Robert Błąkała: Islandia to kraj, w którym mogę się spełniać

Robert Błąkała od jakiegoś czasu występuje w Islandii i można powiedzieć, że zaczął podbijać tamtejszą piłkę dzięki dobrym występom w tamtejszym odpowiedniku naszej pierwszej ligi. Dowodem na to jest choćby fakt, iż w poprzedniej rundzie wybrano go do najlepszej jedenastki rozgrywek. O tym, jak były bramkarz drużyny juniorów Cracovii wylądował na Islandii i jakie są jego plany na przyszłość piłkarz zdradził w rozmowie dla “Futbol News”.

Cracovia była twoim pierwszym klubem, zgodnie z internetowymi bazami, czy trenowałeś jeszcze gdzieś wcześniej?

Swoje pierwsze kroki w piłce stawiałem w klubie z mojej rodzinnej miejscowości – Rzezawiance Rzezawa, która wówczas grała w lidze okręgowej. W trampkarzach grałem już natomiast w BKS-ie Bochnia. Dopiero po treningach w tym klubie przeszedłem do Cracovii.

Cracovia cię dostrzegła czy trafiłeś tam w inny sposób?

BKS Bochnia awansował wtedy do makroregionalnej ligi, w której graliśmy mecze przeciwko Cracovii, Wiśle czy Hutnikowi. W jednym z meczów zostałem zauważony przez trenerów pierwszej z powyższych drużyn i zaproszono mnie na treningi do juniorów. Cracovia była zdecydowana na mnie, dlatego postanowiłem się tam przenieść na stałe.

Miałeś okazję trenować z zawodnikami, którzy przebili się do dorosłej piłki?

Nie przypominam sobie, by ktoś z zespołu, w którym grałem w makroregionalnej lidze, przebił się dalej. W Cracovii jednak trenowałem choćby z Sebastianem Stebleckim, który co prawda jest ze starszego rocznika, aczkolwiek mieliśmy ze sobą styczność. Poza tym w Szkole Mistrzostwa Sportowego czasem mieliśmy łączone treningi z zawodnikami Wisły. Cracovia miała swoją klasę, a Wisła swoją, ale czasami zdarzały nam się wspólne zajęcia. Wtedy trenowałem z Alanem Urygą.

Każdemu kto planuje wejść do kasyna lub postawić zakład u bukmachera, radzimy mieć tę książkę pod ręką.

Co najbardziej zapamiętałeś z okresu spędzonego w Cracovii?

Na pewno był to dla mnie duży przeskok z BKS-u Bochnia, z powodu większej częstotliwości treningów. Zmieniłem szkołę – przeniosłem się do Szkoły Mistrzostwa Sportowego i rano w niej trenowałem, a po południu w Cracovii. Poza tym od początku mogłem odczuć profesjonalne podejście do piłki ze strony trenerów, ale także kolegów z zespołu, którzy mieli ambicje i cele, a piłka była dla nich na pierwszym miejscu.

Przejdźmy kilka lat do przodu. Najwyższym poziomem, z którym miałeś styczność była pierwsza liga, gdyż trafiłeś do Wigier Suwałki, w których jednak nie zanotowałeś ani jednego występu. Dlaczego nie otrzymałeś szansy?

Na samym początku przygody z Wigrami powiedziano mi, że będę trzecim bramkarzem, jednak po pół roku miałem być już docelowo drugim i rywalizować o miano pierwszego z Hieronimem Zochem. W zespole był też wtedy Karol Salik, który był już wiekowy, a jego kontrakt wygasał z końcem sezonu. Dlatego początkowo klub miał wiązać ze mną większe nadzieje niż z Karolem.

