Szoboszlai zadziwił Anfield! Cudowny gol z rzutu wolnego przebudził znudzonych kibiców

Szoboszlai oczarował Anfield. Węgier sprawił, że rozczarowujący hit 3. kolejki Premier League pomiędzy Liverpoolem a Arsenalem miał jednak swój moment wielkiej piłki. Jego perfekcyjnie wykonany rzut wolny dał „The Reds” zwycięstwo 1:0 i trzy niezwykle cenne punkty. Dzięki temu drużyna Arne Slota pozostaje jedynym niepokonanym zespołem w lidze po trzech seriach spotkań.
Przed meczem
Nie ma dziś w Premier League bardziej elektryzującego starcia niż to. Na Anfield zmierzyli się Liverpool – aktualny mistrz Anglii – oraz Arsenal, czyli największy pretendent do zdetronizowania czempiona. To spotkanie w ramach 3. kolejki zapowiadało się na prawdziwy piłkarski deser po obiedzie.
Liverpool rozpoczął sezon z pewnymi problemami, ale skutecznie. Podopieczni Arne Slota najpierw pokonali u siebie Bournemouth 4:2, a tydzień później po zaciętym boju ograli Newcastle 3:2. Uratował ich niemal w ostatnich sekundach… 17-latek Rio Ngumoha! Nowe nabytki powoli wpasowują się w system Holendra, a na szczególne wyróżnienie zasługuje Hugo Ekitike, który już dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Kibice „The Reds” liczyli, że Francuz podtrzyma swoją formę także w starciu z Arsenalem.
🚨 Kai Havertz will undergo surgery on his knee issue but the Arsenal forward is expected only to miss a single-digit number of weeks as he recovers. ❌🏥 [@David_Ornstein] pic.twitter.com/cZPgwgFBjj
— DailyAFC (@DailyAFC) August 28, 2025
„Kanonierzy” rozpoczęli rozgrywki równie dobrze, a nawet lepiej – również z kompletem zwycięstw, ale bez straty gola. Na inaugurację ograli Manchester United 1:0 po praktycznie jednej akcji z rzutu rożnego, a w drugiej kolejce rozgromili beniaminka z Leeds aż 5:0. W tamtym spotkaniu błysnęli Jurrien Timber oraz Viktor Gyökeres, autorzy dubletów. Problemem dla Mikela Artety pozostają jednak kontuzje kluczowych graczy – na dłużej wypadli Kai Havertz i Bukayo Saka, a Martin Odegaard przystępował do meczu z Liverpoolem nie w pełni sił. Mimo to Arsenal nie zamierzał rezygnować z walki o zwycięstwo.
Składy:
Liverpool: Allison, D. Szoboszlai. I. Konate, V. van Dijk, M. Kerkez, R. Gravenberch, A. Mac Allister, M. Salah, C. Gakpo, F. Wirtz, H. Ekitike,
Arsenal: D. Raya, J. Timber, W. Saliba, Gabriel, R. Calafiori, M. Merino, M. Zubimendi, D. Rice, N. Madueke, G. Martinelli, V. Gyokeres,
Bez polotu
Przed pierwszym gwizdkiem padło wiele słów, a większość z nich dotyczyła ofensywy i spodziewanej liczby goli. Nic dziwnego – w poprzednim sezonie oba mecze Liverpoolu z Arsenalem kończyły się remisami 2:2, a start nowych rozgrywek również sugerował, że możemy spodziewać się bramkostrzelnego widowiska.
Tymczasem od pierwszych minut na Anfield zobaczyliśmy mecz bez polotu i ofensywnego rozmachu. Jedną z nielicznych okazji stworzyli sobie goście w 36. minucie – Noni Madueke dopadł do piłki po dośrodkowaniu w pole karne i uderzył na bramkę, lecz jego strzał w ostatniej chwili zablokował obrońca fenomenalnym wślizgiem. Był to właściwie jedyny moment w pierwszej połowie, gdy można było pochwalić Arsenal za konkretniejszą akcję w ataku.
