Maciej Murawski: Kibice Lecha zrozumieli moją decyzję o odejściu do Legii

Maciej Murawski to jedna z postaci, która łączy Lecha Poznań i Legię Warszawa. Chociaż w 1998 roku zdecydował się odejść z Kolejorza i zasilić szeregi Legionistów, nie spotkał się z ostracyzmem kibiców ze stolicy Wielkopolski. W rozmowie dla “FutbolNews” były piłkarz podzielił się swoimi wspomnieniami z pojedynków Legia-Lech w barwach obu zespołów.

***

Lech Poznań był pierwszym zespołem najwyższej ligi, w którym pan grał. Jak wyglądał ten zespół?

To był zespół stosunkowo młody. Grało w nim też kilku doświadczonych zawodników, jak Damian Łukasik, Waldek Krygier czy Adam Krygier. Było jednak dużo młodszych chłopaków, głównie wychowanków Lecha Poznań bądź związanych z regionem. W tej drużynie grali Arek Głowacki, Bartek Bosacki, Artur Wichniarek, Maciek Żurawski, Maciek Bykowski, Marcin Drajer, Piotrek Reiss. Każdy z nich zagrał w wielu meczach ekstraklasy i większość później występowała w reprezentacji.

Rozmawiałem o tym już kiedyś z panem, ale również z innymi piłkarzami Lecha z tamtych czasów, że klub wtedy zmagał się z problemami finansowymi, co miało duży wpływ na zespół.

Na pewno Lech nie był najbogatszym klubem w Polsce, ale nie był też jedynym, który miał wtedy problemy finansowe. Po prostu była to inna rzeczywistość – po systemie komunistycznym kluby jeszcze nie mogły się przyzwyczaić do funkcjonowania w takich warunkach, jak obecnie. Nie było takich pieniędzy z praw telewizyjnych czy tak dużych transferów jak teraz.

Lech utrzymywał się głównie ze sprzedaży zawodników za granicę albo do klubów ekstraklasy, które miały więcej pieniędzy. Wpływy z praw telewizyjnych oczywiście już były, ale znacząco się różniły od tych obecnie. Dlatego w Lechu stawiano na wychowanków – klub nie musiał płacić za transfery, a młodzi piłkarze byli tańsi w utrzymaniu. W tamtych czasach klub zresztą miał wielu zawodników, na których sprzedaży mógł nieco zarobić.

Jak pan z perspektywy czasu gry w Lechu wspomina otoczkę meczów z Legią – odczuwał pan, że te spotkania były ważniejsze niż inne?

Dla Lecha pojedynki z Legią były najważniejszymi meczami sezonu. Wszyscy na nie czekali i bardzo się mobilizowali, co dotyczy piłkarzy, trenerów i kibiców. Myślę zresztą, że w obecnych czasach jest tak samo. Mecz z Legią jest dla Lechitów niezwykle prestiżowy – można w nim dużo zyskać, ale z drugiej strony – można tej stracić. Pamiętam nawet, że gdy grałem w Lechu, kibice przez którymś meczem mówili, że mogą nawet spaść z ligi, jeśli wygrają z Legią. Były to spotkania ważne do tego stopnia.

Gdy ostatni raz rozmawialiśmy, wspomniał pan o meczu, w którym Lech był w trudnej sytuacji, jednak zanotował dobre wyniki przeciwko Legii, która walczyła o mistrzostwo.

Jako piłkarz Lecha, z Legią grałem dwa razy. Pierwszy był mecz w Warszawie, gdy grałem po dwutygodniowej kontuzji i do końca nie wiedziałem, czy będę w stanie grać, czy kontuzja mi na to nie pozwoli. Dzień wcześniej na rozruchu nawet nie było brane pod uwagę, że zagram przeciwko Legii, natomiast następnego dnia okazało się, że jest taka szansa. Tamto spotkanie zremisowaliśmy 0:0, ale mieliśmy sporo sytuacji. Piotrek Reiss miał dwie-trzy stuprocentowe sytuacje, których nie udało się zamienić na bramki, ale na koniec rundy ten remis był naprawdę dobrym wynikiem.

Z kolei w przedostatniej kolejce sezonu graliśmy u siebie i potrzebowaliśmy punktu, żeby zapewnić sobie utrzymanie. Legia była również zmobilizowana, bo była to dla niej ostatnia szansa na mistrzostwo Polski. Porażka odbierała im wtedy jakiekolwiek szanse na tytuł. ŁKS grał wtedy z KSZO i wystarczył im remis, a Legia musiała liczyć na ich potknięcie i sama wygrać. Lech wtedy jednak zwyciężył 3:0. Wynik wskazuje może na mecz łatwy i przyjemny, jednak to Legia miała więcej sytuacji i bardzo często nas cisnęła. A nasza gra opierała się o kontry, ale ostatecznie Piotrek Reiss zdobył trzy gole. W tym meczu jednak musieliśmy powalczyć.

Domyślam się, że po takim spotkaniu kibice Lecha wyszli na ulice.

Tak, z dwóch powodów. Po pierwsze zapewniliśmy sobie utrzymanie, a po drugie wygraliśmy mecz z Legią, który dla kibiców był szczególnie istotny. Zapanowała wtedy w Poznaniu i okolicach ogromna radość. To był naprawdę radosny dzień dla wszystkich, którzy byli związani z Lechem. tym bardziej, że było wiele trudnych momentów w sezonie. Przyszedł poważny kryzys i były obawy, że sobie z tym nie poradzimy. A po tym meczu wszystko stało się lepsze.

Jak kibice zareagowali na pana transfer do Legii? 

Jako piłkarz Lecha nigdy się nawet nie zastanawiałem nad tym, żeby odejść do Legii. Gdy dostałem pierwszą propozycję to podziękowałem. Sytuacja klubu doprowadziła jednak do tego, że zdecydowałem się odejść. Chciałem w Lechu spędzić jeszcze trochę czasu, a potem wyjechać za granicę. Życie pisze często jednak inne scenariusze niż się spodziewamy. Legia była zdeterminowana do tego, żeby mnie pozyskać, a Lech potrzebował pieniędzy. Myślę, że kibice przyjęli moją decyzję ze zrozumieniem – zdawali sobie sprawę z problemów finansowych klubu.

Pamiętam mecz, już w barwach Legii, gdy kibice Lecha skandowali moje nazwisko. To było miłe i rzadko spotykane. Zazwyczaj gdy piłkarz przechodzi z Lecha do Legii, kibice mają ogromny żal. W moim przypadku na szczęście było inaczej i do dziś mam dobre relacje z kibicami Lecha oraz Legii, co rzadko się zdarza. Nie ma zbyt wielu takich piłkarzy, ale wielu miało z tego tytułu problemy.

Może to wynikało z tego, że nie jestem z Poznania albo tego, że grałem w Lechu tylko rok. Przede wszystkim kibice jednak wiedzieli, że mój transfer może pomóc ich klubowi.

Jak rok w Poznaniu wpłynął na pana karierę?

Jestem z Zielonej Góry i miałem sentyment do kilku klubów, a Lech był jednym z nich. Chociaż podczas gdy w Polonii Bytom miałem propozycje z ośmiu klubów ekstraklasowych, nie miałem wątpliwości, że chciałbym trafić do Lecha. A gdy gra się tam, nie myśli się o tym, żeby grać w Legii.

Z perspektywy czasu uważam, że moje przejście do Legii było dobrym ruchem. Dzięki temu się rozwinąłem, dostałem potem powołania do reprezentacji Polski. Może w Lechu po roku czy dwóch odszedłbym do zagranicznego klubu i moja kariera byłaby jeszcze ciekawsza. Teraz jednak nie żałuję, że taką decyzję podjąłem.

W Legii poznałem nieco inny smak ekstraklasy. Do każdego meczu przystępowaliśmy w roli faworytów i dużo się od nas wymagało. A Lech nie miał wtedy tak mocnej pozycji, jaką ma w tej chwili.

Mówi się, że kibice w Poznaniu nieco bardziej żywiołowo podchodzą do meczów z Legią niż w Warszawie do meczu z Lechem. Jak to wyglądało z perspektywy piłkarza?

Gdy grałem w Poznaniu, nie było żadnych wątpliwości, że najważniejsze są mecze z Legią. Z kolei w Warszawie takich meczów ważnych dla kibiców było więcej. Legia jest specyficznym klubem, który przez wiele lat walczył o najwyższe lokaty i za każdym razem miała innego konkurenta. W latach 60. był to Górnik, w latach 90. kibiców elektryzowały mecze z Widzewem, a w 2000. z Wisłą. Były też oczywiście derby z Polonią. Takich meczów z historycznymi rywalami Legia grała trochę więcej. Poza tym prawie każdy zespół ekstraklasy traktuje mecze z Legionistami inaczej. Zresztą podczas każdego meczu w Legii zdawałem sobie sprawę, że przeciwnik będzie podwójnie zmobilizowany, a kibice będą szczególnie negatywnie nastawieni. Poza tym kibice Legii od swoich piłkarzy zawsze bardzo dużo oczekują. Nie każdy piłkarz, który trafia do Legii, potrafi sobie z tym poradzić.

Jak pan się przystosował do rzeczywistości – było trudno na początku?

Zawsze starałem się grać najlepiej jak potrafiłem. Nigdy nie byłem piłkarzem grającym efektownie, miałem swoje zadania, na których się skupiałem i raz wychodziło to lepiej, raz gorzej. Zazwyczaj miałem jednak dobre relacje z kibicami, czy to w Polsce, czy potem za granicą. Tak samo było w Lechu i Legii. Myślę, że dlatego dość szybko zaaklimatyzowałem się w Warszawie.