Wigry zaczęły tamten sezon dość dobrze, jednak potem przyszło kilka słabszych meczów. Miałem wtedy dostać swoją szansę, ale ostatecznie postawiono na Karola ze względu na doświadczenie. Gdy wskoczył do składu, już nie oddał miejsca – wybronił kilka meczów i był w formie, co zakończyło się przedłużeniem z nim umowy w połowie sezonu. To zaowocowało decyzją, którą podjąłem wraz z menedżerem, żeby zmienić klub. Moje perspektywy na grę w Wigrach nie były wtedy zbyt duże.

Nie żałowałeś później tej decyzji?

Nigdy staram się nie żałować swoich decyzji. Zawsze bardziej patrzę do przodu zamiast cofać się w przeszłość. Nie ma sensu się zagłębiać i zaprzątać sobie głowy tym, co mógłbym zrobić lepiej i co by było, gdybym podjął inną decyzję. Raczej, gdy podejmę decyzję, staram się być w niej konsekwentny i jestem zdania, że tak po prostu miało być.

Jakiś czas później trafiłeś do Kotwicy Kołobrzeg, która zmagała się z problemami finansowymi. Odbiły się one na tobie?

Gdy przechodziłem do Kotwicy, były tam ambitne plany. Zarząd klubu z góry nam powiedział, że liczy na awans; Kotwica chce się rozwijać, iść do przodu. To zresztą mnie skusiło do tego, żeby zdecydować się na przenosiny do Kołobrzegu. Pierwsze pół roku nie było najgorsze – może wyniki nie były do końca zgodne z oczekiwaniami, ale po prostu w niektórych meczach zabrakło nam trochę szczęścia. A w drugiej części sezonu zaczęły się problemy finansowe.

Klub przestał nam płacić, zalegał z pieniędzmi. Kotwica ostatecznie spadła z ligi, a ja stwierdziłem, że może czas na to, by pójść w innym kierunku, bo w drugoligowych klubach często była wręcz taka sytuacja, że nie było z czego żyć.

Chciałeś definitywnie skończyć z piłką?

Może nie do końca skończyć, ale myślałem o tym, żeby łączyć piłkę z pracą. Po prostu stwierdziłem, że wrócę w rodzinne strony oraz wyrobię papiery trenerskie. Zacząłem kurs w rodzinnym mieście i przy okazji grałem w czwartoligowym zespole.

Koniec końców, wylądowałeś jednak w Islandii. Jak do tego doszło?

Można powiedzieć, że był to trochę przypadek. Po pół roku w Bochni brakowało mi adrenaliny meczowej, presji kibiców i zarządu na wynik, bardziej profesjonalnego podejścia do tego, o co się gra. Miałem mieszane uczucia, zastanawiałem się nad tym, by spróbować swoich sił za granicą, licząc że tam stabilność finansowa klubów jest nieco lepsza. Nawet podjąłem już pierwsze rozmowy.

Pewnego dnia zadzwonił do mnie trener Marek Dragosz i zapytał, czy nie chciałbym się sprawdzić w Islandii. Bramkarz jednego zespołu doznał kontuzji przed sezonem, a został tydzień do startu ligi. Poszukiwano zawodnika, który miał doświadczenie na poziomie pierwszo- i drugoligowym. Stwierdziłem, że skoro pojawia się taka opcja, jest to chyba jakiś znak z góry i zdecydowałem się na wyjazd.

Zanim przejdziemy do tematu Islandii, między słowami powiedziałeś o innych ofertach. Skąd one były – również egzotyczne kierunki?

Przeciwnie, zastanawiałem się nad wyjazdem do któregoś z krajów bliżej domu. Interesował mnie rynek niemiecki, austriacki.

Ostatecznie jednak wyjechałeś do Islandii. Jak twoi bliscy zareagowali na twój wyjazd na koniec świata?

Były przed tym obawy, ale schowałem strach do kieszeni i wyjechałem. Nie wiedziałem, jak może wyglądać tam piłka i funkcjonowanie klubów. Podpisałem kontrakt pięciomiesięczny – jego długość też sprawiła, że zdecydowałem się na wyjazd.