Noni Madueke that half. Discuss pic.twitter.com/Um3TwVnjiq
— Triple M (@Tripple____M) August 31, 2025
Gospodarze wypadli jeszcze gorzej. Liverpool częściej decydował się na dalekie podania, które rzadko trafiały do Salaha czy Ekitike. W ofensywie trudno było wyróżnić kogokolwiek poza Codym Gakpo, który spróbował z dystansu, ale i tak chybił. Raz też było groźnie po nieudanej akcji od bramki Arsenalu i złym podaniu Davida Rayi. Arsenal był zespołem odrobinę lepszym, bo oddał sześć strzałów, ale większość jednak niegroźnych. Po takim obrazie gry pierwsze 45 minut zakończyło się sporym rozczarowaniem. Mimo tego kibice mogli mieć nadzieję, że po przerwie mecz wreszcie nabierze tempa i jakości.
Szoboszlai przebudził znudzone Anfield
Druga połowa długo wyglądała jak kalka pierwszej. Przez wiele minut brakowało tempa i jakości, a kibice zaczynali tracić cierpliwość. Ktoś mógł sobie pomyśleć, że to Atletico A mierzy się z Atletico B. Dopiero w 61. minucie Liverpool przeprowadził akcję, która mogła wreszcie otworzyć wynik. Hugo Ekitike skierował piłkę do siatki, ale sędzia Chris Cavanagh szybko uniósł chorągiewkę, sygnalizując spalonego. Francuz głośno protestował, jednak powtórki telewizyjne nie pozostawiły złudzeń – spalony był ewidentny. A później… wow!
Gdy już wydawało się, że hit 3. kolejki Premier League zapisze się w pamięci jako jedno z najbardziej rozczarowujących widowisk, wreszcie nadeszła chwila, która odmieniła losy meczu. W 83. minucie po faulu na Martinie Zubimendim gospodarze dostali rzut wolny z dogodnej pozycji. Do piłki podszedł Dominik Szoboszlai i popisał się uderzeniem godnym profesora. Futbolówka przeleciała nad murem i zatrzepotała w siatce, mimo że David Raya dobrze wyczuł intencje strzelca. Interweniował, lecz nie miał żadnych szans. To był moment tego meczu.
𝐃𝐎𝐌𝐈𝐍𝐈𝐊 𝐒𝐙𝐎𝐁𝐎𝐒𝐙𝐋𝐀𝐀𝐀𝐀𝐀𝐀𝐀𝐈! 🚀 🚀 𝐂𝐔𝐃𝐎𝐖𝐍𝐘 𝐆𝐎𝐋 𝐙 𝐑𝐙𝐔𝐓𝐔 𝐖𝐎𝐋𝐍𝐄𝐆𝐎! 😍
Liverpool prowadzi 1:0 z Arsenalem!
📺 Transmisja meczu w CANAL+ EXTRA 1 i w serwisie CANAL+: https://t.co/45gDeTjRc6 pic.twitter.com/jW3wCZ9XHm
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 31, 2025
Węgier jednym uderzeniem przebudził nie tylko znudzonych kibiców na Anfield, ale i miliony przed telewizorami. Niestety dla kibiców, gol Szoboszlaia okazał się ostatnim wartym zapamiętania momentem tego popołudnia na Anfield. Arsenal po stracie bramki próbował rzucić się do odrabiania strat, ale zabrakło im konkretów – nie oddał choćby jednego celnego strzału na bramkę Alissona.
W efekcie hit 3. kolejki Premier League nie spełnił oczekiwań. Zamiast festiwalu bramek zobaczyliśmy przeciętne widowisko, które rozstrzygnął jeden błysk geniuszu nowego… prawego obrońcy „The Reds”, który musi na tej pozycji z konieczności zastępować kontuzjowanego Jeremiego Frimponga. Wynik 1:0, w takim starciu typowany przez nielicznych, najlepiej oddaje obraz meczu: więcej było w nim walki i niedokładności niż prawdziwej piłkarskiej jakości, choć pewnie fani taktyki wyciągaliby tu jakieś smaczki z walki w środku pola, ale takich jest jednak zdecydowanie mniej.
fot. screen Canal Plus Sport Extra