„Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli” – recenzja książki

Thierry Henry stwierdził, że jeśli kochasz piłkę nożną, a nie kochasz FC Barcelony, to… masz problem. Tę wypowiedź można traktować w ramach medialnych mrzonek, ale po przeczytaniu lektury można dojść do fundamentalnego wniosku – Blaugrana” za czasów Pepa Guardioli była naprawdę potęgą. Kulisy czterech sezonów z Katalończykiem na ławce w Barcelonie w swojej książce „Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli” przedstawił dziennikarz – Luis Martin Gomez. My recenzujemy ten tytuł.
Podwójne szczęście jednego dnia i trenerski think-thank
Pierwsze rozdziały książki w dużej mierze opowiadają o samych przygotowaniach Guardioli do pełnienia roli pierwszego trenera FC Barcelony. Już sam moment przekazania wiadomości o propozycji mocnego awansu zawodowego Pepowi, który przedtem trenował rezerwy „Dumy Katalonii” przez prezydenta – Joana Laportę, był wyjątkowy – zbiegł się on bowiem z… urodzinami jego córki – Valentiny. Żona Guardioli – Cristina, mimo nowych obowiązków rodzinnych, nie robiła jednak małżonkowi pod górkę, ponieważ wiedziała, że prędzej później tak się stanie.
Luis Martin Gomez sporą uwagę poświęca również sztabowi FC Barcelony, który, co w wielu wypowiedziach podkreślał sam Pep, pełnił i pełni ogromną rolę w jego życiu, nie tylko sportowym. Szczególną wdzięczność Guardiola czuje do trenera bramkarzy – Juana Carlosa Unzue i asystenta – Tito Vilanovy. Na nieszczęście, życia tej dwójki naznaczone są lub były problemami zdrowotnymi. Unzue zmaga się bowiem ze stwardnieniem zanikowym bocznym, a Vilanova zmarł w 2013 roku na skutek nowotworu. Katalończyk nigdy o nich nie zapomni.
Pep Guardiola nie był faworytem do objęcia funkcji trenera FC Barcelony. O sytuacji przed jego zatrudnieniem możecie przeczytać w książce „Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli” Luisa Martina Gomeza, wydanej przez @SQNPublishing
„Ferran Soriano rozpoczął… pic.twitter.com/QfqefhxPKS
— Historia Sportu (@historia_sportu) August 4, 2025
Barcelona vs Madryt, Katalonia vs Hiszpania, Guardiola vs Mourinho, dobro vs zło
W lekturze „Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli” Luis Martin Gomez szeroko porusza także kulisy wojny (takie określenie wydaje się chyba najbardziej stosowne) pomiędzy obozami barcelońskim i madryckim, przewodzonym przez mającego wrogi stosunek do Katalończyka Jose Mourinho.
Rywalizacja pomiędzy FC Barceloną a Realem Madryt w tamtym czasie (lata 2010-2012) zdecydowanie wykraczała poza futbol. Meczom przypisywano także kontakt polityczny – pięknie grającą tzw. tiki-taką FC Barcelonę utożsamiano bowiem z lokalnymi, lewicowymi zwolennikami niepodległości Katalonii (czego w wielu wypowiedziach nie ukrywał sam Pep), a opierający swoją grę o siłę mięśni, wzrost i ego Real Mourinho ze stołecznymi konserwatystami. Najczęściej górą była „Barca”. Pamiętna była zwłaszcza zaserwowana w lidze manita – 5:0.
Autor wspomina także podejście do całej sprawy mediów, które w wielu aspektach masowo krytykowały Guardiolę, doprowadzając go do wybuchów na konferencjach i potyczek słownych z dziennikarzami, szczególnie związanymi z Madrytem. Media ze stolicy nie widziały bowiem żadnych problemów w nieczystych rozgrywkach stosowanych przez Mourinho, takich jak chociażby celowe zostawianie wysokiej murawy (na której, ze względu na styl gry grało się trudniej FC Barcelonie) czy zachowaniach przekraczających jakąkolwiek granicę, na przykład włożenie… palca Portugalczyka do oka Tito Vilanovy.
Idealnie tamtą rywalizację podsumowała wypowiedź w książce byłego redaktora naczelnego gazety AS – Alfredo Relano, który stwierdził:
– (…) w tamtych latach Barcelona osiągnęła niemal przesłodzony stopień doskonałości, ponieważ Katalończycy wygrali wszystko, co było do wygrania, nosili na koszulkach logo UNICEF-u, ze względu na dobry ton Guardioli… Nigdy nie widziałem Realu tak zdezorientowanego, Realu, który nie wiedział, co zrobić, żeby pozbyć się tego, co budował Pep, a w konsekwencji Barcelona. To wszystko wytrącało z równowagi zarówno kibiców, jak i klub.
Finał Pucharu Króla rozegrany 20 kwietnia 2011 roku na Estadio Mestalla w Walencji był nie tylko starciem o trofeum, lecz przede wszystkim konfrontacją między dwoma różnymi stylami futbolu reprezentowanymi przez Pepa Guardiolę i José Mourinho. Przedmeczowe napięcie, brutalność ze… pic.twitter.com/0btyNDqGQU
— BarcaInfo (@_BarcaInfo) August 5, 2025
Trzeba jednak pamiętać i obiektywnie podkreślić – z całym szacunkiem – że jest to relacja tylko jednej strony, a nie obiektywna prawda. Możemy zapoznać się z tym, jak ta głośna rywalizacja wyglądała w obrazie „Dumy Katalonii”. Zapewne w Realu Madryt mieliby na temat wielu sytuacji zupełnie inne zdanie.
Kopalnia anegdot
Moim zdaniem bezsprzecznie największą wartością „Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli” są jednak niezliczone, dotychczas nigdzie nieopublikowane anegdoty związane z życiem, zdaniem wielu, szatni najlepszej drużyny w historii futbolu.
Idealnym przykładem jest tutaj historia opowiadająca dzień meczowy 4 grudnia 2010, kiedy to „Blaugrana” na El Sadar w Pampelunie zmierzyła się z miejscową Osasuną. Zwykły mecz, prawda? Nie byłoby w tym jednak nic dziwnego, gdyby nie okoliczności dotarcia piłkarzy z Barcelony do tego oddalonego o ponad 400 kilometrów miasta.
Całe zamieszanie rozpoczęło się na lotnisku El Prat, gdy zespół, ze względu na strajk kontrolerów lotów nie mógł wsiąść na pokład samolotu. W obliczu niezależnego od klubu powodu braku opcji szybkiego dotarcia do Pampeluny, Guardiola zdecydował się odesłać swoich zawodników do domów, będąc przekonanym o fakcie, iż spotkanie zostanie przełożone na inny termin.
Zobacz też inne recenzje FutbolNews:
- „Równo z trawą. Felietony Andrzeja Strejlaua”
- „Yamal. Chłopiec, który marzył o Camp Nou”
- „Patrice Evra. Kocham tę grę”
- „Adriano. Mój największy strach”
Jak się jednak okazało, strony nie mogły dojść do porozumienia i nagle organizatorzy szybko podjęli decyzję o tym, że piłkarze wraz ze sztabem udadzą się najpierw pociągiem do Saragossy, a następnie autokarem do Pampeluny. Na dworcu Barcelona-Sants tłumnie zgromadzili się wszyscy podopieczni i współpracownicy Pepa, poza… Pedro Rodriguezem, którego z poobiedniej sjesty nie budziły żadne telefony od kolegów z zespołu. Ostatecznie jednak skrzydłowy zdążył w ostatniej chwili na pociąg, a sam zespół w miejscu rozgrywania meczu pojawił się – zdaniem Xaviego – na 13 minut przed rozpoczęciem zawodów. Wynik? 3:0 dla FC Barcelony. Bo w końcu życie, którego częścią jest piłka, to sztuka nieprzerwanej improwizacji…
Throwback to 2010 when Barcelona traveled to Osasuna by bus, arrived 15 minutes before kick-off, and still won 3-0 pic.twitter.com/ha6C3GuGzi
— adil (@Barca19stats) December 9, 2016
Gomez w wielu osobnych rozdziałach (których łącznie jest aż 17) wspomina oddzielnie największe gwiazdy tamtej FC Barcelony. Carles Puyol, Sergio Busquets, Andres Iniesta, i w końcu On, czyli Leo Messi. Piłkarz, w którego przypadku ta książka obnaża pewien mit, jakoby Argentyńczyk był tylko wytworem swojego nadludzkiego talentu, z pominięciem ciężkiej pracy.
Tutaj warto przytoczyć historię z Klubowych Mistrzostw Świata w 2009 roku, kiedy Messi przyjechał na turniej do ZEA po odniesieniu kontuzji w meczu Ligi Mistrzów przeciwko Dynamo Kijów. Okres rehabilitacji był niesamowicie trudny, tym bardziej zważając na fakt, iż od urazu kostki do rozpoczęcia KMŚ było naprawdę niewiele czasu. Messi, co jest także wspominane w książce przez jednego z członków sztabu medycznego „Dumy Katalonii”, wzorowo wykonywał polecenia lekarzy i robił wszystko, łącznie z dodatkowymi treningami na plaży w Abu Zabi, aby być gotowym do gry.
Ciężką pracą zdołał wrócić do zdrowia, a sam został ogłoszony najlepszym zawodnikiem turnieju, strzelając dwa gole – przeciwko Atlente w półfinale oraz w finale, gdy rywalem zespołu Guardioli była argentyńska ekipa Estudiantes. Mecz ten, oczywiście ze względu na kraj rywala, miał dla Messiego szczególne znaczenie. Podopieczni katalońskiego trenera ostatecznie zwyciężyli jednak 2:1 i, jak stwierdził sam Pep, „stali się wieczni”. Wtedy zostali legendą, zdobywając wszystkie możliwe trofea.
Wróć do czasów, w których Barça grała bajkowy futbol 🔵🔴
⚽🤩 W latach 2008–2012 nie było na świecie drugiej takiej drużyny. Barcelona pod wodzą Pepa Guardioli zachwycała cały piłkarski świat, a jej kibice czuli się, jakby co tydzień uczestniczyli w magicznych spektaklach.… pic.twitter.com/cGy2DtkSp3
— Wydawnictwo SQN (@SQNPublishing) July 23, 2025
I na koniec – jak to jest pięknie wydane! Barwione z czterech stron brzegi, kapitalne, wcześniej należące tylko do prywatnych archiwów zdjęcia na końcu i sporo delikatnych dodatków, jak choćby kapitałka w barwach Senyery, czyli flagi Katalonii. Jeśli jesteście fanami Barcelony, Guardioli, a może po prostu, kierując się otwierającym recenzję zdaniem Thierry’ego Henry’ego piłkę nożną, to na pewno warto zainwestować czas w tę lekturę i wzbogacić nią swoją domową bibliotekę. No i będzie się lektura wyróżniać na półce, patrząc na nią z góry!