Njardvik, czyli twój pierwszy klub w Islandii był w pełni profesjonalny?

Bardziej półprofesjonalny. Było tam kilku piłkarzy, którzy utrzymywali się z gry w piłkę, ale również kilku miejscowych zawodników, którzy łączyli treningi z pracą.

Odejdźmy na chwilę od tematu piłki. Jakimi ludźmi są Islandczycy, bo słyszałem kilka razy o ich przyjaznych nastawieniu?

Na pewno są bardzo przyjaznymi i pomocnymi ludźmi, o czym przekonałem się już podczas pierwszych dni w tym kraju. Gdy tam przyjechałem, mój angielski nie był jakiś perfekcyjny, ale w Islandii zarówno młodzi, jak i starsi znają ten język, oczywiście poza rodzinnym islandzkim. Islandczycy jednak starali mi się pomagać i żebym mimo bariery językowej czuł się tam jak u siebie.

A do specyficznego klimatu na Islandii szybko się przyzwyczaiłeś?

Na Islandię trafiłem w maju – u nas jest już ciepło, można chodzić w krótkim rękawku, a tam jeszcze dała o sobie znać zimowa pogoda. Pewnego dnia meczowego, rano było ciepło i liczyłem, że pogoda nie zepsuje meczu. Kiedy już jednak wyszedłem na boisko, zaczął sypać śnieg. Jeszcze w pierwszej połowie znów pojawiło się słońce, jednak po przerwie pojawił się grad. Co prawda nieduży, ale można było odczuć na sobie kawałki lodu. Poza tym boisko po tych anomaliach było w opłakanym stanie.

Wracając do kwestii piłkarskich, czy treningi na Islandii różniły się od tych w Polsce?

Wszystko zależy od trenera, ale z tego co zauważyłem, podczas treningów zawsze jest dużo małych gier. To dowód na to, że zasadą Islandczyków jest toczenie rywalizacji. I szczerze mówiąc, mi to przypasowało.

Twoim obecnym trenerem w Vestri jest Bjarni Johansson, który przed laty miał okazję zapisać się w historii polskiej piłki. Jego Fylkir Reykjavik wyeliminował 19 lat temu Pogoń Szczecin z Pucharu UEFA, co od lat jest wypominane jako jedna z największych kompromitacji w historii występów polskich drużyn w pucharach.

Zanim trafiłem do Vestri, nie przestudiowałem dokładnie jego kariery. W poprzednim klubie grałem za to z jego synem i gdzieś między słowami dowiedziałem się, że był trenerem Fylkiru podczas tamtego dwumeczu. Poza tym wiedziałem, że jego nazwisko zapisało się w historii islandzkiej piłki.

Sam trener zresztą mi opowiadał o tym, jak udało mu się wyeliminować jeden polski klub. Wspominał bardzo miło atmosferę na stadionie Pogoni, na który według niego przyszło wielu kibiców. Rekordy na islandzkich trybunach są w granicach pięciu tysięcy widzów na meczach najwyższej ligi, dlatego mogło to zrobić na nim wrażenie.

W Vestri gra dużo obcokrajowców – poza tobą są Hiszpanie, Anglicy, Senegalczyk, Serb. Jak wy się tam dogadujecie?

Atmosfera w szatni jest bardzo pozytywna i każdy do niej wnosi swoją kulturę. Nie ma też u nas tak jak w większości zespołów, że dzielimy się na grupy. Wszyscy trzymamy się razem i mogę przyznać zarówno o moim poprzednim, jak i obecnym klubie, że jesteśmy jak rodzina.

Opowiedz mi trochę o Vestri. Jak wygląda klub od strony organizacyjnej, jakie są jego cele i wyzwania?

Vestri ściąga dużo zagranicznych graczy z jednego powodu. To małe miasteczko, w dodatku położone daleko od stolicy, a islandzcy piłkarze, choćby ze względu na studia, chcą mieszkać bliżej Reykjaviku. Dlatego klub rozgląda się za obcokrajowcami i oferuje im dobre warunki do życia – zapewniają mieszkanie, samochód i wyżywienie w ciągu dnia.

Jeśli chodzi o boiska nie tylko w Vestri, ale także w poprzednim klubie, jestem pod dużym wrażeniem. Plac gry zawsze jest dobrze przygotowany do treningów i meczów. W Vestri mamy boisko główne oraz trzy trawiaste boiska boczne, na których możemy trenować. Poza tym mamy boisko sztuczne, ale z tego co wiem, ma na jego bazie powstać hala, na której będziemy mogli trenować przez cały rok.

Jak wspomniałeś, Ísafjördur to niewielkie miasto. Jak ci się tam podoba, jest tam coś wartego uwagi?

Suma mieszkańców tego miasteczka wynosi około sześciu tysięcy. W Polsce ta miejscowość mogłaby być uznana za wieś, ale na Islandii jest to miasto. Ma swój klimat, w zależności w czym gustujesz. Na pewno wszystko tam jest naturalne, dużo mieszkańców żyje z połowów ryb, zresztą w zakładach rybnych pracuje trochę Polaków, którzy stanowią 20 procent mieszkańców.

Miasto chce się rozwijać, dlatego też inwestuje mocno w klub. Władze Vestri liczą na to, że zachodnie fiordy staną się bardziej popularne, również dzięki obecności na piłkarskiej mapie Islandii.

Czyli już wkrótce twój klub zagra w najwyższej lidze?

W tym sezonie nie było jakiegoś dużo nacisku na awans. Mówiło się jednak o tym, że fajnie by było już teraz wejść do najwyższej ligi. Na razie zarząd skupił się przede wszystkim na budowaniu drużyny, która mogłaby się pokazać z dobrej strony na tle innych, utrzymać ją na przyszły sezon i powalczyć o awans.

Przed obecnymi rozgrywkami przyszło dużo zawodników, ale również mieliśmy problemy z kontuzjami. Poza tym pandemia sprawiła, że futbol zamknął się na jakiś czas, potem graliśmy, a teraz na dwie kolejki do końca sezon znowu został zawieszony. W związku z tym Vestri pozwoliło zagranicznym piłkarzom wrócić do domu. Wiemy, że nie musimy się martwić o utrzymanie, ale też nie mamy już szans na awans, więc jeśli sezon w ogóle zostanie dograny, zagrają młodzi zawodnicy.

Skoro już jesteśmy przy pandemii, jak Islandczycy podeszli do koronawirusa?

Wydaje mi się, że mniej byli zestresowani niż Polacy. Wiadomo że na początku trochę się obawiali i wprowadzili restrykcje, potem jednak koronawirus zszedł na dalszy plan. Teraz zakażenia wzrosły i pojawiły się nowe ograniczenia. Ludzie jednak nie mówią o tym na każdym kroku, tak jak w Polsce.

Islandczycy zdają sobie sprawę, że w każdej chwili mogą zamknąć granicę i mogą nie wpuszczać nikogo. Myślę, że położenie geograficzne działa tutaj na ich korzyść.

Wiążesz swoją dalszą przyszłość z Islandią?

Na pewno czuję się tam dobrze. Moje nazwisko po dwóch sezonach gry w Islandii jest już coraz bardziej rozpoznawalne. W tym roku zostałem zresztą wybrany najlepszym bramkarzem rundy. Wiem, że z roku na rok robię tam postępy. Nie chciałbym się na razie stamtąd ruszać, chociaż jeśli otrzymam ciekawą propozycję, na pewno skorzystam.

Gdy trafiłem na Islandię, moim celem było zagrać tam w najwyższej lidze i to się nie zmieniło. Chciałbym tam trafić i dalej pracować na nazwisko i swoją markę. Myślę, że Islandia to kraj, w którym mogę się spełniać.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO