BONUS 300 ZŁ NA START W BETFAN!
Za celny strzał Nsame z Hibernian

Co znaczy dostać zaufanie od trenera? Wyjaśnia Jean-Pierre Nsame

Napisane przez Mikołaj Duda, 28 sierpnia 2025
Jean-Pierre Nsame

Popularny we wszelakich powieściach temat przemiany bohatera znalazł swoje zastosowanie także w PKO BP Ekstraklasie. Najlepszym przykładem takiego zjawiska jest Jean-Pierre Nsame, który w pewnym momencie znalazł się na wylocie z klubu i już został spisany na straty. Po powrocie z wypożyczenia Kameruńczyk w Warszawie zastał innego trenera, a ten dał mu szansę. To ekspresowo okazało się strzałem w dziesiątkę, który już dał Legii wiele dobrego.

Nsame rozczarowaniem pod wodzą Feio

Transfer Jeana-Pierre’a Nsame budził w Warszawie spore oczekiwania. W końcu nie był to przypadkowy napastnik, a trzykrotny były król strzelców ligi szwajcarskiej, który w barwach Young Boys Berno strzelił 140 goli. Do Legii trafił na zasadzie wypożyczenia, jednak po spełnieniu określonych warunków miała aktywować się klauzula wykupu. Cała transakcja była tak ułożona, że pozostanie Nsame w Polsce na dłużej było praktycznie formalnością. W tamtym momencie jednak stał się… uciążliwym kamieniem w bucie.

Tak jak duże były oczekiwania, tak całkiem niedługo później było jeszcze większe rozczarowanie. Kameruńczyk nie pasował do taktyki ówczesnemu trenerowi – Goncalo Feio. Portugalczyk od napastnika wymagał sporej pracy w pressingu. 32-latek, nawet gdy pojawiał się na boisku, to nie prezentował się najlepiej. Do siatki trafił dwukrotnie – w wysoko wygranym meczu domowym z Motorem Lublin, w którym zameldował się na placu gry w końcówce i po podaniu od Ryoyi Morishity strzelił z najbliższej odległości. Drugi gol to starcie z półamatorami z Caernarfon Town.

Niedługo po tym golu z Motorem Nsame został odsunięty od składu. Nie grał praktycznie wcale, był krytykowany przez Feio:

Nie mogę mieć piłkarzy, którzy biegają osiem kilometrów w 90 minut. To jest sprawiedliwość. Musisz biegać, jeśli chcesz grać.

Kibice narzekali na ówczesnego dyrektora sportowego – Jacka Zielińskiego, że ten ściągnął im do klubu kolejnego nieprzydatnego zawodnika. Jeszcze większa krytyka powstała, gdy okazało się, że mimo kompletnego rozczarowania spełniły się wszystkie potrzebne warunki do aktywowania wykupu. Warto wspomnieć, że doświadczony snajper jest jednym z najlepiej opłacanych graczy w Legii, co dodatkowo potęgowało złość kibiców na ludzi odpowiedzialnych za przeprowadzenie tej transakcji. Końcówkę jesieni Nsame spędził w rezerwach, co było tłumaczone brakiem zaangażowania, złym podejściem do treningów i lenistwem.

Próbą jakiegoś rozwiązania tej sytuacji miało być wysłanie Kameruńczyka na wypożyczenie i to do miejsca, w którym czuł się zdecydowanie najlepiej, czyli do Szwajcarii. Tam przez pół roku miał okazję grać w Sankt Gallen, gdzie furory nie zrobił, ale występował dość regularnie. W 13 meczach rozegrał ponad 500 minut i dwukrotnie trafił do siatki. Był to dublet zdobyty w starciu z FC Zurich, czyli ówczesnym liderem rozgrywek. A potem… nic. Skoro nie dał rady w swojej ulubionej lidze, to czy była jeszcze jakakolwiek szansa na odbudowanie się?

W Warszawie praktycznie nie miało to znaczenia, jak Nsame radzi sobie w Szwajcarii. Było pewne, że po zakończeniu sezonu będzie próba pożegnania się z zawodnikiem, który zabierał dla siebie sporą część budżetu płacowego. Nawet sam Goncalo Feio miał stwierdzić, że jeśli ma on dłużej prowadzić Legię, to w klubie nie może już dłużej być tego zawodnika.

Działania Portugalczyka były w pewnym stopniu uzasadnione, bowiem do taktyki w jakim grał jego zespół Kameruńczyk kompletnie nie pasował. Lepiej w wymaganiach szkoleniowca odnajdywał się choćby Marc Gual, który potrafił być pożyteczny w pressingu i pracował dla drużyny. Mimo czasami pokracznych wykończeń i dziwnych decyzji w akcjach ofensywnych – był on bardzo ceniony przez trenera, choć niekoniecznie przez fanów wyśmiewających jego opuszczone spodenki. Nsame to typowy kiler w polu karnym. Ma podanie i strzela – cała filozofia.

Przemiana Nsame w „Dżej Pi”

Goncalo Feio nie został dłużej w Warszawie, a po długich poszukiwaniach zastąpił go Edward Iordanescu. Jak się okazało, na tej zmianie najbardziej skorzystał właśnie sam… Jean-Pierre Nsame. Początkowo już skreślony Kameruńczyk wziął się do pracy. Jeszcze przed rozpoczęciem zajęć z drużyną odbył indywidualne przygotowania z prywatnym sztabem, by do Legii wrócić gotowy do rywalizacji. Uśmiechnęło się do niego także szczęście, bowiem Legia zatrudniła trenera, który akurat potrzebował napastnika o charakterystyce już byłego reprezentanta Kamerunu. Do strzelania goli.

Marc Gual, który zyskiwał przy Feio, dość szybko został odsunięty na boczny tor, a następnie oddany do portugalskiego Rio Ave. Do Legii podobno za rekordowe trzy miliony euro ściągnięty został Mileta Rajović, który swoim sposobem gry bardzo przypomina Nsame. Iordanescu oczekuje od swojego snajpera przede wszystkim skuteczności, wzrostu potrzebnego do gry w powietrzu i doskonałego odnajdywania się w polu karnym przeciwnika. Ten profil napastnika idealnie uwypukla atuty byłego króla strzelców ligi szwajcarskiej. On ma po prostu wykańczać, nie bawić się w akcje kombinacyjne.

Po pierwszych nieudanych próbach z Gualem Iordanescu zdecydował się postawić na Nsame, a ten już w pierwszym meczu w podstawowym składzie trafił do siatki z Koroną Kielce i pokazał się z bardzo dobrej strony. Później było tylko coraz lepiej. Trafił w każdym następnym spotkaniu europejskich pucharów – w obu z Banikiem Ostrawa, również w obu z AEK-iem Larnaka oraz w Szkocji przeciwko Hibernian FC. W Ekstraklasie zatrzymał się na jednym golu, jednak w głównej mierze jest to spowodowane tym, że na krajowym podwórku najczęściej szansę dostaje Ilja Szkurin czy Mileta Rajović, a podstawowa „dziewiątka” ma okazję do odpoczynku.

To właśnie wspomniany Rajović miał być tym, który po hitowym transferze odgrywa „pierwsze skrzypce” w stołecznym zespole. Przez to, że przynajmniej póki co najlepiej na boisku się nie prezentuje, a jego konkurent wręcz przeciwnie, to Duńczyk zasłużenie jest głównie zmiennikiem. Zresztą do tej pory z równą skutecznością trafia do bramki rywala, co do własnej. W pierwszym meczu z AEK-iem Larnaka zaliczył samobója, a tydzień później bilans się wyrównał, gdy przy Łazienkowskiej pokonał już tego właściwego bramkarza. Nsame ma za to już sześć goli.

W poprzednim sezonie często wyszydzany piłkarz zyskał sympatię także wśród kibiców. Ci popularnie wołają na niego „Dżej Pi”, co wzięło się od pierwszych liter imion Kameruńczyka. To jest niejako symbol tego, jak odbudował się on po powrocie z wypożyczenia do Warszawy i ambitnie powalczył o swoje. Przy odrobinie szczęścia udało mu się z niebytu wrócić do łask i stać się nową gwiazdą klubu. Nieco złośliwie można powiedzieć, że to… najlepszy transfer Legii w tym okienku transferowym.

Historia alternatywna. Co by było gdyby…?

Gdyby… Goncalo Feio podpisał nowy kontrakt i pozostał w Legii? Tu odpowiedź jest oczywista. Nsame już dawno nie byłoby w klubie, a w Warszawie byłby wspominany jako jedna z największych wpadek transferów ostatnich lat. Dalej w podstawowym składzie grałby Marc Gual i poza Szkurinem najpewniej do Warszawy trafiłby jeszcze jeden napastnik do rywalizacji, jednak bardzo wątpliwe, by w tym przypadku był to akurat Mileta Rajović. Kandydatura Duńczyka najpewniej nie zostałaby zaakceptowana przez portugalskiego trenera.

Gdyby… na miejsce Feio przyszedł ktoś inny, a nie akurat Edward Iordanescu? Bardzo możliwe, że byłoby podobnie. Nowy trener uznałby Nsame za niepotrzebne obciążenie budżetu i nawet bez sprawdzenia jego przydatności zostałby sprzedany. W końcu się przecież nie sprawdził. O Kameruńczyku każdy by już zapomniał, a Michał Żewłakow szukałby napastnika do rywalizacji z Gualem oraz Szkurinem. Oczywiście, mógłby się trafić szkoleniowiec, przy którym miałby miejsce podobny scenariusz jaki dzieje się obecnie, jednak bardziej prawdopodobne jest to, że byłoby podobnie jak w sytuacji, gdyby Feio nigdy się z Warszawy nie wyprowadził.

Dla Jeana-Pierre’a Nsame zdecydowanie najkorzystniejsze będzie, jeśli Iordanescu jak najdłużej zostanie na swoim stanowisku, jednak to nie jest takie pewne. Od dłuższego czasu mówi się, że Rumun nie jest do końca zadowolony z warunków pracy, jakie zastał w Polsce. Zresztą, w obecnym projekcie Legii niczego nie można być pewnym. Także tego, kto w nim zostanie, a kto niespodziewanie z niego wypadnie. Klarowna nie jest do końca także przyszłość samego Kameruńczyka. Teraz karty leżą po jego stronie i to on wkrótce będzie musiał zdecydować, czy chce nad Wisłą zostać na dłużej czy tylko do końca obecnego sezonu. Duży wpływ z pewnością będzie miała na to osoba trenera. Edwarda Iordanescu lub… jego następcy.

____________________________________________________________________________________________________________

Ostatnich osiem spotkań Jeana-Pierre’a Nsame to… aż sześć zdobytych przez niego bramek! Wliczamy w to także to z Wisłą Płock, gdzie jednak miał na pokazanie się tylko pół godziny, a i tak mógł wyrównać. Tylko Dawid Kudła w ostatnim czasie mógł się cieszyć statusem niepokonanego przeciwko kameruńskiemu napastnikowi, kiedy ten wychodził od pierwszej minuty. Bukmacher BETFAN ma dla was specjalny zakład – wystarczy, że Nsame odda przeciwko Hibernian FC celny strzał.

Szczegóły promocji pod tym linkiem – trzeba otworzyć konto z kodem FUTBOLNEWS, zaznaczyć zgody marketingowe, wpłacić dokładnie 30 zł i postawić dowolny zakład SOLO lub AKO na mecz Legii z Hibernian FC (łączny kurs 2.00).

Zna cały skład Radomiaka i Puszczy Niepołomice. Zawsze obejrzy mecz tych drużyn ponad El Clasico. Dzień rozpoczyna od doniesień z polskiego uniwersum. Nienawidzi przerwy zimowej - wtedy zamiast Ekstraklasy musi zadowolić się ligami TOP 5.

300 zł na start w BETFAN
za celny strzał Nsame z Hibernian
Legia Warszawa - Hibernian
Wygrana Legii
kurs
1,75
1
Bonus 3 x 100% do 200 PLN
2
Cashback do 50 zł + gra bez podatku 24/7
3
Bonusy od depozytu do 600 zł +zakład bez ryzyka do 100 zł
4
Zakład bez ryzyka 3x111 zł (zwrot na konto główne)