Roman Gergel: Polska liga jest dla Słowaków dobrym miejscem

Roman Gergel z Termaliki niedawno otrzymał nagrodę dla Pierwszoligowca Roku 2020. W rozmowie dla FutbolNews.pl piłkarz zdradził kilka sekretów kariery piłkarskiej, głównie z czasu pobytu w Polsce, a także opowiedział o najbliższych planach – swoich i zespołu z Niecieczy.

***

Na wstępie chciałbym panu pogratulować wyróżnienia dla Pierwszoligowca Roku w Plebiscycie “Piłki Nożnej”. Trzeba przyznać, że jest pan pierwszym obcokrajowcem, który otrzymał tę nagrodę.

Bardzo dziękuję. Zadedykowałem tę nagrodę moim kolegom z zespołu, sztabowi szkoleniowemu, klubowi, ale także moim najbliższym znajomym i rodzicom, na których wsparcie mogłem liczyć. Myślę, że bez tych wszystkich osób nie otrzymałbym tego wyróżnienia.

Wspomniał pan o rodzicach – jak duży był ich wpływ na pana wybór drogi życiowej?

Moi rodzice są od zawsze moimi wielkimi kibicami! Szczególnie ojciec, który po każdym meczu do mnie dzwoni, pyta jak mi poszło i czy wszystko w porządku.

Z tego, co widziałem, swoją przygodę z piłką rozpoczął pan jako 11-latek. To wcześnie czy późno, jak na tamtejsze realia na Słowacji?

Myślę, że to był dla mnie odpowiedni moment, bo zacząłem grać w piłkę coraz bardziej “na poważnie”. Dlatego trafiłem wtedy do szkółki w moim rodzinnym mieście. Wyszło, że się sprawdziłem i wyjechałem do Trenczyna, gdzie uczęszczałem do gimnazjum sportowego. Miałem tam na pewno to szczęście, że wszystko mieliśmy ustalone – był czas na treningi, ale też na naukę i nie zaniedbywałem jednego ani drugiego.

Zatrzymajmy się na moment przy szkole. Znalazłem informację, że uprawiał pan również lekkoatletykę. Również wiązał pan przyszłość z tą dziedziną sportu?

Do trzynastego roku życia jeździłem na różne zawody, gdzie nawet zajmowałem czołowe miejsca. Z czasem musiałem jednak coś wybrać, a piłce poświęcałem już wtedy dużo zaangażowania.

I jak się okazało, była to dobra decyzja. Szczególnie że osiem lat później wystąpił pan z Żiliną w Lidze Mistrzów.

Nie udało nam się zdobyć wtedy ani jednego punktu, ale oceniam tamte spotkania jako ważne doświadczenie. Tym bardziej, że przychodziłem z Trenczyna, który wtedy występował w drugiej lidze do zespołu mistrza Słowacji. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że przejdę do Żiliny, w której w dodatku zagram w Lidze Mistrzów i to przeciwko Chelsea, w której grali najlepsi piłkarze na świecie. Można powiedzieć, że właśnie ten mecz był jednym z najważniejszych w mojej karierze.

Zagrałem wtedy na lewej obronie i decyzja trenera była wtedy dla mnie zaskoczeniem. Nasi obrońcy jednak byli kontuzjowani, więc musiałem wystąpić na tej pozycji. Szkoda, że zakończyło się porażką, bo w pierwszej połowie prowadziliśmy 1:0. Niestety po przerwie dostaliśmy dwie bramki. Wiadomo, że to fajne doświadczenie, ale wtedy czuliśmy niedosyt.

Czego wam zabrakło?

Myślę, że doświadczenia – graliśmy w Lidze Mistrzów po raz pierwszy. A o pucharowym doświadczeniu Chelsea nie trzeba nawet mówić – w tamtym okresie zazwyczaj dochodzili daleko. A my się dopiero uczyliśmy, przez co brakowało pewności siebie i sportowego wyrachowania.

Wrócę teraz do tego, o czym pan wspomniał przed chwilą. W Żilinie, ale nie tylko, występował pan na lewej, czasami na prawej obronie. Polskim kibicom kojarzy się pan jednak bardziej z grą w ofensywie. Dlaczego wtedy trenerzy ustawiali pana bardziej z tyłu?

Początkowo grałem wyżej, ale moje statystyki z przodu nie były rewelacyjne. Dlatego pewnie trenerzy postanowili poszukać dla mnie nowego miejsca na boisku. I też było czasami tak, jak powiedziałem wcześniej – gdy ktoś był kontuzjowany, to właśnie mnie ustawiano na bokach defensywy.

Nie przeszkadzało to panu?

Co prawda czasami miałem tam dość dobre statystyki, ale i tak byłem wkurzony! Gdy byłem młody było mi obojętne, gdzie trener mnie ustawiał, bo chciałem się po prostu pokazać z jak najlepszej strony. Z czasem jednak uznałem, że lepiej spisywałbym się na boisku grając trochę wyżej – tym bardziej że na obronie szło mi coraz słabiej. Myślę, że trener to widział, ale na bokach obrony było u nas dużo kontuzji i z przymusu musiałem tam grać.

Mimo to uważa pan tamten okres za najbardziej udany podczas występów na Słowacji czy może później było lepiej?

Na pewno był to dobry czas pod względem trofeów, ale nie do końca byłem zadowolony ze swojej gry, na co wpływ miało także ustawianie mnie w obronie. Lepiej się jednak czułem w Dunajskiej Stredzie, do której jakiś czas później trafiłem na wypożyczenie. Nasze zadanie nie było łatwe – musieliśmy walczyć o utrzymanie mając bagaż sześciu punktów ujemnych. Mogłem tam jednak grać w ofensywie i faktycznie szło mi lepiej. Ostatecznie dzięki naszej determinacji utrzymaliśmy się w lidze, a ja wreszcie występowałem na pozycjach, na których lubię grać najbardziej.

Zdecydował się pan opuścić Słowację jako 26-latek, czyli już dość dojrzały i ukształtowany piłkarz. Jakiś czas temu rozmawiałem z pana kolegą z Żiliny, Lubomirem Guldanem, który powiedział mi, że na Słowacji jest nacisk na stawianie na młodych piłkarzy i ich sprzedaż za granicę w młodym wieku. Jak to wyglądało w 2014 roku – czy odczuwał pan nacisk, że to może być najwyższy czas na zagraniczny wyjazd?

W tamtym czasie jeszcze filozofia działania słowackich klubów była inna, a ja nie miałem poczucia, że muszę wyjechać. Po prostu zależało mi na tym, żeby grać z przodu, a na Słowacji mimo tego pół roku w Dunajskiej Stredzie, trochę byłem zaszufladkowany jako boczny obrońca. A ja chciałem grać inaczej. Dlatego porozmawiałem z menedżerem o swojej przyszłości i rozglądaliśmy się za możliwymi opcjami. Wtedy udało mi się trafić do Górnika i uważam, że była to wtedy najlepsza możliwa decyzja.

Nawet mimo tego, że potem przyszedł nieco trudniejszy czas dla pana drużyny?

Gdy spadliśmy z najwyższej ligi, czułem się nieszczęśliwy. Niestety mi się to kilka razy zdarzyło. W tamtym czasie nie mówiłem sobie jednak, że transfer to była zła decyzja. Pierwszy sezon w Górniku był dla nas lepszy, zresztą ja też miałem dość dobre statystyki. Potem spadliśmy, ale szybki powrót do ekstraklasy od razu był pewny i tak też się stało.

Podczas sezonu, w którym Górnik spadł, zaliczył pan jednak kosmiczny występ przeciwko Piastowi. Cztery gole, asysta – to był najlepszy mecz w pana karierze?

Myślę, że jeden z najlepszych – i pod względem statystyk, i patrząc na samą grę. W tamtym momencie sądziliśmy, że właśnie po tym meczu się odbijemy. Zresztą Górnik był wtedy w strefie spadkowej, a Piast był liderem. Spodziewaliśmy się, że zwycięstwo 5:2 będzie dla nas pozytywnym impulsem. Ale nie udało się uratować Górnika…

Co według pana było tego przyczyną?

Mieliśmy dobry skład, ale czegoś zabrakło. Nie wykorzystaliśmy wielu sytuacji, przez co traciliśmy punkty w decydujących momentach.

