduardo czy Bafetimbi Gomis to właśnie przykłady takich graczy i najbardziej znane twarze dla europejskiego kibica. Ten ostatni, mimo 34 lat na karku, został królem strzelców azjatyckiej Ligi Mistrzów z jedenastoma trafieniami oraz MVP całych rozgrywek. Tak jak w katarskim Al-Sadd trenerem jest europejczyk, również Saudyjczycy zatrudnili znane nazwisko, chociaż Razvan Lucescu nieco splendoru zawdzięcza tacie, Mircei.

Rewanż po 38. latach?

O Flamengo trudno cokolwiek więcej dodać niż to, co pisaliśmy na temat brazylijskiej ekipy kilka tygodni temu przy okazji finału Copa Libertadores. Ekipa Jorge Jesusa została przedostatnim uczestnikiem KMŚ i celem jest powtórzyć sukces z 1981 roku i powtórzyć go dosłownie. Dlaczego? Wtedy wygrali po raz pierwszy Copa Libertadores, a jakiś czas później w Pucharze Interkontynentalnym ograli… Liverpool, aż 3:0! Dlatego Liverpool dobrze się kojarzy w czerwono-czarnej części Rio de Janeiro, a sami The Reds mają pewne rachunki do wyrównania z Flamengo po 38. latach. Oczywiście obie ekipy muszą awansować do finału, a z tym w ostatnich latach nie było tak łatwo po stronie latynosów. Wspomniane kompromitacje triumfatorów Libertadores nie dają podstawy, by już ogłaszać finał Flamengo-Liverpool. Z drugiej strony starcie najlepszej drużyny Ameryki Południowej i mistrza najlepszej ligi świata poza Europą z triumfatorem Ligi Mistrzów oraz być może przyszłym zwycięzcą najmocniejszej ligi świata byłby z pewnością ekscytujący i chyba na to wszyscy czekają.

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO