Rafał Grzyb: Mam nadzieję, że sprostamy samym sobie
Ostatnia aktualizacja 22 maja, 2020 o 14:22

Rafał Grzyb to ikona Jagiellonii Białystok. Najpierw przez dziewięć lat występował w jej barwach i z czasem otrzymał opaskę kapitana zespołu. 2019 rok okazał się dla niego okresem zmian – szybko przeszedł z roli zawodnika do drugiego trenera drużyny. Po tym, jak klub pożegnał się z Ireneuszem Mamrotem, to właśnie on został trenerem tymczasowym do końca roku. Zaliczył udany debiut – jego zespół pokonał Lechię Gdańsk 3:0… O tym, jak to jest prowadzić zespół, w którym jeszcze do niedawna się występowało, pracy z Ireneuszem Mamrotem i nie tylko w naszej rozmowie.

W meczu z Lechią po raz pierwszy poprowadził pan zespół z ławki trenerskiej, w dodatku Jagiellonię, w której pan występował przez dziewięć lat. Jakie to uczucie?

To nie była dla mnie nowość, bo wielokrotnie wychodziłem na mecz jako kapitan tej drużyny. A przez ostatni rok wyprowadzaliśmy zawodników na murawę wraz z całym sztabem Ireneusza Mamrota. Teraz to jednak była trochę większa odpowiedzialność za zespół niż wcześniej. Był taki lekki stresik, ale też satysfakcja i duma z tego, że mogłem poprowadzić zespół, w którym występowałem przez długi czas jako zawodnik.

Co sprawiło, że Jagiellonia przełamała się w meczu z Lechią? Przeciwnik wydawał się nie najłatwiejszy.

Patrząc też pod kątem, że wszystkie ostatnie mecze z Lechią Gdańsk nie układały nam się najlepiej, przeciwnik nie był dla nas wygodny. Co się zmieniło? Trudno już teraz jednoznacznie stwierdzić. Jakichś drastycznych zmian – ani w zespole, ani w treningu – nie było. Bardziej chcieliśmy dotrzeć do chłopaków w sposób mentalny, odbudować ich psychicznie. Po to, aby nabrali większej pewności siebie, więcej odwagi. Myślę, że na początku meczu zawodnicy zobaczyli, ile mogą zrobić i unieśli to wszystko. Dlatego też ten mecz był pod naszą kontrolę.

I Jagiellonia wygrała zdecydowanie, aż 3:0.

Niezależnie od tego, jakie to by było zwycięstwo, sprawiłoby taką samą satysfakcję. Trzeba tutaj zdjąć czapki z głów przed chłopakami, ponieważ taką determinację i zaangażowanie, jak w pierwszej i drugiej połowie rzadko obserwowaliśmy w takim wykonaniu. Zdarzały się raczej mecze mieszane – jedna połowa była lepsza, druga gorsza, zdarzały się przestoje. A tutaj nie zabrakło nam determinacji nawet na moment.

Zupełnie inaczej niż w poprzedniej kolejce, gdy Jagiellonia nie miała argumentów, by nie przegrać z Zagłębiem.

Głównie w pierwszej połowie baliśmy się odpowiedzialności. Uciekaliśmy od grania, nie braliśmy ciężaru na siebie. W drugiej części, po czerwonej kartce dla Ivana Runje, chłopaki mocno się zmotywowali i gra stała się bardziej wyrównana. Można powiedzieć, że coś w nich wstąpiło, ale Zagłębie wtedy miało większą przewagę, a my liczyliśmy na kontrataki. Zabrakło nam jednak stuprocentowych okazji, w których moglibyśmy wyrównać.

Jakim typem trenera pan jest?

Trudno mi to teraz określić, bo dotychczas pracowałem jako trener wspomagający. Nie miałem głosu decydującego, bardziej wykonywałem polecenia ze strony Ireneusza Mamrota. Oczywiście, wprowadzaliśmy nowe rozwiązania, rozmawialiśmy na ich temat. Myślę, że to bardziej wychodzi, gdy ktoś pracuje już dłużej jako pierwszy trener. Na razie nie szukam jednoznacznego rozwiązania, uczę się tego.

A jaką osobą we współpracy był Ireneusz Mamrot?

Przede wszystkim pracowity, ponieważ to nie jest człowiek, który lubił spoczywać na laurach. Kolejne cechy to systematyczność, punktualność, co wprowadzał zarówno w sztabie, jak i drużynie. Poza tym jest osobą komunikatywną – jego informacje szybko docierały do zawodników. Wszyscy rozumieli, czego oczekiwał i co chciał wprowadzać w szatni.

Jak wyglądała pana droga od zawodnika do drugiego trenera Jagiellonii? Co w panu dostrzegł Ireneusz Mamrot, że znalazł się pan w jego sztabie?

Wiodącą rolę miało to, że już długo byłem w klubie z Podlasia. Znałem tę szatnię, znałem zawodników – miałem posłuch w szatni. Wiek już robił swoje, grałem już w poprzednim sezonie zdecydowanie mniej. To była jawna deklaracja ze strony trenera, że widziałby mnie już w nowej roli.

 

Jak pan już wspomniał, miał pan posłuch w szatni. Nie przeszkadzało czasami to, że jest pan trenerem swoich niedawnych kolegów z zespołu?

Na początku tak, zarówno mi, jak i chłopakom trudno było się przyzwyczaić do tej sytuacji. Z tego względu, że potem już nie mogliśmy rozmawiać na tematy, które dotyczą bezpośrednio szatni. Druga rzecz – trudno było przejść z “ty” na “trener”. Oczywiście nie mówię o zawodnikach, z którymi znam się bardzo długo, ale tych, którzy dopiero wchodzili do szatni. Takie sytuacje czasami były dziwne, wywoływały z dwóch stron zmieszanie. Z czasem jednak było już łatwiej.

Pamięta pan, przeciwko komu zadebiutował pan w ekstraklasie?

Pamiętam dokładnie ten mecz, graliśmy przeciwko Jagiellonii, przegraliśmy 2:1.

I historia trochę zatoczyła koło, bo później trafił pan do Białegostoku, stał się ikoną klubu.

Widocznie tak zostało to napisane, że właśnie zagrałem z tym klubem. To było jakieś zrządzenie losu, tak musiało być, czy może to był przypadek? Żaden człowiek nie jest w stanie tego zaplanować.

Wróćmy na moment do czasów, gdy występował pan w Polonii Bytom. Jak pan wspomina tamten okres?

Niezależnie od zawirowań wokół tego klubu, bardzo miło wspominam tamten czas. Mimo problemów ze stadionem, finansami, mieliśmy tam taką rodzinną atmosferę. Każdy wiedział, w jakim celu przychodził do klubu, chciał mu jak najbardziej pomóc, wypromować się i trafić gdzieś dalej. Czas w Polonii uważam za mile spędzony. Poza tym wiele zawdzięczam temu klubowi. To właśnie tam dostałem szansę, żebym mógł w jakiś sposób zaistnieć w polskiej piłce. Szkoda mi tego, co się stało z tym klubem. Teraz awansowali, ale w poprzednich latach Polonia Bytom walczyła w czwartej lidze o swoje istnienie.

Uważa pan, że mógłby już trenować na stałe pierwszy zespół z czołowych polskich lig?

Myślę, że jeszcze nie jestem przygotowany na to, by samodzielnie objąć w pełni profesjonalny klub. Przede mną jeszcze dużo nauki, ponieważ to nie jest proste. Nawet po tylu latach gry w piłkę. Gdy przechodzi się na drugą stronę, ma się zupełnie inne myślenie, czucie szatni, gry na boisku. Nie da się tego załapać od razu.

W następnym meczu Jagiellonia gra z Górnikiem. Ostatnio zakończyło się 3:1 dla zespołu z Białegostoku. Jakiego spotkania teraz się pan spodziewa?

Sądzę, że to raczej będzie mecz zamknięty. Na pewno nie będzie otwartej gry, gdzie jedna z drużyn zdominuje przeciwnika. Górnik też ma swoje plany, walczy o to, by bezpiecznie utrzymać się w lidze. Po przegranym meczu z Rakowem na pewno będą chcieli udanie zakończyć okres przedświąteczny. Szczególnie, że grają u siebie.A my? Mam nadzieję, że sprostamy samym sobie.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

Fot. YouTube

100PLN
bez ryzyka
GRAMGRUBO