Pana statystyki były jednak niezłe – dziesięć goli i pięć asyst.

Pierwsza połowa sezonu była w moim wykonaniu zdecydowanie lepsza niż druga. Miałem gorsze statystyki i całej drużynie w tamtym czasie po prostu nie szło. Ale to już było kilka ładnych lat temu.

Po spadku z ligi został pan w Górniku, chociaż klub otrzymał oferty – między innymi z Wisły Kraków. 

Były prowadzone rozmowy, ale nikt nie zdecydował się na podjęcie wiążących decyzji. Dopiero potem przyszła oferta z Termaliki, która była konkretna. I tak się złożyło, że gram tam do tej pory i jestem zadowolony. Naszym celem jest awans do ekstraklasy i w tym sezonie chcemy tego dokonać.

Do obecnego sezonu za moment jeszcze wrócimy. Najpierw chciałbym pana zapytać o pierwsze powołanie do reprezentacji, które otrzymał pan jako piłkarz Termaliki, już jako 29-latek. Chociaż wtedy Słowacja przegrała oba mecze, zachował pan miłe wspomnienia?

Każdy kto dostanie powołanie, to się z tego cieszy, a wtedy już miałem trochę lat. W zgrupowaniu nie mogli wziąć udziału piłkarze z czołowych lig, dlatego kadra składała się z zawodników grających w Słowacji, Czechach i Polsce. Pojechaliśmy to Abu Dhabi, gdzie zagraliśmy dwa mecze. Niestety oba przegraliśmy i te wspomnienia nie mogą być idealne…

Domyślam się, że porażka z Ugandą mogła szczególnie boleć.

Myślę, że jedna i druga bolała, gdyż oba mecze przegraliśmy wysoko. Z Ugandą 1:3, a ze Szwecją 0:6.

Potem już nie było tematu pana powrotu do kadry?

Nie, to było moje pierwsze i ostatnie powołanie. Oczywiście snułem myśli, że może pojadę na kolejne zgrupowanie. Powiem jednak szczerze, że nie dawałem sobie na to większych szans. Ale się nie załamywałem – powołania otrzymali po prostu lepsi zawodnicy.

Jakiś czas później po raz kolejny spadł pan z ekstraklasy, tym razem z Termalicą. Czy z pana perspektywy mogliście się utrzymać?

Walczyliśmy praktycznie do ostatniego meczu. Wtedy jednak zmierzyliśmy się z Piastem, z którym przegraliśmy 0:4, byliśmy słabsi i nie mieliśmy klarownych sytuacji. Szkoda tego, ale tak jest piłka – ktoś musiał spaść.

Cały tamten sezon był zresztą niezbyt udany dla pana, patrząc na statystyki.

Moje statystyki wtedy były bardzo bardzo słabe. Żadnych goli, asyst też prawie brak. Nie ukrywam, że byłem załamany swoją formą.

Wtedy mówiło się o tym, że spadek Termaliki wynikał w dużej mierze z dużej liczby obcokrajowców, między innymi Słowaków, których było ośmiu w składzie w przeciągu sezonu. Jak się pan do tego odniesie z perspektywy słowackiego piłkarza?

Starałem się nie czytać takich doniesień, ale pewne słuchy mnie dochodziły. Nie było to przyjemne. Ale gdy zespół spada, szuka się tego, co mogło zawinić najbardziej. Liczba Słowaków w składzie Termaliki w tamtym czasie rzeczywiście rzucała się w oczy, stąd pewnie takie, a nie inne opinie ze strony kibiców.

Nie jest tajemnicą, że Słowacy to najliczniej reprezentowana zagraniczna nacja w polskich ligach. Można powiedzieć, że Polska jest dla słowackich piłkarzy w jakimś stopniu “ziemią obiecaną”, jak niektórzy w Polsce mówią?

Przede wszystkim jest nam tutaj łatwo się zaaklimatyzować, nauka języka przychodzi nam z łatwością. Poza tym – w porównaniu ze Słowacją – jest tu lepsza infrastruktura, a piłka jest popularniejsza – wszystkie mecze lecą w telewizji. Dla Słowaka polska liga na pewno jest dobrym miejscem.

Wróćmy do obecnego sezonu. Termalica ma już teraz sporą przewagę nad resztą stawki. Można powiedzieć, że wasz awans jest nieunikniony?

Teraz mamy przewagę dziesięciu punktów nad drugim miejscem i to normalne, że większość osób uważa, że awansujemy. Nie możemy jednak już w tym momencie podchodzić z nastawieniem, że awans jest nasz. Przed nami jeszcze dużo meczów i na pewno nie będzie łatwo, tym bardziej, że rywale teraz będą szczególnie skoncentrowani na spotkaniach z nami. Dlatego musimy być wciąż czujni i skoncentrowani, bo tak szybko jak doszliśmy do tej przewagi, możemy ją stracić.

Jak przebiegły przygotowania do rundy wiosennej?

Na pewno nie były łatwe, bo pogoda nam trochę utrudniała, ale nie byliśmy pod tym względem jedyni. Trener Lewandowski bardzo postawił na przygotowanie mentalne, żebyśmy nie myśleli sobie o tym, że już jesteśmy w ekstraklasie. Oczywiście momentami trudno było tak nie myśleć, ale do tej rundy musieliśmy podejść jak do każdej innej.

Podsumowując pana karierę – czy jest pan z niej w pełni zadowolony, czy może coś mógłby pan w niej zmienić, podjąć jakąś inną decyzję?

Zawsze są jakieś momenty, kiedy mogłoby coś pójść lepiej. Kiedyś myślałem różnie, ale teraz jestem bardziej zadowolony niż niezadowolony.

Pytam o to, gdyż w wywiadzie dla oficjalnej strony pierwszej ligi powiedział pan, że w pana karierze nie wszystkie czynniki były od pana zależne. Co miał pan na myśli?

Chodziło mi właśnie o to, że jako ofensywny piłkarz, przez pewien czas musiałem grać w obronie. Trenerzy mieli inne pomysły, co mi doskwierało. To na pewno mnie trochę zahamowało i odbiło się na moich statystykach.

Niedawno skończył pan 33 lata. Myśli pan o tym, co będzie po zakończeniu kariery?

Na razie o tym nie myślę, bo chciałbym grać jak najdłużej. Skupiam się na tym sezonie, by przyczynić się do awansu z Termalicą. Jeszcze nie myślę o tym, co będę robić za jakiś czas, ale zobaczymy się, co się wydarzy. Wiem że część piłkarzy inwestuje swoje pieniądze w różnych dziedzinach – ja też dużo czytam o tym i się rozglądam, ale na razie nie podjąłem konkretnych decyzji.

A wiąże pan przyszłość z Polską czy wróci pan na Słowację?

Bardzo mi się podoba w Polsce i jestem zadowolony z pobytu tutaj. Ale na razie jeszcze nie wiem, co dalej. To jednak jest mi obojętne, bo nie ma między naszymi państwami dużych różnic.

Właśnie – w rozmowie dla portalu “DziennikPolski24” powiedział pan pięć lat temu, że nie miał pan jeszcze kiedy zwiedzać Polski. Ale myślę, że od tamtego czasu miał pan okazję trochę tutaj zobaczyć.

To prawda, miałem możliwość odwiedzić kilka miejsc, chociaż nie miałem kiedy pozwolić sobie na jakieś dłuższe wyjazdy w głąb kraju. Polska jest duża i trudno jest zaplanować podróżowanie po niej. Zależało mi jednak choćby na tym, żeby móc odwiedzić Oświęcim i mi się niedawno udało. Dużo słyszałem o tym, co spotkało ludzi w obozie w Auschwitz-Birkenau, sporo o tym czytałem i oglądałem różne filmy oraz programy telewizyjne. Chciałem zobaczyć, jak to miejsce wygląda z bliska. I przyznam się, że wizyta w tym miejscu mną wstrząsnęła – patrząc na zdjęcia tych ludzi i czytając opisy o tym, co tam miało miejsce.

Już na koniec – czego mógłbym panu życzyć – z okazji niedawnych urodzin i startu rundy wiosennej?

Krótko mówiąc, zdrowia i awansu do ekstraklasy.

ROZMAWIAŁ: PRZEMYSŁAW CHLEBICKI

Fot. YouTube

200PLN
GRAMGRUBO
GRAMGRUBO