Przejdźmy teraz do wspomnień meczów z Legia-Lech, już po drugiej stronie barykady. Gdy ostatnio rozmawialiśmy opowiedział pan o tym, że raz podczas meczu z Lechitami nabawił się pan poważnej kontuzji.

W ostatnim meczu rundy jesiennej w moim pierwszym sezonie graliśmy wtedy ważny mecz – z silnym Lechem, dobrze poukładanym przez trenera Topolskiego. Zespół grał bardzo ofensywnie, prezentował atrakcyjną piłkę. A my wtedy mieliśmy różne momenty. Ten mecz mógł decydować o tym, czy po rundzie jesiennej będziemy bardzo niezadowoleni czy tylko trochę.

Tak się złożyło, że dzień przed meczem na rozruchu doznałem poważnej kontuzji i byłem przekonany o tym, że nie dam rady grać z Lechem. Pewnie gdyby nie zastrzyki, nie byłbym w stanie wyjść na to spotkanie. Był to jednak ostatni mecz rundy, więc miałem wtedy dużo czasu na odpoczynek. Pamiętam, że potem przez jakiś czas nie mogłem chodzić.

Udało mi się ten mecz rozegrać w całości. W drugiej połowie miałem jednak duże problemy z poruszaniem – więcej chodziłem niż biegałem. Nie wiem dlaczego trener Kopa mnie nie ściągnął, bo pod koniec nawet nie mogłem mówić ze względu na ból mięśni brzucha. Na szczęście wygraliśmy 1:0.

Szybko pan z tego wyszedł?

Na szczęście była przerwa i przez miesiąc nie trenowaliśmy, gdy akurat nie mogłem trenować. Dopiero w styczniu po świętach zacząłem uczestniczyć w zajęciach. Nie brałem udział w roztrenowaniu, a potem była przerwa świąteczna, więc nic mnie nie ominęło.

Podczas przerwy świątecznej człowiek jednak woli być sprawny.

Nie był to fajny miesiąc, ale tak to jest, gdy się gra w piłkę. Czasami trzeba poświęcić zdrowie dla dobra ogółu i nie zawsze to poświęcenie daje dobre efekty na boisku. Wtedy akurat złożyło się to z wygraną, co trochę mi pomogło w dojściu do siebie.

Jeszcze jakieś spotkanie w Legii przeciwko Lechowi utkwiło panu w pamięci?

To był chyba mój ostatni mecz na Bułgarskiej, ważny dla Lecha, bo zadecydował o jego spadku z ekstraklasy. To był mecz dość dziwny – najpierw przegraliśmy 0:1, ale ostatecznie wygraliśmy 2:1 po samobóju Michała Golińskiego w przypadkowej sytuacji. Nie ukrywam, że było mi wtedy szkoda piłkarzy i kibiców Lecha, ale takie jest życie.

Podsumowując ten temat, zagrajmy w skojarzenia. Mówi pan Lech – o czym pan myśli?

Mój pierwszy sezon w ekstraklasie, młoda drużyna, fajny czas, fajne miasto, blisko do Zielonej Góry, fajny klub.

A z Legią co się panu najbardziej kojarzy?

Duża presja, oczekiwania, też fajny klub i dużo fajnych ludzi. Moje pierwsze mistrzostwo, debiut w reprezentacji i też fajne miasto.

Cieszę się, że gdy byłem młodym człowiekiem, mogłem robić to, co kocham. Być częścią szatni najpierw Lecha, a potem Legii. Z perspektywy 46-latka, były to dla mnie fajne czasy – jak sobie przypominam, wtedy wszystko było łatwiejsze i cieszyłem się z tego, że spełniałem swoje marzenia z czasów, gdy byłem małym chłopcem.

Na koniec – jakie ma pan o oczekiwania względem niedzielnego spotkania?

Mam przeczucie, że będzie to bardzo dobry mecz, w którym będzie dużo sytuacji i będzie otwarty. Po obu stronach jest dużo jakości, drużyny są wyrównane i powinny w tym meczu zaprezentować swoje atuty. Wydaje mi się jednak, że Legia jest w lepszej sytuacji – po pierwsze gra u siebie, a po drugie Lech gra również w europejskich pucharach. Po dobrych meczach w pucharach zespół Dariusza Żurawia miał problemy ze zdobywaniem punktów w lidze z powodu zmęczania i braku koncentracji. Trener musi stosować rotację, co też jest bardzo trudne.

Legioniści mieli więcej czasu na to, by przygotować się do meczu. Poza tym, po odpadnięciu w eliminacjach do Ligi Europy będą chcieli coś udowodnić. Wyjdą na ten mecz, jak na wojnę. Dlatego Lech, który ma w nogach czwartkowy mecz jest tutaj w wyraźnie gorszym położeniu. Myślę, że trudno wskazać tutaj zdecydowanego faworyta, jednak myślę, że Legia jest w lepszej sytuacji i fakt, że nie gra w europejskich pucharach, może tutaj zaważyć.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

Fot. YouTube/Canal+Sport

500PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO